Elita elit
Publicysta „The New Yorker”: Najbogatsi Amerykanie marzą o nieograniczonej władzy. Wybuchnie wielki konflikt
MATEUSZ MAZZINI: – Co to dziś znaczy być ultrabogatym w Ameryce?
EVAN OSNOS: – Wcześniej tradycyjnym wyznacznikiem była przynależność do jednego procenta najbogatszych. Dzisiaj jeden procent w praktyce oznacza „zaledwie” 11 mln dol. Z punktu widzenia tych naprawdę najbogatszych to raptem przeciętna klasa średnia. Dla mnie ultrabogaci to grupa 400–500 najzamożniejszych Amerykanów. Jeden procent to już nie jest spójna grupa. Trudno porównywać status i sprawczość kogoś, kto ma aktywa warte nawet 2 mld dol., z kimś pokroju bilionera Elona Muska czy Jeffa Bezosa. Tacy ludzie zasługują na miano hipermiliarderów. To wokół nich skupiać powinna się nasza debata, bo przez ostatnie 20 lat ich znaczenie tylko rosło, również w wymiarze politycznym.
Jaka była w tym rola Donalda Trumpa?
Ogromna. Jego pierwszy budżet z 2017 r. wprowadził tak wielkie ulgi podatkowe dla najbogatszych, że ich majątki wystrzeliły w górę. To zaczęło się szybko przekładać na politykę. Ci ludzie uznali, że im więcej pieniędzy przekażą Trumpowi, tym korzystniejszą dla nich politykę będzie prowadzić. W dodatku od czasu słynnej sprawy Citizens United z 2010 r. (w odpowiedzi na skargę tej konserwatywnej organizacji przeciwko Federalnej Komisji Wyborczej Sąd Najwyższy uznał, że korporacje i związki zawodowe mają prawo do finansowania kampanii politycznych – przyp. red.) prywatne pieniądze w amerykańskiej polityce mogą funkcjonować właściwie bez ograniczeń. Te dwa zjawiska zupełnie zdeformowały nasz system ekonomiczno-polityczny.
I ten jacht z tytułu pańskiej książki „Bogaci, bogatsi, najbogatsi. O życiu tych, którzy mają wszystko (i jachty)” już nie wystarczy, żeby czuć się bogatym?
Ameryka weszła w epokę, w której najwyższym dobrem luksusowym jest nie tyle majątek, ile dostęp, głównie do polityków.