USA chce walczyć z globalnym ociepleniem

Chłodzenie Ameryki
Pożoga w Kalifornii pokazała Amerykanom, że zmiany klimatyczne to faktycznie palący problem. Po siedmiu latach bezczynności George'a Busha amerykański Kongres szykuje wreszcie plan walki z globalnym ociepleniem.
suburbanbloke/Flickr CC by SA

Amerykanie mają za sobą najgorętszy październik od lat. Można byłoby korzystać z dobrodziejstw pogody, ale trudno pozbyć się wyrzutów sumienia, skoro Kalifornia płonie. Trzeba było ewakuować blisko milion mieszkańców, spłonęło 1,5 tys. domostw, straty sięgają miliarda dolarów.

Mieszkańcy Złotego Stanu z naturą walczą regularnie i od pokoleń. A to z trzęsieniami ziemi, a to z powodziami, a to z osuwiskami. Czekają także, uśpione na razie, wulkany. Wśród tych przypadłości losu pożar buszu jest klęską najbardziej regularną. Kiedy 26 lat temu pierwszy raz odwiedziłem okolice dotknięte dzisiejszą pożogą, jechałem milami przez spaloną, dymiącą jeszcze ziemię. Od tamtego czasu, rok w rok, w tej czy innej części Kalifornii pojawiał się nowy ogień.

Znaczny obszar południowej Kalifornii jest pokryty tzw. chaparralem, mieszaniną wrzosowatych krzewów, skarlałych drzew i kaktusów, które szybko odrastają po spaleniu, szybko wysychają i jeszcze szybciej się palą. W połączeniu z kalifornijskim „halnym”, zwanym wiatrem Santa Ana lub oddechem diabła, żywioł staje się trudny do opanowania. Groźba pożaru, górzyste ukształtowanie terenu, które utrudnia akcję ratowniczą i niestabilność gruntu powinny zniechęcić ludzi do budowania tu kosztownych rezydencji. Ale Kalifornijczycy są waleczni. Tyle że ta walka przypomina trochę kopanie się z koniem.

W tym roku kalifornijska pożoga ma symboliczny wydźwięk. Gdyby film „Niewygodna prawda” ostrzegający ludzkość przed skutkami efektu cieplarnianego nie otrzymał już Oscara, a jego twórca – pokojowej Nagrody Nobla, o podpalenie chaparralu można by posądzić Ala Gore’a. Pożary w Kalifornii znacznie zwiększyły bowiem siłę jego przesłania. Wśród komentatorów na pewno znajdą się tacy, którzy uznają tę klęskę za karę Bożą zesłaną na amerykańskich imperialistów za nieratyfikowanie Protokołu z Kioto. Proste konkluzje są nęcące, ale warto przyjrzeć się nieco bliżej temu, co w ostatnim roku wydarzyło się w amerykańskim dyskursie publicznym i politycznych decyzjach dotyczących środowiska.

Nie jest tajemnicą, że wśród ekologów prezydent George W. Bush cieszy się jak najgorszą opinią, a Nagrodę Nobla dla jego konkurenta z przedostatnich wyborów prezydenckich odebrano jako naganę dla administracji. Mimo to, jak dowodzą wyniki badań prasoznawczych ogłoszone w końcu września przez firmę Hill&Knowlton, to właśnie Bush ma największy wpływ na media w kwestii globalnego ocieplenia. Jego deklaracja wpleciona w noworoczne orędzie o stanie państwa, w której obiecał „pomoc w stawieniu czoła wyzwaniu globalnych zmian klimatycznych”, doczekała się licznych komentarzy. Gore w rankingu Hill&Knowlton zajmuje dość odległe, dziewiąte miejsce.

Zaskakujące oświadczenie Busha nie oznaczało jeszcze, że prezydent USA nawrócił się na ekologię. Był to raczej wyraz politycznego realizmu, ustępstwo wobec opinii środków masowego przekazu, które w 70 proc. skłaniają się do tezy, że ocieplenie klimatu jest spowodowane działalnością człowieka. Choć w kolejnych miesiącach po orędziu stało się jasne, że Bush nie planuje żadnej ekologicznej rewolucji, amerykańska maszyna legislacyjna powoli ruszyła z miejsca.

Jeszcze w 2003 r., kiedy kilka stanów usiłowało nakłonić Federalną Agencję Ochrony Środowiska (EPA) do wprowadzenia ustawowych ograniczeń emisji dwutlenku węgla, jej kierownictwo zasłoniło się brakiem prerogatyw i twierdzeniem, że według obowiązującego prawa amerykańskiego dwutlenek węgla nie jest substancją trującą.

Stan Massachusetts odwołał się jednak od decyzji EPA i na początku tego roku sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten 2 kwietnia orzekł, że Agencja się myliła i „gazy cieplarniane z powodzeniem spełniają pojemną definicję zanieczyszczenia powietrza, do jakiej odwołuje się ustawa”. W ślad za tą decyzją w połowie maja prezydent Bush wydał dekret nakazujący EPA oraz ministerstwom transportu, energii i rolnictwa „skoordynowanie działań zmierzających do możliwych akcji regulacyjnych dotyczących emisji gazów przyczyniających się do globalnych zmian klimatycznych i pochodzących z ruchomych źródeł”.

Ustawa ograniczająca takie emisje (choć na razie tylko z ruchomych źródeł, czyli samochodów) miałaby precedensowe znaczenie. Ale krytycy prezydenta, tacy jak liderka demokratów w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi, narzekają, że wyznaczając termin przedłożenia propozycji ustaw na koniec 2008 r. prezydent „próbuje uciekać przed zegarem do końca swej kadencji”. Podobne wrażenie wywołuje stanowisko Busha w trakcie szczytu najbardziej uprzemysłowionych państw świata. Wątpliwości wzbudziło także wystąpienie na sesji ONZ trzy miesiące później. Na spotkaniu G8 w Heiligendamm Bush podpisał wprawdzie dokument stwierdzający, że ocieplenie klimatu wywołane jest w dużej mierze przez działalność człowieka, ale amerykańscy negocjatorzy skutecznie zadbali o to, by w ustaleniach szczytu zabrakło jakichkolwiek konkretnych zobowiązań co do limitów emisyjnych. Strony godzą się jedynie „poważnie rozważyć” redukcję emisji szkodliwych gazów o 50 proc. do połowy bieżącego stulecia.

Na sesję ONZ poświęconą globalnemu ociepleniu, która odbyła się w Nowym Jorku 24 września, Bush wysłał Condoleezzę Rice, która zapewniła zgromadzonych, że Stany Zjednoczone rozumieją pilne wyzwanie, jakim są zmiany klimatyczne. Kilka dni później prezydent USA uczestniczył osobiście w spotkaniu przedstawicieli 17 krajów, na którym omawiano ten sam problem. Jak napisał po jego wystąpieniu „New York Times”, „pan Bush zmienił swą retorykę. Jeśli chodzi o konkrety, pozostaje on równie osamotniony jak zawsze. W tej sytuacji inicjatywę we wprowadzeniu zmian będzie musiał przejąć Kongres”.

Takie rozwiązanie będzie, być może, po myśli Busha, bo najwyraźniej nie zależy mu na tym, by zostawić po sobie ustawodawstwo zwalczające zmiany klimatyczne. Bardziej proekologiczne stanowisko Bush zajął po fiasku Protokołu z Kioto, za którego bojkot spotkała jego administrację moralna chłosta ekologów. Wizje prezydenta wybiegają już poza 2012 r., gdy wynikające z Protokołu ustalenia wygasną. Tymczasem podkreśla on dobrowolny, zgodny z duchem amerykańskiej demokracji charakter przewidywanych inicjatyw mających katastrofie ekologicznej zapobiec.

W Kongresie jest już ustawa wprowadzająca obowiązkowe, z czasem coraz niższe progi dopuszczalnych emisji pochodzących nie tylko z samochodów, ale także ze „źródeł nieruchomych”, przede wszystkim elektrowni węglowych. Autorzy projektu senatorowie Joseph Lieberman i John Warner zakładają, że dzięki nowym przepisom Stanom Zjednoczonym uda się do 2050 r. ograniczyć emisję gazów cieplarnianych do 63 proc. poziomu z 2005 r. Według specjalistów od zmian klimatycznych nie jest to cięcie wystarczające, ale jak na Amerykę zamierzenie pozostaje i tak ambitne.

Jaka redukcja emisji dwutlenku węgla mogłaby powstrzymać proces ocieplania się ziemskiego klimatu? Są wciąż tacy, którzy na to pytanie odpowiedzą kolejnym: jakiego ocieplenia? Klimatologia nie jest jeszcze najściślejszą z nauk, a prognozy poszczególnych badaczy znacznie się od siebie różnią. Znany ekosceptyk Bjoern Lomborg przyznaje co prawda, że efekt cieplarniany ludzkiego chowu w rzeczywistości istnieje, ale sugeruje, że obniżanie emisji dwutlenku węgla wcale nie musi być najwłaściwszym rozwiązaniem. Są, jak twierdzi, sprawy ważniejsze, a na jego liście globalnych priorytetów klimat zajmuje dopiero piętnaste miejsce – po walce z malarią, AIDS i deficytem wody. Może należy zatem rozważyć przesiedlenie Kalifornijczyków w jakieś bezpieczniejsze miejsce?

Krzysztof Szymborski

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj