Uzależniasz? Płać!
Uzależniasz? Płać! Mamy zwrot w walce z social mediami. Pancerz został przebity
Od wielu lat Amerykanie pozywali media społecznościowe – głównie firmę Meta, właściciela Facebooka i Instagrama. Ale niemal wszystkie pozwy były oddalane. Rodzice, którzy dowodzili, że ich dzieci zostały skrzywdzone na Instagramie, TikToku czy YouTube (którego właścicielem jest Google), zawsze odbijali się o osławiony art. 230 ustawy o przyzwoitości w komunikacji. Została ona uchwalona w 1996 r., kiedy internet dopiero raczkował, a jej art. 230 stanowi, że właściciel forum internetowego nie odpowiada za treści publikowane przez jego użytkowników, bo jedynie „udostępnia swoją przestrzeń innym”.
Z kolei ludzie, którzy skarżyli się, że Facebook czy Twitter niesłusznie usunęły jakieś ich wpisy albo ich całkowicie zbanowały, rozbijali się o pierwszą poprawkę do konstytucji USA. Paradoksalnie to właśnie ta poprawka, która gwarantuje w Ameryce wolność słowa, daje wielkim firmom internetowym możliwość cenzurowania użytkowników.
Powód? Facebook to nie jest publiczne miejsce, takie jak park miejski, tylko coś w rodzaju sali spotkań w „prywatnym budynku”. I dlatego firma Meta, która go zbudowała, ma pełną wolność słowa, czyli sama decyduje, jakie treści dopuszcza wewnątrz swojego budynku, a jakie odrzuca. Jeśli przychodzisz w gości, czyli logujesz się na Facebooku, musisz się podporządkować zasadom, jakie ustalił jego właściciel.
Z tego powodu został m.in. oddalony pozew Donalda Trumpa, który w 2020 r. został zbanowany przez Twittera za podżeganie swoich zwolenników do buntu po przegranych wyborach. Trump twierdził, że zablokowano go z powodów politycznych, ale sąd uznał, że nie ma żadnego znaczenia, z jakich powodów został zablokowany. To Twitter ustala reguły na Twitterze i kropka.
Tym sposobem media społecznościowe były w Ameryce całkowicie bezkarne: mogły dowolnie cenzurować użytkowników, ale jeśli nie usunęły jakiegoś szkodliwego czy niebezpiecznego wpisu, to nie ponosiły odpowiedzialności.