Ja My Oni

Grawitacja gwałtu

Po doznaniu przemocy seksualnej nie da się tak po prostu iść dalej

Kristina Paukshtite / StockSnap.io
Chcemy zapomnieć o traumie, ale skojarzone z cierpieniem obrazy i dźwięki wdzierają się na siłę. Bolą.
Kadry z filmu „Nieodwracalne”, reż. Gaspar Noé, 2002 r. Na zdjęciach Monica Bellucci i Jo Prestia w słynnej kilkunastominutowej scenie brutalnego gwałtu.materiały prasowe Kadry z filmu „Nieodwracalne”, reż. Gaspar Noé, 2002 r. Na zdjęciach Monica Bellucci i Jo Prestia w słynnej kilkunastominutowej scenie brutalnego gwałtu.
„Dzięki terapii można pogodzić się z tragedią i wyzwolić z lęku”.materiały prasowe „Dzięki terapii można pogodzić się z tragedią i wyzwolić z lęku”.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w lutym 2014 roku.

Gwałt, wykorzystanie seksualne, molestowanie to przeżycia, które zmieniają życie w piekło. Oziębłość, nałogi, samookaleczenia, bulimia, depresje… Lista konsekwencji traumy seksualnej jest długa. Trudne wydarzenia można przepracować, przeżywając je ponownie podczas terapii. Innej drogi do lepszego życia nie ma.

Dlaczego właściwie o gwałcie nie da się zapomnieć? Bo mechanizmy, które nami rządzą, są silne jak grawitacja. A im bardziej staramy się zapomnieć, tym bardziej się pogrążamy. Cała nasza energia idzie na to, by odsunąć od siebie straszne myśli, które atakują coraz silniej. Wsiadamy na karuzelę lęku, ucieczki, niemocy. Trauma, jaką jest przemoc seksualna, to przeżycie, podczas którego centralny układ nerwowy doświadcza ekstremalnej stymulacji i upośledza pamięć. Nie chodzi tylko o coś, co potocznie nazywamy dobrą lub słabą pamięcią, ale o to, że dramatyczna sytuacja nie zapisuje się w naszym mózgu w całości, tylko we fragmentach – przez dźwięk, zapach, obraz. Pozostawia chaotyczny zapis, bez opcji stworzenia z niego całości.

Chcemy zapomnieć o traumie, ale skojarzone z cierpieniem obrazy i dźwięki wdzierają się na siłę. Bolą. Nie mamy na to wpływu, jak na uciętą rękę. Gdy chcemy sięgnąć po wspomnienia, zdezorientowany mózg odpowiada strachem. Wykorzystana seksualnie dziewczyna nawet jako stara kobieta dostaje histerii, widząc nagi tors mężczyzny. Inna staje sparaliżowana mijając niebieski samochód. Gwałciciel zabrał godność, wiarę w siebie, bezpieczeństwo.

Powrotu do stanu sprzed tragedii nie ma. Ale można się z nią pogodzić i wyzwolić z lęku. Psychotraumatolog dr Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała porównuje traumatyczne wspomnienia do porozrywanych i porozrzucanych po całym pokoju zdjęć. – Trzeba je posklejać, zapakować i odłożyć na półkę – mówi, mając świadomość, że to jedno z najtrudniejszych zadań terapeutycznych. Praca tylko dla fachowców przeszkolonych do „zadań specjalnych”.

Trauma

To znamienne, że każdy – pacjentka czy pacjent – po gwałcie ma poczucie winy. „Mogłam się obrobić”, „iść inną drogą”, „krzyczeć, a nie krzyczałam” – obwiniamy się i wydarzenie nabiera dręczącej mocy.

Jaki mechanizm zadziałał? Jeśli przypiszemy winę sobie, to myślimy, że mieliśmy jednak na tragiczne wydarzenie jakiś wpływ, daje nam to poczucie kontroli. Chroni przed myśleniem: „to działo się poza mną”. Dopiero przyznanie się do bezradności jest uwalniające. U 50 proc. pacjentek po gwałcie zdiagnozowano PTSD (posttraumatic stress disorder – zespół stresu pourazowego). Objawia się on tym, że kobieta cierpi na bezsenność lub ma koszmary, nie je, boi się wyjść z domu, ma lęki, depresję, ataki paniki. W takiej sytuacji trzeba natychmiast zgłosić się do psychologa. – Wśród samobójców są również ludzie z nieleczonym stresem posttraumatycznym – twierdzi Agata Engel-Bernatowicz z Centrum Psychoterapii PARI, zajmująca się także terapią nadużyć seksualnych.

Przełom w myśleniu o traumie seksualnej nastąpił dopiero w latach 80. W klasyfikacji chorób psychicznych pojawił się stres posttraumatyczny. Dziś mamy jeszcze tzw. kompleks PTSD – to nawiązanie do wczesnodziecięcej traumy.

Jeśli doświadczenie przemocy seksualnej wydarzyło się, gdy byliśmy dziećmi, jest bardzo prawdopodobne, że uszkodziło mózg. Z badań na osobach dorosłych doświadczających traumy w dzieciństwie – a tym jest dla malucha molestowanie – wynika, że hipokamp (odpowiedzialny głównie za pamięć) jest u nich mniejszy aż o 20 proc., a spoidło wielkie (dzielące mózg na dwie części) zmniejsza się od 18 do 30 proc. Oznacza to, że łączność między prawą a lewą półkulą jest utrudniona. Konsekwencją tego jest brak kontroli emocji, np. nagłe wybuchy złości, labilność, albo nieumiejętność nazwania swoich uczuć – aleksytymia.

Po trudnym wydarzeniu nasze ciało chcąc złagodzić cierpienie uaktywnia też mechanizmy obronne. Jednym z nich jest np. dysocjacja. Polega ona na tym, że człowiek jakby oddziela się od siebie. „Moje ciało zostało zgwałcone, nie ja, ono jest winne”. Osoba odcina się od tego, co czuje, jakby zamraża. Konsekwencją tego są choroby somatyczne. Również szeroko pojęta autodestrukcja: nałogi, bulimia, anoreksja, samookaleczenia. Za samookaleczeniem paradoksalnie również stoi chęć odcięcia się od cierpienia. – Silne jest wydzielanie opiatów endogennych, które sprawiają, że nie czujemy bólu, tylko ekstazę. Na jakiś czas przynosi to ulgę – wyjaśnia dr Zdankiewicz-Ścigała. – Jeśli dysocjacja i zamrożenie były silne, mamy dwie drogi: jedna to lęk i paraliż, który uniemożliwia funkcjonowanie, druga – wprost przeciwnie – mnożenie autodestrukcyjnych zachowań, np. szukanie ryzykownego seksu. „Teraz to ja o tym decyduję, nikt mnie nie skrzywdzi”.

Związek

To, jak sobie człowiek z traumą radzi, zależy nie tylko od wspomnianych zasobów, ale i od tego, kto był oprawcą – czy był z ofiarą spokrewniony. Jeśli sprawcami są bliscy – wujkowie, dziadkowie, ojcowie, matki, bracia, koledzy, partnerzy – sprawa się komplikuje. Ze statystyk wynika, że zaledwie 10 proc. przestępstw na tle seksualnym jest dokonywana przez osoby nieznajome. Oznacza to, że kat jest ofierze znany i często przemoc pozostaje ich wspólną tajemnicą. Jeśli ofiara jest dzieckiem lub osobą zależną finansowo od oprawcy, zazwyczaj nie zgłasza przestępstwa na policję, czasem nie wie nawet, że ma do tego prawo.

32-letni Łukasz, gej, od dwóch lat jest w terapii. Przyszedł, bo miał już dość tego, że nie potrafi być żadnemu mężczyźnie wierny. Seks przez Internet, w parku, darkroomach, saunie... Z kimkolwiek, byle jak i byle gdzie, bez zabezpieczenia. Najważniejsze, żeby poczuć się upodlonym i ukaranym. Eksperymenty z narkotykami, alkohol w ilościach niekontrolowanych – to była jego codzienność. Dopiero po kilku miesiącach terapii opowiedział historię, którą uznawał latami za nieistotną: „Miałem 10 lat, gdy mój 15-letni brat zwalił mi konia. To samo zrobiłem za kilka dni mojemu młodszemu bratu. To nie były jednorazowe sytuacje. Całe życie myślałem, że to normalne, że tak się dzieje u chłopaków”. Mimo że długo chodzi na terapię, nadal nie potrafi powiedzieć najstarszemu bratu: skrzywdziłeś mnie. I nadal nie umie stworzyć związku, choć bardzo by chciał.

Małgorzata Zamłyńska, terapeutka Psychologii Procesu, przyznaje, że ma wielu takich klientów. Twierdzi, że kazirodztwo rodzeństwa jest niezwykle trudne, bo w głębi duszy kocha się tego brata lub siostrę i chce usprawiedliwić. Niełatwo to rozwiązać, bo jak zerwać kontakty z rodziną? Nierzadko po takim nadużyciu człowiek boi się bliskości i spełnia w kompulsywnym seksie. Uzależnienie od seksu to przymus, nie przyjemność. – To regulowanie napięcia przez nałogową masturbację, potrzebę wkładania różnych przedmiotów w odbyt lub do pochwy – jeśli mówimy o kobietach; korzystanie z prostytucji, pornografii lub uprawianie ryzykownego seksu. Kilka lat temu założyła stowarzyszenie Koniec Milczenia zajmujące się uświadamianiem, czym jest wykorzystanie seksualne. W czasach jej młodości był to w Polsce temat tabu, dziś powoli wydobywamy go z cienia.

Można skorzystać ze wspólnoty Anonimowych Uzależnionych od Seksu i Miłości – SLAA Polska. Ludzie uczęszczający na te mityngi mają za sobą traumy również seksualne. Dlatego z tej grupy wyodrębniła się inna – DDK – Dorosłe Dzieci Kazirodztwa. To najgorszy rodzaj przemocy seksualnej. Molestujący rodzic zabiera wiarę w ludzi, świat i siebie. Nawet wtedy, gdy nie gwałci, tylko uwodzi i jest przyjacielski. Zdarza się, że dziecko w wyniku wykorzystania odczuwa przyjemność – bo tak działa fizjologia seksualności, jest niezależna od nas. – Sprawca może nawet powiedzieć: widzisz, było ci przyjemnie, podnieciłaś się. A dziecko nie rozumie, co się z nim dzieje. Problemy mogą ujawnić się szybko albo tykać jak bomba zegarowa – tłumaczy dr Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała.

Małgorzata Zamłyńska wspomina jedną z sesji terapeutycznych: przyszła do niej kobieta i powiedziała, że jest jej żal Josefa Fritzla (Austriaka winnego wielokrotnych gwałtów, czynów kazirodczych i pedofilskich dokonywanych na córce, którą przez 24 lata więził w piwnicy. Urodziła mu siedmioro dzieci). Ta pacjentka także była gwałcona przez ojca i psychicznie stała po jego stronie. Ona nienawidziła samej siebie – małej dziewczynki, która dała się wykorzystywać. Utożsamiała się z siłą sprawcy.

Dziewczynka może uzewnętrznić nadużycie anoreksją, choć częściej bulimią. Może być też agresywna wobec innych dzieci albo seksualizować zabawy. Wykorzystany chłopiec najczęściej będzie nadpobudliwy. I jeśli trafi z tym do psychologa, prawdopodobnie dostanie diagnozę ADHD, bo objawy są dokładnie te same. Żeby umieć to odróżnić, specjalista musi się znać na zachowaniach traumatycznych. Poza tym o dobry wywiad z małym pacjentem ciężko, gdy jest zastraszany.

Dzieci zatrzymują tajemnicę w swoich ciałach i noszą ją wiele lat lub przez całe życie. W najlepszym razie trafiają na terapię jako dorośli, gdy cierpią z powodu depresji, stanów lękowych, kolejnych nieudanych związków, zaburzeń osobowości, przemocy ze strony partnera (powtarzają schemat, bo przemoc fizyczna często idzie w parze z seksualną). Dziecko nie potrafi na żadnym poziomie obronić się przed krzywdą wykorzystania seksualnego. Myśli: to moja wina, bo byłam niegrzeczna i zasłużyłam na karę. Te wspomnienia zostają jako obrazy – są niezwerbalizowane i dręczą. – Dziecko nie zna przecież odpowiedniego słownictwa, nie ma dostępu do racjonalnego przetwarzania. A jako dorosła osoba ma poczucie winy, że nie potrafiło się obronić. Terapeuta musi wszystko wytłumaczyć i wyprowadzić z obciążającego myślenia – mówi Agata Engel-Bernatowicz.

Jednym z pierwszych, który zaczął korzystać z wiedzy o wpływie traumatycznych wydarzeń na rozwijający się mózg dziecka, jest amerykański psychiatra Bruce D. Perry. Wprowadził on metodę neurosekwencjonowania. To klucz do zrozumienia, co się z małym człowiekiem dzieje. Mózg dziecka rozwija się bowiem sekwencyjnie – jakby partiami. Najintensywniej do czwartego roku życia (w pełni – do wczesnej dorosłości). Jeśli budującemu się mózgowi zafundujemy strach, przerażenie, to tworzące się połączenia synaptyczne „ugotują się” w kortyzolu, a mózg się uszkadza. Wpływa to negatywnie na opanowanie wielu umiejętności, np. przywiązania do innych, radzenie sobie ze złością, planowania przyszłości, a nawet na myślenie abstrakcyjne, apetyt itd. Dlatego Perry obserwując dziecko najpierw sprawdzał, jak ucierpiał jego mózg, które obszary zostały zatrzymane w rozwoju. Potem zastanawiał się, co trzeba zrobić, żeby nadrobić zaległości. W książce „O chłopcu wychowywanym jak pies” opisuje trudne przypadki swoich pacjentów. Pisze: „Maltretowane dziecko może okazywać wiele zagadkowego i trudnego do zrozumienia przewrażliwienia. Zbyt długi kontakt wzrokowy będzie odebrany jako sygnał zagrożenia życia. Przyjacielski dotyk może przypomnieć seksualne wykorzystanie przez ojczyma”. Dr Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała, która uczy o neurosekwencjonowaniu studentów podyplomowej psychotraumatologii na SWPS, mówi: – Podstawą w terapii jest bezpieczna relacja budowana poprzez zabawy, rysunki, śpiewanie piosenek. Dobry terapeuta musi być czujny, bo dziecko np. chce seksualizować kontakt – odtwarza scenariusz z przeszłości.

Transmisja

Nie sposób cieszyć się życiem, gdy człowiek nie wypowiedział i nie wykrzyczał swojego bólu. Bez pomocy terapeuty przeniesie swój lęk na bliskich.

35-letnia Kasia trafiła na terapię z powodu niepłodności. Po 10 latach leczenia zdała sobie sprawę, że nie chodzi o biologię. Seks nigdy nie był dla niej czystą przyjemnością, a mężczyźni nie kojarzyli jej się z bezpieczeństwem, choć mężowi nie miała nic do zarzucenia. Do terapii przekonała ją ciotka, która po latach zdecydowała się opowiedzieć, co spotkało ją i matkę Kasi, gdy miały po 13 lat. 30-letni wujek wykorzystał je obie podczas wakacji. Dziewczyny połączyła tajemnica. Ciotka całe życie walczy z depresją, jest samotna. Mama Kasi całe życie walczy z rakiem. Jest po amputacji obu piersi, operacji usunięcia macicy. Kasia uświadomiła sobie, że mama nigdy nie była dla niej czuła – nie dotykała, nie całowała, nie przytulała. Gdy dojrzewała i umawiała się na pierwsze randki, mama robiła jej awantury i wyzywała od dziwek. Gdy raz zobaczyła Kasi męża w rozpiętej koszuli, dostała ataku duszności. I choć nigdy nie powiedziała wprost, przekazała Kasi informację, że ciało jest grzeszne, winne, złe, a mężczyzn trzeba się bać. Kasia czuje, że „nosi brzemię kobiecości”. To jest przyczyna jej niepłodności, bo biologicznych przesłanek nie ma, przynajmniej tak twierdzi jej psychoanalityk.

To, czego doświadczyła Kasia, nazywa się wtórną traumatyzacją. Osoba, która nie przepracowała terapeutycznie swojej traumy – przekazuje ją dalej. Jeśli Kasia nie trafiłaby na terapię, doszłoby do międzypokoleniowej transmisji traumy, bo jej córka, o ile będzie ją miała, dostanie od niej to samo. Przekaz jest zawoalowany, ale córka zgwałconej w dzieciństwie lub okresie dojrzewania kobiety dostaje „w spadku” niechęć do mężczyzn, seksualności, własnej cielesności. Dla takich kobiet macierzyństwo, poród, karmienie są koszmarem, bo mają one problem z bliskością. – Trudno takiej osobie być czułą matką. Miałam kiedyś klientkę, która wiedziała, że jej matka jako młoda dziewczyna została zgwałcona. Przekonała ją, żeby przyszła na terapię. I ta siedemdziesięcioletnia kobieta posłuchała, bo dowiedziała się, że nie musi już tak się męczyć. Ale to rzadkość – zastrzega Małgorzata Zamłyńska.

Zajęła się terapią, ponieważ sama jest ofiarą nadużycia na tle seksualnym. Cierpiała, zanim pomógł jej kompetentny psycholog. Dziś zastanawia się, ile własnego bólu przekazała córkom. Jeszcze kilkanaście lat temu temat wykorzystania seksualnego był niechętnie podejmowany przez terapeutów. Niewiele osób w Polsce zajmowało się takim nadużyciem. Ze swoim problemem odbijała się jak od ściany. – Pozornie moje życie było poukładane – mieszkałam we Francji, miałam męża i dwie udane córeczki, ale coś we mnie strasznie cierpiało. Czasem jakiś szczegół emocjonalnie wytrącał mnie z równowagi i wprowadzał w dygot. Chodziłam na terapię indywidualną – nie pomogło. Mówiłam jawnie o wielu rzeczach, ale terapeuta udawał, że nie rozumie. Kiedyś na terapii grupowej usłyszałam historię nadużycia. Uświadomiłam sobie, że przecież pamiętam, co mi się przydarzyło. Samo skojarzenie konsekwencji z przyczyną już było uwalniające. Poczułam ulgę, w końcu wiedziałam, co mi jest – wspomina.

Terapeuci boją się sięgnąć po traumę, bo do tego trzeba mieć odpowiednie kwalifikacje. Psycholog Agata Engel-Bernatowicz pracuje w nurcie poznawczo-behawioralnym; badania potwierdzają skuteczność tej metody w pracy nad nadużyciami i traumami.

Kontakt

Zasada jest prosta: osobie po traumie można pomóc tylko przechodząc przez traumę raz jeszcze. I to na jej własne życzenie. Wyszkolony terapeuta ma do dyspozycji procedurę – wie co, kiedy i jak, ale jeśli podejdzie do tematu zadaniowo – nie uda się.

Okazuje się, że najłatwiej powrócić do psychicznej równowagi po jednorazowym, przypadkowym gwałcie. – Pod warunkiem, że kobieta ma co najmniej 25 lat, wsparcie bliskich, wysoki iloraz inteligencji, wyższe wykształcenie, jest otwarta i zaradna – ma tzw. zasoby. Ale jeśli jest to osoba zamknięta, wywodząca się z patologicznej rodziny, gdzie był alkohol czy problemy związane z regulacją nastroju u jednego z rodziców, to nie ma na czym budować. Klientka ma obniżone poczucie własnej wartości, negatywny obraz siebie i innych – to praca na lata – mówi psycholożka Agata Engel-Bernatowicz. Podobnie uważa Anna Katarzyna Miłoszewska, psychoterapeutka, założycielka Wrocławskiego Centrum Praw Kobiet. Opowiada o pacjentce, która została zgwałcona w niebieskim samochodzie. Potem, gdy tylko widziała takie auto, dostawała ataku paniki, miała flesz­beki – kilkusekundowe wspomnienia z sytuacji gwałtu. – Trafiła do mnie po kilku miesiącach, bo miała problem z wychodzeniem z domu – wspomina Anna Katarzyna Miłoszewska. O to, co zaszło, obwiniała siebie.

Jedną z najnowszych metod pracy z ludźmi po traumie, z diagnozą PTSD, jest EMDR (eye movement desensitization and reprocessing – odwrażliwianie za pomocą ruchów gałek ocznych). Zarówno klienci, jak i terapeuci są zadziwieni jej skutecznością. Ponad 20 lat temu amerykańska psycholożka dr Francine Shapiro zauważyła, że szybkie ruchy gałek ocznych redukują lęk u pacjenta z PTSD. Zaeksperymentowała: wodziła ręką przed oczami klienta, zaś on śledził ten ruch. Dr Elżbieta Zdankiewicz-Ściągała, pracująca tą nową w Polsce metodą, wyjaśnia, że ten ruch gałek ocznych ma za zadanie uaktywnić nowe połączenia w mózgu. Mają one zreintegrować doświadczenia, żeby człowiek mógł stworzyć narrację o traumatycznym wydarzeniu. Poukładać je sobie w głowie. Chodzi o to, żeby trauma z aktywnego doświadczenia stała się wspomnieniem. Wtedy dopiero następuje prawdziwe przywrócenie bezpieczeństwa i kontroli, poczucia własnej wartości. Bywa, że pomaga już jedna taka sesja!

Wybaczenie?

Niezależnie od metody podstawą jest kontakt terapeutyczny. Nie wolno pracować na siłę, mimo oporu, gdy człowiek nie jest gotowy, by wspominać dramatyczne wydarzenia. Agata Engel-Bernatowicz mówi, że w nurcie poznawczo-behawioralnym zanim dojdzie do odkodowania traumy, trzeba nauczyć klienta, który nie uświadamia sobie swojego napięcia, pracy z oddechem, metod relaksacyjnych, wizualizacji obrazów przynoszących ukojenie. Kolejnym etapem jest przekonanie, że swoich reakcji, np. krzyku czy obciążania bliskich winą za swoje stany emocjonalne, można się oduczyć. Oddzielić fakty – to, co się wydarzyło i dzieje w życiu klienta, od jego wyobrażeń na ich temat, przekonań.

Jeśli uda się dojść do momentu, gdy klientka opowiada o traumatycznym wydarzeniu, terapeuta dopytuje o detale. Wizualizuje tamtą sytuację. Powoli uwalnia się emocje, które osadziły się na tym wspomnieniu. – To się nazywa habituacja. Powtarzamy, opowiadamy tak długo, póki nie przestaniemy czuć strachu. Pierwszy, piąty raz opowiadanie traumatycznego zdarzenia będzie straszne. Ale po raz 50 już nie – mówi Anna Katarzyna Miłoszewska.

Jeśli uda się już nauczyć klienta widzenia sytuacji i siebie takimi, jakie są, pracuje się nad nadaniem sensu dramatycznemu zdarzeniu. Jednak na pytanie, dlaczego ktoś nas skrzywdził, nie ma odpowiedzi. Tak jak na to, dlaczego umieramy albo umiera nam dziecko. To są potworności życia, na które musimy się zgadzać, chcemy czy nie. Żałobę przeżywa się nie tylko po śmierci, ale również po rodzicu, który zamiast chronić – krzywdził. Po sobie samym – osobie przed traumatycznym wydarzeniem, którą już nigdy nie będziemy.

To, co się wydarzyło, jest nieodwracalne. Nie mamy innego wyjścia, niż przyjąć, że spotkała nas niesprawiedliwość. Dlatego trzeba pozwolić sobie na przeżycie wszystkich etapów żałoby. Od zaprzeczania (przecież rodzice nie chcieli dla mnie źle), po rozpacz, złość, gniew aż do pogodzenia się z traumą. Potem pojawia się pytanie o przyszłość. Jak stawiać granice, żeby nie odtwarzać swojej traumy i nie dać się już więcej źle traktować, nie traktować marnie innych. Nie bać się ludzi, a jednocześnie stawiać granice. Jak żyć? Wybaczyć? Agata Engel-Bernatowicz: – Jeśli naprawdę chce się wybaczyć, to najpierw trzeba zająć się nienawiścią. To trudne uczucie, tak jak wściekłość czy złość, bo jesteśmy uczeni, że nie wolno okazywać negatywnych emocji, szczególnie dziewczynki. A co zrobić, jeśli są one skierowane do ojca, brata, dziadka? Gdy już przepracujemy nienawiść, to nie tyle pojawia się wybaczenie, co takie „puszczam cię wolno, już mi się nie chce ciebie nienawidzić sprawco”.

Ja My Oni „O dobrym seksie” (100056) z dnia 25.09.2012; MORALNE ROZDROŻA; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Grawitacja gwałtu"
Reklama
Reklama