szukaj
Miłość na starość
Urok siwych gołąbków
W społeczeństwie uprawiającym kult młodości widok starych ludzi trzymających się na ulicy za ręce budzi mieszane uczucia. A przecież co może być u schyłku życia bardziej pożądanego niż bliska osoba u boku?

Starych najczęściej widzi się w pojedynkę. A właściwie – stare. Na ulicach, w parkach, na działkach, w uniwersytetach trzeciego wieku. Chodzą kiedyś rozwiedzione, kiedyś porzucone, nigdy niezamężne. Albo wdowy. Starzy mężczyźni widoczni są rzadziej. W sfeminizowanych klasach, na przykład pielęgniarskich, pojedyncze męskie rodzynki otoczone hołdami koleżanek czują się świetnie. Starym mężczyznom w klubie seniora, a w istocie seniorki, rola rodzynków już nie w smak. Stracili pracę i potencję, które definiowały ich poczucie męskości, czego więc po tych kastracjach mieliby szukać w klubach i uniwersytetach dla leciwych studentów, a właściwie – studentek? Tak myślą.

Lecz nade wszystko nie widać ich, bo wymierają przed kobietami. I po kobietach. W interesującym zbiorze publikacji socjologów z Uniwersytetu Łódzkiego „Pomyślne starzenie się w perspektywie nauk społecznych i humanistycznych” pod redakcją Jerzego T. Kowalskiego i Piotra Szukalskiego czytamy, że już 20 lat temu prof. Maria Susułowska, znakomita socjolog z Krakowa, wskazywała na lepszą adaptację kobiet do owdowienia, ale i emerytury.

Z badań amerykańskich wynika, że w pierwszym roku po śmierci żony umiera 67 proc. wdowców, a wdów po śmierci męża tylko 3 proc. Anna Klatkiewicz z Uniwersytetu Medycznego im. Marcinkowskiego w Poznaniu donosi, że w rok po śmierci współmałżonka obserwuje się gwałtowne obniżenie odporności i ogólnego stanu zdrowia osieroconej osoby.

Ma więc szczęście ten, kto dożywa swych dni obok żony. Lecz ją też los wyróżnił ocalając, jeśli ma dobrego męża, od wdowieństwa, które jest teraz wpisane w życie zamężnej kobiety jak w młodości macierzyństwo. Stara żona ma do kogo się przytulić, z kim pogadać, pokłócić się, pójść na spacer, do kina, oprzeć się restrykcyjnym dzieciom, które żądają opieki nad wnukami.

Tak więc nie tylko on, któremu statystycznie sądzone krótkie życie, lecz także ona, statystycznie bardziej długowieczna, skorzystać mogą na byciu razem. Prof. Bogdan Wojciszke pisze, że dziesiątki badań na świecie dowodzą dobroczynnego wpływu małżeństwa i na mężczyzn, i na kobiety.

Izraelskie studium z udziałem 10 tys. mężczyzn, których badano w 5-letnim odstępie, wykazało, że brak kochającej i wspierającej żony zwiększał ryzyko zapadalności na anginę pectoris i inne choroby. Osierocenie pogłębia też depresję, która, zdaniem gerontologów, dotyka i tak 26 proc. ludzi starych.

Depresja powoduje cięższy przebieg chorób już trapiących starszą osobę – cukrzycy czy niedomagań układu krążenia – a także sprzyja pojawieniu się nowych. I zwiększa ryzyko zgonu. Badania prowadzone w Finlandii, we Włoszech i w Holandii, informują Piotr Bystrzycki i Beata Tobiasz-Adamczyk z Collegium Medium UJ, jednoznacznie potwierdziły związek między depresją a umieralnością.

Z wielkiej miłości, z wielkiej nienawiści

Małżeństwo, zdaniem prof. Wojciszke, pełni rolę bufora chroniącego przed stresem. Przeżywane radości stają się we dwoje większe, a dzielone kłopoty łatwiej znosić. On i ona wspierają się z miłości, przyjaźni, z rutyny, ze strachu przed samotnością. I z nienawiści także. W pewnej starej parze żona mści się na mężu za to, że w młodości permanentnie ją zdradzał i upokarzał. Teraz jest nieruchawy, reumatyczny, a ona z upodobaniem biega po kumach i klubach, zostawiając go z termosem gorącej herbaty przy fotelu, za co jej nie znosi i też marzy o zemście. Ale się nie rozstają.

Z upływem czasu i wspólnego życia bliski związek z drugim człowiekiem, nawet jeśli nie jest zbyt udany, staje się częścią nas samych. Partnerzy upodabniają się, podobne stają się nawet ich twarze – twierdzi Bogdan Wojciszke. Latami wspólnie cieszyli się, martwili, gniewali. Przy każdej z tych emocji twarz ma charakterystyczny dla siebie wzorzec mimiczny. Częste przeżywanie jakiegoś uczucia prowadzi do trwałej zmiany układu mięśni. Upodabnianie się twarzy jest tym większe, im bardziej partnerzy byli zadowoleni ze swego związku.

Państwo Edward i Wanda Filipowscy mówią, że rozumieją się bez słów, wystarczy spojrzenie, pół zdania. Poznali się w Niemczech. On, kombatant z szeregiem odznaczeń, ranny w Powstaniu Warszawskim, trafił do Niemiec do pracy przy wyrębie brzóz na granicy niemiecko-holenderskiej. Ją jeszcze wcześniej wywieziono na roboty. W Warszawie czekał absztyfikant. Ale ona wybrała na obczyźnie poważnego, przystojnego chłopaka, który nie pił i nie palił, bo tych przywar nie znosi. Okazywał jej miłość przez ich 63 wspólnie przeżyte lata. Jest jej pierwszym i ostatnim mężczyzną. I wie, że jej nigdy nie zdradził. Po wojnie wrócili do Polski. Edward zajął się uprawą kwiatów. Ona prowadziła dom. Poszczęściło im się w życiu. Mają siedmioro wnuków, jedną prawnuczkę. W sypialni stoi łóżko, w którym razem spali ponad pół wieku. Nigdy się nie kłócili. Bo po co? Czasem sobie mówią, że to ich ostatni rok przeżyty razem. Nie boją się. Otrzymali od losu piękną wspólną starość.

Nie gańmy starych za to, że ledwo pochowawszy współmałżonka, rozglądają się rozpaczliwie po paniach i panach. Wchodzą w konkubinaty, a nawet żenią się. Głównie mężczyźni. To oni mają szansę na ujście z owych śmiertelnych 67 proc. po stracie towarzyszki życia. 70 proc. wśród nowożeńców po sześćdziesiątce to mężczyźni. Jak podaje we wspomnianej już publikacji dr Dorota Kałuża, ekonomistka z Uniwersytetu Łódzkiego, na sto kobiet w wieku 75–79 lat, które wyszły w 2006 r. za mąż, przypadło prawie 446 mężczyzn nowożeńców w tym samym wieku. Na 100 kobiet 85-letnich i starszych, które stanęły na ślubnym kobiercu, przypadło 654,5 ich równolatków, którzy ożenili się w tym samym roku. Na rynku matrymonialnym leciwych, wdowcy szukają najczęściej wdów, rozwiedzeni – rozwiedzionych, stare panny wolą wdowców niż starych starych kawalerów i rozwodników. Tylko kawalerowie biorą, co się da – czy to panna, czy wdowa.

Na śluby decydują się częściej stare młode pary z miast niż ze wsi. Najrzadziej – mieszkający na ścianie wschodniej, najczęściej – na obszarach północno-zachodnich. Częściej wykształceni.

Lecz zalewu takich ślubów, nad czym należy ubolewać, nie ma. W 2006 r. zawarło je 6,1 tys. 60-latków i starszych, co stanowiło 2,7 proc. wszystkich ślubów. W latach 2005 i 2006, kiedy nastąpiło ożywienie małżeńskie, a liczba ślubów wzrosła o 9,4 proc. w stosunku do lat ubiegłych, śluby starszych zwiększyły się tylko o 3 proc.

Tkliwie, żarliwie i bezradnie

Starzy niedowiarkowie i pełni pychy młodzi powiadają, że w późnym wieku zakochać się nie można. Wystygło serce, zwisły mięśnie, kości zwapniały, miłość stała się karykaturą miłości młodej.

Spotkałem kobietę, która tak mocno przypadła mi do serca, że świat nabrał dla mnie nowych barw – opowiada jeden z seniorów badanych przez prof. Jerzego Semkowa z Uniwersytetu Warszawskiego. – Uczucia, które dotąd żywiłem do innych kobiet, wydały mi się powierzchowne, związane niemal wyłącznie z seksem. Dopiero teraz, gdy dożywam 70 roku życia, wiem, czym jest prawdziwa miłość i na czym polega jej bogactwo. A to rzeczywiście bogactwo. Późna miłość szalejem się pali, powiadają. Jak w przypadku malarza marynisty, grubo po siedemdziesiątce, który śmiertelnie zakochany chciał kolekcję swych obrazów i wszystko, co miał, zapisać ukochanej, aż wkroczyła oburzona na wariactwo rodzina.

Józef Stanuch, literat, opowiada, że kiedy po latach samotności zobaczył swą obecną żonę, stało się dla obojga jasne, że nie będą mieli siły, aby się nie spotykać, choć ona mieszkała 100 km od niego. Nie chcąc zajmować mieszkania przeznaczonego dla syna, urządzili dla siebie lokal na strychu. – Dobrze nam tam jak u pana Boga za piecem – mówi Józef Stanuch (i nie przeszkadza im, że ona jest gorliwą katoliczką, a on agnostykiem).

Jakże często miłość stara pali się tkliwie, żarliwie i bezradnie (będę cię kochać, jak kochają dzieci – tkliwie, żarliwie i bezradnie – pisała Achmatowa). Ze zdumieniem obserwuję uczucie dwojga moich znajomych z Hagi – 94-letniej Fryderyki Tibboel-Korbee i 87-letniego Joba van Nobele. Poznali się przed ośmioma laty, gdy ona pomagała w pielęgnacji jego śmiertelnie chorej żony. Teraz on mieszka w domu starców (100-metrowe lokum, pełny luksus) i codziennie odwiedza ukochaną, już unieruchomioną na wózku. Spędzają razem wiele godzin. On codziennie sto razy podnosi i opuszcza jej lewą bezwładną rękę, która dzięki temu staje się powoli sprawna. On boi się, że ona może odejść, a ona nadal lubi się z nim całować i cieszy się, że wciąż jest kochana. Seks? Oczywiście, jeszcze do niedawna. Bo cóż to za miłość bez seksu?

Stare kobiety też mogą kwitnąć

Dr Andrzej Depko, który z szefową radia TOK FM Ewą Wanat prowadzi na antenie rozmowy o seksie, opowiada, że któregoś dnia w przychodni pojawiła się zdyszana dama. Odważyła się przyjść, bo wie (jest słuchaczką radia), że będzie potraktowana poważnie. Jest wdową. Odwiedza często grób męża. Sąsiednim grobem opiekuje się pan, który pochował żonę. Najpierw się sobie kłaniali, potem przecierali groby, aż on zaprosił ją na herbatę do kawiarni oraz na spacer. I ona chce teraz porady: czy może go zaprosić na herbatę do siebie. – Oczywiście, że pani może, a cóż w tym złego – mówi doktor. – Czy pan ze mnie kpi – obrusza się leciwa dama. Jeśli dorosła kobieta zaprasza dorosłego mężczyznę na herbatę do siebie, to jasne, że pójdą do łóżka. Ona nie współżyła od wielu lat, więc czy może zaprosić mężczyznę, czy raczej dać sobie spokój?

Do TOK FM telefonuje wiele kobiet, które skarżą się na swych mężczyzn. One wciąż potrzebują, a oni stronią od seksu. Aparatura odłożona na strych – jak zwierzał się Lech Wałęsa. I owszem, mówi Andrzej Depko, niektórzy cieszą się, że wreszcie nadszedł czas, gdy nie muszą spełniać obowiązku małżeńskiego. To na ogół osoby, których i w młodości seks nie pociągał, taką miały konstytucję. Albo miały niemiłe doświadczenia. Lecz ci, dla których seks był źródłem czystej radości, pragną go również w wieku podeszłym. I mogą mieć. Istnieją leki pomagające mężczyznom w erekcji, a kobietom – przywracające stan pochwy sprzed 30 lat. Starsze kobiety mogą kwitnąć seksualnie. Pod warunkiem, że nie pozwolą się mentalnie wykastrować: dać sobie wmówić, że w seksie starych jest coś brzydkiego, niestosownego, niewłaściwego, że stary satyr i erotomanka w pęczkach zmarszczek, że wyuzdanie, ohyda, wstręt.

A przecież – mówi dr Depko – to mechanizm, który działa dobroczynnie. Jak balsam. Leczy i wydłuża życie. Człowiek jest bowiem istotą seksualną do końca życia.

Spokojna intymność, radosna wspólnota

Cielesne połączenie kobiety i mężczyzny może się zmieniać w zależności od wieku – pisze dr Małgorzata Dzięgielewska z Uniwersytetu Łódzkiego – może też ustępować innym formom wymiany czułości. Intymność staje się wprawdzie spokojniejsza, ale radość z przebywania razem się nie zmniejsza. Seksualność podlega zmianom i dojrzewaniu. Jeśli osoba starsza spodziewa się, że będzie reagowała jak za młodych lat, doświadczy frustracji. Jeśli jednak zaakceptuje zmiany zachodzące w ciele, seks może okazać się satysfakcjonujący.

Z badań OBOP przeprowadzonych w 2007 r. wynika, że dla 25 proc. Polaków po pięćdziesiątce seks jest nadal ważnym składnikiem życia, a fakt, że nie muszą bać się ciąży, jest komfortowy. Badania amerykańskie przynoszą podobne wyniki. Połowa Amerykanów od 57 do 85 roku życia i co trzeci między 75 a 85 informuje, że seks jest obecny w ich życiu. Z badań wynika również, że starsi wykształceni i nie nazbyt religijni gustują w seksie bardziej niż głęboko wierzący i gorzej wykształceni.

Był w błędzie John Cardi, amerykański seksuolog, kiedy pisał: „Miłość to słowo używane do nazwania podniecenia seksualnego u młodych, przyzwyczajenia u ludzi w sile wieku i wzajemnego uzależnienia u starych”.

Barbara Pietkiewicz

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj