Wybraniec
Węgrzy dokonali cudu. Magyar nie odpuszcza Orbánowi, ale czy zostanie nowym mesjaszem?
Przed dwoma laty Péter Magyar, do niedawna człowiek obozu władzy, rzucił wyzwanie premierowi Viktorowi Orbánowi. Niewielu wtedy uwierzyło, że pojawił się godny konkurent lidera rządzącego Fideszu. Jedną z takich osób był prawnik i popularny bloger Sándor Ésik. 31 marca 2024 r. napisał, że Magyar (czyli Węgier) wygra, jeśli stanie się dla Węgrów kimś takim jak Lisan al-Gaib, mesjasz, wybraniec z „Diuny” Franka Herberta.
Aby dowieść, że jest właściwym kandydatem na zbawcę narodu, Magyar powinien przestrzegać kilkudziesięciu zasad, których listę Ésik sporządził wraz z przyjaciółmi. Wskazali oni m.in., że powinien:
• rozumieć, że sołtys z 20-letnim stażem wie o świecie tyle samo, co on;
• być obecny w całym kraju i przemawiać jednocześnie do mądrych i głupich;
• wiedzieć, że niektórzy ludzie są od niego mądrzejsi.
• pamiętać, że nie jest namiestnikiem rosyjskiego cara.
Magyar przyznał publicznie, że powiesił sobie tę listę na ścianie i zapowiedział, że zrezygnuje, jeśli kiedykolwiek złamie choćby jedną z zasad.
– Czy widział pan jego wystąpienia? – pyta mnie Boldizsár Nagy, prawnik, emerytowany wykładowca Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego CEU w Wiedniu. – To nie przypadek, że podczas kampanii wyborczej często był ubrany na biało. Stał wyprostowany, zwrócony twarzą do słuchaczy i wykonywał profetyczne gesty. Nagy naśladuje gestykulację lidera opozycji: spokojnie, miarowo porusza dłońmi, jakby udzielał błogosławieństwa niewidocznej publiczności. – Wyznawców Orbána nie można przekonać argumentami – tłumaczy mój rozmówca, prywatnie znajomy rodziców Magyara. – Należało dać im nowy przedmiot kultu.