Archiwum Polityki

Polak się zieleni

Odwieczny, naturalny cykl wegetacji jest zbyt powolny jak na potrzeby i wymagania polskich balkonów, działek i przydomowych ogrodów. Rośliny sprzedawane w centrach ogrodniczych i supermarketach często powstają w laboratoriach. Mnożone są przy użyciu techniki in vitro i najnowszych osiągnięć genetyki, wytwarzane według stale doskonalonych technologii, pędzone hormonami wzrostu lub traktowane preparatami skarlającymi, by wyglądały dokładnie tak, jak życzy sobie klient. Niektóre – jak surfinia – są opatentowane i strzeżone licencją. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pelargonia z naszego balkonu wyrosła na Wyspach Kanaryjskich, a niecierpek w Izraelu. W zielonym biznesie, który wyrósł na potężny sektor rynku, nie ma rzeczy niemożliwych. Ogrody zamawia się dziś jak domy: pod klucz. I w ciągu kilku dni powstaje ogród, który wygląda, jakby rósł od zawsze. To tylko kwestia ceny.

Z rozmów z przedstawicielami polskiej branży ogrodniczej wynika, że przeżywa ona jednocześnie głęboki upadek i dynamiczny wzrost.

W okolicach Jabłonny pod Warszawą ostatnie 10 lat przetrwało może 20 proc. firm – mówi Maria Grzegorek, szefowa firmy Polkwiat w Wieliszewie. – Padły gospodarstwa państwowe, drobni badylarze nie wytrzymali konkurencji.

Kiedyś Dojlidy w Białymstoku to była badylarska dzielnica, dziś zostaliśmy tylko my – potwierdza Jerzy Gwoździej, właściciel Egzolandu.

Polityka 25.2001 (2303) z dnia 23.06.2001; Raport; s. 3