Naftowy chłopiec
„Naftowy chłopiec” Donalda Trumpa. Na początku dostał dwa zadania. Kim jest Alejandro Betancourt?
Kryzys po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2018 r., a w samym środku wydarzeń Alejandro Betancourt. Amerykanie w styczniu tego roku porywają prezydenta Nicolasa Maduro, Betancourt trzyma rękę na pulsie. Donald Trump ogłasza „największą umowę naftową w historii świata” – oczywiście zawartą z Betancourtem. Cały czas mówimy o jednej osobie, której głosu nawet nie sposób odnaleźć w mediach czy w internecie. Jak to się stało, że ten nieznany szerzej 46-latek z Caracas stał się najpotężniejszą osobą w Wenezueli?
W pierwszym przypadku chodziło o zwykłe oszustwo. Chwiejący się reżim Maduro zorganizował nibygłosowanie, przed którym powsadzał opozycjonistów do więzień, rozpętał kampanię oszczerstw w państwowych mediach, a na koniec i tak musiał sfałszować wyniki wyborów. Gdy w styczniu 2019 r. Maduro został zaprzysiężony na kolejną kadencję, kontrolowany przez opozycję parlament uznał go za uzurpatora, a kilka dni później szef parlamentu Juan Guaidó ogłosił, że przejmuje obowiązki prezydenta. Tak zaczęły się krytyczne dla Wenezueli trzy miesiące dwuwładzy.
I tu pojawia się Betancourt. Beneficjent kilku już ustawionych kontraktów rządowych, o których jeszcze później, występuje w roli pośrednika między opozycją i Maduro. Leci nawet do Moskwy, by prosić Władimira Putina o rozładowanie napięcia w Wenezueli. Początkowo reżim idzie na taki układ, uznając Betancourta za „swojego człowieka”. I początkowo Betancourt chyba rzeczywiście tak o sobie myślał – do czasu, aż kolejne państwa, w tym Stany Zjednoczone, zaczęły uznawać Guaidó za prezydenta. Jak pisze „Washington Post”, Betancourt nagle stał się sponsorem opozycji, prawdopodobnie nie za swoje pieniądze. Gdy Maduro zorientował się, że pośrednik zmienił strony, dał mu wybór: albo wyjazd, albo więzienie.