Najpierw jednak o pewnej iluzji. Zeszłotygodniowe ukraińskie uderzenia na serwerownie Yandexu, czyli „rosyjskiego Google’a na sterydach”, pokazały, jak łatwo ulegamy narracjom zgodnym z naszymi oczekiwaniami. Dobitnym tego przykładem była wrzutka o tym, że owe ataki „zabiły” również rosyjskie boty szerzące dezinformację. W polskiej i europejskiej debacie natychmiast pojawiła się teza (i satysfakcja), że rosyjskie boty nagle zniknęły z internetu. Podchwycili ją politycy, komentatorzy i użytkownicy mediów społecznościowych. 12 października, podczas pierwszego dnia Warsaw Security Forum, mówił o tym sam prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, sugerując, że po uderzeniach było „mniej nienawiści, podziałów i prowokacji”. Tyle że to wszystko nieprawda.
Analiza Cloudflare, firmy specjalizującej się w infrastrukturze sieciowej, wykazała, że gwałtowny spadek automatycznego ruchu generowanego przez Yandex (czyli boty) wynikał przede wszystkim z zakłóceń w działaniu jego serwerów. W przypadku wyszukiwarki chodziło głównie o roboty indeksujące (sortujące) strony internetowe, a nie konta szerzące propagandę w mediach społecznościowych. Cloudflare nie znalazł wyraźnych dowodów, że ataki sparaliżowały rosyjskie operacje wpływu w mediach społecznościowych.
Ta historia pokazuje, jak łatwo błędnie interpretować dane techniczne i jak szybko rozchodzą się informacje zgodne z naszymi oczekiwaniami. Zełenski miał interes w podkreślaniu skuteczności ukraińskich uderzeń, ale jego tezę bezrefleksyjnie podchwycili także europejscy politycy i komentatorzy. Niewielu zadało sobie trud, by zweryfikować źródło wykresu aktywności botów masowo udostępnianego w mediach społecznościowych. A ten wykres okazał się fałszywką.
Od co najmniej 12 lat na konferencjach poświęconych bezpieczeństwu słychać o konieczności zwalczania rosyjskiej dezinformacji i sprawdzania źródeł.