Głosy Ameryki
Folk, blues, jazz czy pop. USA to wciąż kraina najwspanialszej piosenki. Nie przestawajmy jej nasłuchiwać
Stare pieśni. W fabularnym filmie „Kompletnie nieznany” o Bobie Dylanie w kwadrans spotykają się na ekranie trzy pokolenia amerykańskiej muzyki. Pierwsze ilustruje koncert folkowych śpiewaków w nowojorskim kościele, nagrywany przez niestrudzonego Alana Lomaxa, syna Johna Lomaxa, który był w warunkach Ameryki Północnej odpowiednikiem Oskara Kolberga. Ubrany elegancko, niczym sprzedawca Biblii w Alabamie – tak opisywał go biograf John Szwed – John Lomax uczynił ze starych pieśni Dalekiego Zachodu dyscyplinę uniwersytecką. Na początku w swoich aspiracjach wyśmiewany, został w 1906 r. przyjęty na Harvard, a później włączył się w prace powstałego pod koniec XIX w. American Folklore Society.
To moment, kiedy Ameryka zaczyna na poważnie badać to, co powstało w wyniku największego w dziejach spotkania kultur. Tradycję brutalnie nadpisywaną na kulturze rdzennych mieszkańców kontynentu przez kolejne fale osadników migrujących do Ameryki Północnej od XVI w. Swoją ludową muzykę przywozili Anglicy, Francuzi i Hiszpanie, własną zabrali masowo przywożeni z Afryki niewolnicy, a w XIX i XX w. dołączyły do tego kolejne fale chińskiej, japońskiej, irlandzkiej, włoskiej czy polskiej imigracji. Ich muzyka żyła w narodowych enklawach, ale też mieszała się, czego efektem – w połączeniu z rozwijającą się gospodarką i techniką nagraniową – była ewolucja kolejnych nurtów muzyki popularnej, którą dziś kojarzymy w znacznej mierze ze Stanami Zjednoczonymi.
Folk, czyli spotkanie kultur. Dużej części tego, co dziś wiemy o korzeniach muzyki amerykańskiej, dowiedzieliśmy się od Lomaxów. To oni potraktowali muzykę ludową jak archiwum historii tworzącego się narodu. I postanowili ją zarejestrować. Niedługo przed pierwszym towarzystwem folklorystów powstał wynalazek fonografu Thomasa Alvy Edisona (1877 r.