Czarnomorskie kurorty kiedyś tętniące życiem, dziś popadają w ruinę

Czarne morze betonu
Żyzna Ukraina śniła się Hitlerowi, ale padła łupem Stalina. To on i jemu podobni obsadzali tę ziemię. Dziś ich już nie ma, a Ukraina nadal rodzi plon - kolejne połacie betonu.

 

Na powierzchni jest popękany, z rdzawymi zaciekami, ale mocno osadzony w ziemi. Przypomina w tym Ukrainę, która chce się zmienić, ale jej nie wychodzi. Tak jakby tym betonem udało się zalać nie tylko przestrzeń zewnętrzną, ale i wewnętrzną.  

REMIS

W czarnomorskich kurortach odpoczywał kiedyś cały Związek Radziecki. Po sowieckich kurortowiczach została architektura, mentalność i sentyment. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to beton. Masywna sowiecka spuścizna nie pasuje do pejzażu. Liszaje przemysłowych zon i złomowiska wlewające się niemal wprost do wody wyglądają jak dekoracja do nowej serii obrazów Hieronima Boscha. Przyparta do muru natura próbuje się bronić, niszcząc nieudolne ludzkie konstrukcje. Na razie jest remis. Na równi zniszczone jest to, co ludzkie i boskie. Od pomarańczowej rewolucji upłynęło zaledwie kilka lat, a ludzie już stracili nadzieję. Są zdezorientowani i zmęczeni politycznym bałaganem. Kiedyś było źle. Zgadza się. Ale był porządek. Teraz nie jest lepiej, a porządku nie ma.

- Niech wschodnia Ukraina z Krymem wróci do Rosji, a zachodnia niech wstąpi do Unii Europejskiej - mówi Aleksandr, popijając piwo. Ma 25 lat i dużo czasu na popijanie piwa. Na Krymie mało kto mówi po ukraińsku. Sam fakt, że został uznany za oficjalny język Ukrainy, wielu miejscowych uważa za prezydencką fanaberię. Ale niegroźną, skoro mówią o niej po rosyjsku. 

GIEROJEWKA

Słońce jak w lecie. Cisza, spokój i zdziczałe psy. Wygrzewając się w słońcu, leniwie obserwują przechodniów. Lepiej nie wyobrażać sobie ich głodnych. - Ludzie przyjeżdżają w lecie z psami, a wracają już bez - mówi pracownica muzeum wojennego w Gierojewce. Mieścina oficjalnie nazywa się Eltigen, ale i tak wszyscy mówią Gierojewka - bohaterka. 60 lat temu, podczas desantu na niemieckie umocnienia, zginęło tu kilkanaście tysięcy żołnierzy. Zupełnie jak w Normandii, tylko że o Gierojewce mało kto słyszał. Po desancie została jeszcze stara łódź bojowa i muzeum z zardzewiałą ekspozycją, pokrytą grubą warstwą kurzu, od dawna niezmąconego przez zwiedzających. Wstęp kosztuje dwie hrywny. Po ostatniej zapaści ekonomicznej to jakieś 90 groszy. 

BASEN

Kawałek morza, ogrodzonego rozwalającym się betonowym pirsem, udaje basen. Nieliczne jeszcze o tej porze wczasowiczki chętnie się tu fotografują.
Po drugiej stronie kąpieliska, na plastikowym stoliku wódka, kiełbasa, ogórki, no i lawasz - wypalany w kamiennych piecach pszenny placek z Zakaukazia. Sława, który jest Rosjaninem, obchodzi 42 urodziny. Goście, Kazach z żoną, wznoszą toast za rosyjskiego kolegę.

Sława na Krymie czuje się jak u siebie. - Przy dobrej pogodzie widać stąd Rosję - tłumaczy Wiktor z Kazachstanu, który na basenie pracuje jako stróż. Jakiś czas temu Rosjanie chcieli zbudować most, który połączyłby Krym z Rosją, ale Ukraińcy szybko się zorientowali, czym to pachnie. Zagrozili, że most zbombardują i roboty przerwano. Pomimo bombowych gróźb, mieszkańcy Krymu do Rosjan odnoszą się dobrze. Kiedyś to było jedno państwo i jeden naród sowiecki. Dla niektórych zmieniło się to tylko w papierach. - Pokażę coś - Wiktor prowadzi do pomieszczenia obok przebieralni basenowej i otwiera drzwi do małego pokoiku. Przestrzeń wypełniają stare niewybuchy, łuski, zardzewiałe karabiny. Na środku stoi wielka okrągła mina podwodna z czasów II wojny światowej. - Nie ma strachu. Już dawno rozbrojona - uspokaja Wiktor. - Znajomy nurek, czego nie odda do miejskiego muzeum, przynosi tutaj - dodaje. Wygląda na to, że z tą miną na zapleczu Wiktor czuje się raźniej. 

JURA

- pyta Jura. Chętnie pozuje do zdjęcia. Wybrzeże Morza Czarnego to strefa przygraniczna. Oficjalnie fotografowanie zabronione. Szczególnie w Kerczu, gdzie Rosja tuż za miedzą. Pilnowanie tego zakazu to część pracy Jury. - Na wieży stanę. Fajnie będzie wyglądać - krzyczy. Ma 30 lat, mieszka z żoną i dzieckiem w koszmarnym pogranicznym osiedlu z pięknym widokiem na morze. Po półgodzinnej rozmowie masz wrażenie, że jesteście starymi przyjaciółmi i prawie zaczynasz się umawiać na wspólne wakacje. Jura pręży się, szczerzy zęby, unosi głowę, dziarsko patrzy przed siebie. Scena jak z radzieckiego filmu. Atmosfera trochę siada, kiedy spróbujesz zrobić zdjęcie zdezelowanego posterunku granicznego. - Tego nie fotografuj. Rozumiesz. Nie wolno, strefa graniczna - tłumaczy Jura.

BERLIN

Sanatorium Weteran samo jest już weteranem. Przekraczając jego próg, cofasz się o co najmniej 50 lat. Tutaj czuje się prawdziwy zapach przeszłości. Nic nie jest udawane. Pensjonariusze, głównie weterani wielkiej wojny ojczyźnianej, grają w szachy przed budynkiem. Staruszki dokarmiają koty plączące się im pod nogami. Sanatorium jest dla emerytów azylem, namiastką dawnego porządku. Tutaj czują się bezpieczni. Wiele sanatoriów na Krymie przeszło w prywatne ręce. Są otoczone wysokim murem i dostępne tylko dla ludzi z grubym portfelem. Tu jest równość. Każdy ma tak samo źle. Wieczorem emeryci szykują się na bal. Bohaterowie z orderami na piersiach tańczą, jakby wstąpiło w nich drugie życie, chociaż jeszcze przed chwilą ledwo kuśtykali ze schodów prowadzących do sali tanecznej. Dla Iwana (83 lata) to, co najważniejsze w jego życiu, skończyło się w momencie zdobycia Berlina w 1945 r. Tańczy z Angeliną, starą znajomą z sąsiedztwa (62 lata), emerytowaną sanitariuszką i pracownicą sanatorium. Jak już zdobyli ten Berlin, też tak tańczyli z sanitariuszkami. Przynajmniej tak to chce Iwan wspominać.

9-ETAŻKI

Wybrzeże jest już odnowione i wysprzątane, jak salon na przyjęcie gości. Są nimi nowi turyści. Bogacze, więc trzeba ich przyjmować na bogato. Sewastopol, miasto-bohater, wita okazałymi, czystymi gmachami. A przynajmniej tak jest w centrum. Na drugim brzegu zatoki - po staremu. Prom za 3 hrywny, na lekkiej fali, jakby kłaniał się 9-etażkom, starym socjalistycznym blokom. Postawiono je na miejscu carskiej twierdzy, której ruiny zaczynają się zaraz za blaszanymi garażami. Stare miesza się z nowym, a spoiwem są góry śmieci. Fortyfikacja, która chroniła niegdyś Sewastopol przed najeźdźcą, teraz służy jako wysypisko. Za to widok jest wyjątkowy. Z jednej strony błyszczące bielą centrum Sewastopola, z drugiej strony, otwarte morze z wolno płynącymi tankowcami w oddali. Na porośniętej trawą części pasą się kozy.

KRYZYS

- Aleks recytuje jak z czytanki. Na serdecznym palcu zawiesił reklamówkę z pamiątkami za 2 hrywny sztuka. Ma 19 lat i twierdzi, że jest studentem historii. - W wolnym czasie zajmuję się fechtunkiem. Trochę drogie zajęcie, ale dość modne na świecie - rzuca nagle. Na każde pytanie odpowiada kilkunastominutowym monologiem. - To starożytne miasto. Ulice trochę brudne, ale to kurz wieków - kończy poważnie. Na deptaku atrapy starożytnej architektury stoją tuż obok zardzewiałej przebieralni dla kąpielowiczów. Jedynym otwartym o porannej porze miejscem, gdzie można zjeść śniadanie, jest bufet na dworcu autobusowym. Tam toczy się życie nowożytne. Na pytanie, czy jest śmietana, sprzedawczyni odpowiada z rozbrajającym uśmiechem: - Nie ma. Kryzys jest. Przy stolikach stali bywalcy: kierowcy autobusów i marszrutek jedzą jajecznicę. Nie wyglądają raczej na takich, co by się przejmowali kryzysem.

RAJ

- mówi Władimir, który na co dzień mieszka w przemysłowym Dnieprodzierżyńsku na wschodniej Ukrainie. - Gdybym chciał gdzieś mieszkać, to właśnie w Ałuszcie - dodaje. Ałuszta to rzeczywiście raj. W sowieckim wydaniu. A raczej - tak mógłby wyglądać, gdyby ktoś chciał go dokończyć.


Drukowany fotoreportaż został nagrodzony na międzynarodowym konkursie fotografii prasowej 66th Pictures of the Year International, a w ubiegłym tygodniu został uhonorowany I nagrodą na Grand Press Photo 2009 w kategorii przyroda/fotoreportaż.  

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj