Archiwum Polityki

Rok po powodzi, powodź po roku

Gdyby Polskę znów dotknęła powódź na miarę tej z lipca 1997 r., skutki byłyby równie opłakane jak przed rokiem. Tak niewiele polepszył się system zabezpieczeń. Zalane zostałyby te same miasta, wsie i fabryki, przerwane wały ochronne, zniszczone szpitale, szkoły, domy i drogi. Prawdopodobnie tylko uciekalibyśmy zdecydowanie szybciej.

- Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyła nas ubiegłoroczna powódź, było to, jak groźna może być woda - mówi sekretarz Wojewódzkiego Komitetu przeciwpowodziowego w Opolu Mieczysław Matuszewski. - Wierzę, że jeśli tym razem ogłosilibyśmy ewakuację, ludzie nie czekaliby z nadzieją, że może jednak woda pójdzie bokiem.

Gdy jednak w czerwcu opolski WKP ogłosił pogotowie, bo poziom Odry w Miedonii w ciągu 6 godzin podniósł się o 3 metry, a powódź nie nadeszła, od razu pojawiły się pretensje, że niepotrzebnie szerzą panikę.

Polityka 27.1998 (2148) z dnia 04.07.1998; Raport; s. 3
Reklama