Zła passa prezydenta
Trwa zła passa prezydenta. „Trump jest już bardzo znudzony Bliskim Wschodem”
Donald Trump znów mógł zostać ofiarą. W sobotni wieczór pierwszy raz pojawił się na dorocznym balu waszyngtońskich korespondentów. To impreza głównie charytatywna, mimo obowiązkowych czarnych krawatów utrzymywana w luźnym formacie, tradycyjnie służąca nawiązaniu bliższych kontaktów między dziennikarzami i otoczeniem prezydenta. Trump, który ograniczył dostęp nieprzychylnych mu mediów do Białego Domu, unikał tego typu spotkań, tym razem jednak się pojawił. I mógł zginąć.
Strzały padły już w trakcie spotkania, które odbywało się w waszyngtońskim hotelu Hilton (tym samym, przed którym doszło do zamachu na prezydenta Ronalda Reagana w 1981 r.). Później okazało się, że uzbrojony po zęby 31-letni Kalifornijczyk Cole Tomas Allen próbował się przedrzeć przez kordon służb chroniących prezydenta i nawet oddał strzał do jednego z agentów, którego uratowała kamizelka kuloodporna.
Niedoszły zamachowiec przeżył, ale gdy zamykaliśmy ten numer „Polityki”, jego motywy były niejasne. Już po fakcie współpracownicy Trumpa narzekali nieoficjalnie w rozmowach z mediami, że prezydent przyszykował „doskonałe przemówienie”, „pełne humoru”, które miało „przełamać jego złą passę”.
Witkoff i Kushner na walizkach
Nietrudno się domyślić, że owa „zła passa” Trumpa dotyczy sytuacji na Bliskim Wschodzie. Przez poprzedni tydzień amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner siedzieli na walizkach, gotowi na kolejne rozmowy z Irańczykami w Pakistanie. W sobotę Trump ogłosił jednak, że nikt tam nie poleci, bo irańska odpowiedź na amerykańskie propozycje „jest bardzo daleka od oczekiwanej” i amerykańska „delegacja nie będzie lecieć 18 godzin”, jeśli nie ma szans na porozumienie.