Historia

Szefowie naftowych korporacji zawsze mieli słabość do dyktatorów (i wzajemnie)

Szefowie naftowych korporacji zawsze mieli słabość do dyktatorów (i wzajemnie)

Prezydent Rosji Władimir Putin na spotkaniu z Rexem Tillersonem. Prezydent Rosji Władimir Putin na spotkaniu z Rexem Tillersonem. Forum
„Problem z tym krajem polega na tym, że bez bloku naftowego nie można wygrać wyborów, a razem z nim nie można rządzić” – zauważył pod koniec lat 30. Franklin D. Roosevelt.

„W przeciwieństwie do niezwykle lakonicznych kolegów po fachu, takich jak Rex Tillerson, prezes ExxonMobil, de Margerie, jest gadatliwy i zaskakująco bezpośredni” – opisywał na łamach magazynu „Forbes” w styczniu 2011 r. Christopher Helman.

„Wali prosto z mostu, że jego zdaniem światu wkrótce zacznie brakować ropy i póki jest w Totalu, podpisze umowę z każdym (może nawet z samym diabłem), by zapewnić sobie dopływ węglowodorów” – relacjonował Helman swą rozmowę z szefem koncernu Total. Trzy lata później Christophe de Margerie udał się do podmoskiewskiego Gorki na spotkanie ministra finansów Antona Siłuanowa z przedstawicielami największych korporacji inwestujących na terenie Rosji.

Choć niewiele wcześniej nastąpiła aneksja Krymu i trwała wojna na Ukrainie, konferencja w Gorki przeszła niezauważona. Aż kilka minut przed północą 20 października 2014 r. mały odrzutowiec „Falcon” z prezesem Totalu na pokładzie rozbił się podczas startu z lotniska Wnukowo. Wedle komunikatu przekazanego agencjom prasowym przez przedstawicielkę moskiewskiego komitetu śledczego Tatianę Morozow podrywający się z płyty lotniska samolot zahaczył podwoziem o pług śnieżny, który prowadził pijany kierowca.

„Falcon” koziołkował i pasażer oraz trzej członkowie załogi zginęli na miejscu. „De Margerie był zagorzałym obrońcą Rosji i jej polityki energetycznej” – donosiła następnego dnia agencja Reuters. Dopiero wówczas zrobiło się głośno o konferencji i zażyłej relacji łączącej prezesa Totalu z prezydentem Rosji. Zresztą nie tylko z nim. Po śmierci francuskiego ekstrawertyka ze śmiesznym wąsem żałobę powinno ogłosić co najmniej tuzin dyktatorów.

Od prezydenta Turkme­ni­stanu Gurbangulyego Berdimuhamedowa poczynając, na prezydencie Ugandy Yoweri Musevenim kończąc. Wszyscy oni zawdzięczali szefowi koncernu Total stały dopływ gotówki, niezbędnej do utrzymania władzy. O czym gadatliwy Francuz potrafił wspominać publicznie. Co innego skryty Rex Tillerson, który za sprawą Donalda Trumpa płynnie przeszedł z posady prezesa ExxonMobil na stanowisko sekretarza stanu USA. Co było historycznym eksperymentem.

Zauroczenie szefów naftowych korporacji dyktatorami to rzecz standardowa, natomiast przypadku, by któryś nagle przeżył duchowe odrodzenie, a następnie zaczął wspierać wolność i demokrację, dotąd raczej nie odnotowano.

Z nienawiści do próżniaków

„Salę wyłożono zieloną sosną i białym bzem. Wokół katafalku, otoczonego kwiatami, wisiały flagi III Rzeszy i Holandii. Zaś baldachim z białego bzu lśnił w półmroku, ożywiony przez miękkie oświetlenie czerwonych pylonów po obu stronach trumny” – relacjonowano w branżowym miesięczniku „Petroleum”. Nie pomijając wspaniałego wieńca przysłanego przez Adolfa Hitlera.

Leżał tuż przed katafalkiem byłego prezesa korporacji Royal Dutch Shell, uznawanego jeszcze kilka lat wcześniej za najpotężniejszego człowieka świata. Tak w tytule wydanej wówczas biografii „The Most Powerful Man in the World: the Life of Sir Henri Deterding” nazwał go Glyn Roberts. Nie ukrywając przy tym, że najwięcej powodów, by w 1939 r. nosić żałobę po sir Deterdingu, miał Adolf Hitler.

Swemu przyjacielowi zawdzięczał niemal wszystko. Kiedy w 1921 r. pochodzący z Holandii sir Henri Deterding zainteresował się niemieckim ruchem narodowo-socjalistycznym, Hitler był nikim. Lokalnym watażką, szukającym zwolenników w monachijskich piwiarniach. A jednak najbogatszy człowiek świata dostrzegł w nim wielki potencjał, skoro zdecydował się dyskretnie przekazać NSDAP, przez swego wysłannika, aż 4 mln guldenów.

Dla prezesa potężnej korporacji Royal Dutch Shell nie stanowiło to wielkiego obciążenia ani też nowości. W zakulisowych działaniach wprawiał się podczas wojen naftowych, jakie toczył przez kilkanaście lat z Johnem D. Rockefellerem. Przełamując w końcu światowy monopol koncernu Standard Oil, co notabene król Jerzy V ocenił tak wysoko, iż nagrodził nowobogackiego nuworysza brytyjskim obywatelstwem oraz tytułem szlacheckim. Dzięki zdolnościom i żelaznej woli Deterdinga brytyjsko-holenderska korporacja wyrosła na najbardziej wpływową firmę świata, czego ukoronowaniem stało się w sierpniu 1928 r. spotkanie na zamku Achnacarry w Szkocji.

Tam prezes Royal Dutch Shell zaprosił szefów sześciu innych wielkich firm naftowych, by wynegocjować podział rynku paliwowego między amerykańskie korporacje: Esso, Mobil (obie dziś tworzą ExxonMobil), Gulf, Socal, Texaco oraz brytyjski Anglo-Persian Oil Company (obecnie BP). Zawiązany wówczas nieformalny syndykat zyskał miano „siedmiu sióstr”. Uczestniczące w nim korporacje starały się zbytnio nie konkurować oraz dbać, żeby nie przybył im żaden innych chętny do podziału zysków z handlu ropą.

Przestrzegania porozumienia pilnował sir Henri Deterding, nazywany „Napoleonem ropy”. Dla Adolfa Hitlera ta sytuacja stanowiła istny dar niebios. Po wyjściu z więzienia bardzo potrzebował funduszy na rozkręcenie działalności NSDAP. Ich zdobycie okazało się banalnie proste. Dość powiedzieć, że w 1932 r. idąca po władzę partia nazistowska dysponowała budżetem w wysokości aż 300 mln marek. A jedynie co szósta marka pochodziła ze składek członkowskich. W tym czasie bliski współpracownik Hitlera Alfred Rosenberg stał się częstym gościem rezydencji w Buck Horst Park w Winkfield, nieopodal Ascot. Tam podejmował go Deterding, uzgadniając sumy kolejnych przekazów, dyskretnie słanych do Niemiec. Za pośrednictwem banku Samuel & Samuel przelano ok. 55 mln funtów, tak zapewniając NSDAP możność zorganizowania świetnej kampanii wyborczej.

Notabene cała operacja nabrała z czasem posmaku niezwykłej ironii losu. Ów bank, podobnie jak firmę Shell, założyli czterdzieści lat wcześniej dwaj londyńscy Żydzi, bracia: Marcus Samuel oraz Samuel Samuel. Dzieło ich życia odegrało kluczową rolę w sukcesie partii, której celem stało się wymordowanie wszystkich Żydów w Europie. Wedle Glyna Robertsa, a także Antony’ego C. Suttona, autora monografii „Wall Street and the Rise of Hitler”, sir Deterding wspierał nazistów, ponieważ nienawidził bolszewików. Za ich sprawą Royal Dutch Shell po 1917 r. stracił ogromne pola naftowe w Rosji.

Gdy Hitler został kanclerzem, Holender wreszcie doczekał się słodkiej zemsty. III Rzesza zerwała wszelkie kontrakty na dostawy paliw z ZSRR, przekazując jej korporacji Deterdinga. Tym sposobem kwoty wydane na wspieranie NSDAP okazały się zyskowną inwestycją. Jednak gdy sięgnie się po wydaną w 1934 r. autobiografię Holendra, łatwo zauważyć, iż pieniądze to nie wszystko. Deterdinga fascynowała władza oraz siła. „Gdybym był dyktatorem świata – i proszę pana drukarza o złożenie tego wersalikami – STRZELAŁBYM DO WSZYSTKICH PRÓŻNIAKÓW NA SAM ICH WIDOK” – oznajmiał czytelnikowi na początku autobiografii.

Dwa lata później kupił w Meklemburgii zamek Dobbin, po czym zamieszkał tam z trzecią żoną, fanatyczną nazistką Charlotte Knaack. Ich częstymi gośćmi stali się Adolf Hitler oraz Hermann Goering. Nadmiar atencji okazywanej Führerowi przez Deterdinga w końcu zaniepokoił brytyjski rząd oraz udziałowców Shella. Kiedy w angielskiej prasie zaczęły ukazywać się artykuły o tym, jak szef koncernu wspiera nazistów, udziałowcy i rada nadzorcza wymusiły przejście „Napoleona ropy” na emeryturę. Utrata fotela prezesa stała się dla Deterdinga ciężkim doświadczeniem.

Szybko podupadł na zdrowiu i zmarł w lutym 1939 r., nie doczekawszy się prawdziwych owoców swych politycznych „inwestycji”. Co ciekawe, Adolf Hitler nie pofatygował się osobiście do Dobbin na pogrzeb przyjaciela. Bo w sumie nieżywy prezes nie był mu już do niczego potrzebny.

Zbawiciel generała

„Problem z tym krajem polega na tym, że bez bloku naftowego nie można wygrać wyborów, a razem z nim nie można rządzić” – zauważył pod koniec lat 30. Franklin D. Roosevelt.

Dla prezydenta USA coraz większym kłopotem stawali się szefowie koncernów naftowych zadurzeni w dyktatorach. Tak jak Hitlerowi nie umiał się oprzeć Deterding, tak prezes Texaco Torkild Rieber pokochał generała Franco. Ich związek zaczął się zaraz po wybuchu wojny domowej na Półwyspie Pirenejskim. Kilka miesięcy wcześniej, w 1935 r., Texaco zawarło kontrakt na zapewnienie stałych dostaw paliw dla republikańskiej Hiszpanii. Rieber, po buncie gen. Franco, zerwał umowę i przeszedł na drugą stronę barykady.

Dla rebelianckich wojsk okazał się zbawcą. Wprawdzie frankiści mogli liczyć na pomoc Włoch i Niemiec, jednak kraje te same musiały importować ropę i nie gwarantowały ciągłości dostaw. Co innego Torkild Rieber. Nawet wówczas gdy Franklin D. Roosevelt zadekretował embargo na sprzedaż paliw wojskom gen. Franco. Prezes Texaco zignorował decyzję swojego prezydenta, dbając jedynie o to, by paliwo oraz smary zaczęły docierać do odbiorcy okrężną drogą. Najpierw wyładowywano dostawy u pośrednika w Bordeaux.

Kiedy procederowi zaczęły się przyglądać władze francuskie, Rieber o pomoc zwrócił się do Benito Mussoliniego. Odtąd tankowce Texaco zawijały do portów w Italii, po czym materiały pędne przeładowywano na włoski statki, zdążające do Hiszpanii. Jako że gen. Franco nie cierpiał na nadmiar gotówki, koncern sprzedawał swe produkty często na zasadzie długoterminowego kredytu.

W ciągu trzech lat wyniósł on ok. 20 mln dolarów (w przeliczeniu na obecną wartość: ok. 341 mln USD). Tym sposobem amerykański nafciarz został de facto bankierem dyktatora. I nie tylko nim. Kiedy Mussolini ogłosił blokadę morską republikańskiej Hiszpanii, na zlecenie prezesa Texaco rozsiane po cały świecie placówki koncernu zaczęły zajmować się działalnością… wywiadowczą. Prowadzące je osoby otrzymały zadanie zbierania informacji o zakupach ropy dla republikanów oraz tym, na jakie statki jest ładowana. Całą wiedzę przekazywano potem rebeliantom oraz łącznikom Mussoliniego.

Dzięki temu włoska marynarka i lotnictwo dobrze wiedziały, na które tankowce polować. Wdzięczny gen. Franco udekorował później swego dobroczyńcę Wielkim Krzyżem Orderu Izabeli Katolickiej. Prawdopodobnie Franco bez pomocy Torkilda Riebera nie wygrałby wojny. Ten zaś myślał o kolejnej. Gdy III Rzesza najechała we wrześniu 1939 r. na Polskę, Royal Dutch Shell zgodnie z wytycznymi brytyjskiego rządu wstrzymał dostawy do Niemiec.

Wówczas na to miejsce weszło Texaco. Co więcej, jego prezes zaczął propagować zbliżenie Stanów Zjednoczonych z III Rzeszą. „Zawsze uważałem, że lepiej współpracować z władcą niż demokracją. Dyktatora musi się przekupić tylko raz. W demokracji trzeba robić to na okrągło” – wyjaśniał znajomym swe działania Rieber. Wierny tej zasadzie, zorganizował przyjazd do Stanów Zjednoczonych Gerharda Westricka, który przed wybuchem II wojny światowej reprezentował rząd III Rzeszy w kontaktach z amerykańskimi korporacjami inwestującymi w Europie.

Berliński prawnik miał ciekawą propozycję dla amerykańskich koncernów zbrojeniowych. Oferował wypłaty ogromnych rekompensat w zamian za wstrzymanie dostawy broni i sprzętu do Wielkiej Brytanii. Dzięki pomocy placówek Texaco przez Związek Radziecki i Japonię Westrick wraz z żoną i dwójką synów na początku marca 1940 r. dotarł do Nowego Jorku. Tam, jak opisuje Charles Higham w książce „Trading with the Enemy. The Nazi – American Money Plot 1933–1949”, Torkild Rieber zadbał o to, by posłaniec łatwo nawiązał kontakt z szefami największych korporacji.

Oddał mu do dyspozycji biuro oraz dom w Westchester County. Ukoronowaniem starań prezesa Texaco stał się wystawny bankiet w nowojorskim Waldorf Astoria 26 czerwca 1940 r., na który przybyli szefowie m.in. Ford Motor Company, General Motors oraz ITT. W Europie właśnie skapitulowała Francja i Wielka Brytania mogła liczyć już tylko na wsparcie neutralnych Stanów Zjednoczonych. Tymczasem prezesi kluczowych firm dali się wciągnąć w spisek, jak zacieśnić współpracę gospodarczą z III Rzeszą. W tym momencie do działania przystąpił MI6.

Na zlecenie brytyjskiego wywiadu kanadyjski milioner William Stephenson przekazał „New York Herald Tribune” szczegółowe materiały, ujawniające bliskie związki Torkilda Riebera z nazistami. O ile prezesom naftowych koncernów Adolf Hitler mógł imponować, to dla przeciętnego Amerykanina stanowił uosobienie zła. Nie inaczej rzecz się miała z akcjonariuszami Texaco. Na giełdzie zaczęła się masowa wyprzedaż akcji koncernu, zaś prasa kipiała od kolejnych rewelacji. Okazało się, że Westrick zdeponował 5 mln dolarów w banku. Jak podejrzewano, kapitał ten miał służyć korumpowaniu szefów korporacji. Następnie FBI wykryła, że niemiecki prawnik posługuje się sfałszowanym prawem jazdy, co umożliwiło jego natychmiastową deportację z kraju.

Wysyp skandali spowodował, że rada nadzorcza Texaco wymusiła na Torkildzie natychmiastową dymisję. Koniec kariery wszechmocnego prezesa nie oznaczał, iż poniósł konsekwencje swego flirtu z dyktatorami. Wręcz przeciwnie. Szybko wyjechał z USA na Półwysep Iberyjski, gdzie gen. Franco zaoferował mu posadę w rządzie. Przez następne lata Torkild zarządzał polityką paliową Hiszpanii, pracując dla swojego ulubionego dyktatora.

Trafny wybór

Afera podobna do tej z prezesem Texaco powtórzyła się dwa lata później z szefostwem Esso. Kierujący koncernem naftowym Walter C. Teagle od lata zacieśniał współpracę z niemieckim I.G. Farben, odsprzedając potajemnie nowe technologie, m.in. rafinacji wysokooktanowej benzyny lotniczej oraz produkcji syntetycznego kauczuku.

Sprawę tę wyciągnęło na światło dzienne ministerstwo sprawiedliwości USA, po rozpoczęciu przeciwko Esso postępowania antytrustowego. Czym zmuszono Teagle do dymisji. Jego następca Bill Farish zaproponował rządowi ugodę, oferując jako rekompensatę zgodę na zapłacenie grzywny i rezygnację z praw patentowych na niektóre paliwa. Dzięki czemu Esso uniknęło nakazu podziału lub nawet nacjonalizacji. W sytuacji kiedy Niemcy oraz naziści stali się śmiertelnymi wrogami Ameryki, okazywanie uwielbienia Hitlerowi nie było najrozsądniejszym zachowaniem.

Zupełnie inaczej rzecz się miała z komunistami. Na przyjaźni z nimi jeszcze w latach 20. fortunę zaczynał budować Armand Hammer. Pod pozorem działania na rzecz pokoju i porozumienia oferował swe pośrednictwo w handlu zbożem oraz kruszcami między ZSRR a USA. Przy okazji upłynniał w Ameryce zrabowane przez komunistów dzieła sztuki. Zgromadzony tymi drogami kapitał w 1956 r. zainwestował w zakup Occidental Petroleum Corporation.

Założona w 1920 r. kalifornijska spółka naftowa nigdy nie przebiła się do syndykatu „siedmiu sióstr” i wegetowała na marginesie naftowego rynku. Hammer miał pomysł, jak to zmienić. Specjalizując się w przyjaźniach z tyranami, zdobywał złoża ropy w Peru, Wenezueli i Boliwii. Najwartościowsze okazały się bliskie relacje z władcą Libii, królem Idrisem I. Prezes Occidental Petroleum rozdawał w arabskim kraju łapówki na prawo i lewo, potrafił też schlebiać królowi. Pierwsze z nabytych pól naftowych nazwał imieniem monarchy.

Zachwycony Idris I miał wówczas powiedzieć: „Allah przysłał pana do Libii”. Sielanka trwała do końca lat 60., gdy pod nieobecność króla przebywającego na kuracji w Turcji nastąpił wojskowy zamach stanu. Władzę przejął płk Muammar Kaddafi, który zlikwidował amerykańskie bazy wojskowe, przeprowadził nacjonalizację przemysłu i rozpoczął islamizację państwa. Jednocześnie zawiązując bliski sojusz z Kremlem.

W Libii zmieniło się niemal wszystko, tylko pozycja Armanda Hammera pozostała niezachwiana. Skoro świetnie dogadywał się z Leninem, Stalinem oraz południowoamerykańskimi Caudillo, „to nawet nieco niezrównoważony psychicznie arabski dyktator nie stanowił dla niego problemu. Wprawdzie musiał się zgodzić na nacjonalizację pól naftowych, ale jako jedyny zachodni przedsiębiorca otrzymał odszkodowanie i to bardzo sowite, bo wynoszące 136 mln dolarów. Co więcej, Occidental Petroleum nadal mogło prowadzić eksportację złóż i sprzedawać surowiec za granicę”.

To, czym pozyskał Kaddafiego, Hammer trzymał w ścisłej tajemnicy. Przyjaźń z tyranem pozwoliła mu zbudować czwarty co do wielkości koncern naftowy w USA. Obecnie wykazujący się dochodem ponad 7 mld dolarów rocznie. Stary przyjaciel komunistów potrafił czerpać zyski na współpracy z Kremlem, Pekinem, o Kaddafim nie wspominając, lecz prawdziwe mistrzostwo zademonstrował w Kolumbii.

Udało mu się zbudować 800-kilometrowy rurociąg, pozwalający przesyłać dziennie 100 tys. baryłek ropy z głębi kraju na wybrzeże, podczas szalejącej wojny domowej. Aby tego dokonać, Hammer musiał kupić zgodę nie tylko rządu Kolumbii, ale też przywódców lewackich partyzantów z Armii Wyzwolenia Narodowego (ELN) oraz karteli narkotykowych. Sztuki tej dokonał bez oglądania się na to, kto miał więcej przelanej krwi na sumieniu. Potwierdzając teorię Honoré de Balzaca, że „pod wielką fortuną ukrywa się zawsze zbrodnia”.

Kolejne pokolenie

Nawet upadek komunizmu w Europie i triumfalny pochód demokracji pod koniec XX w. nie zmieniły zachowań szefów korporacji naftowych. Skoro większość pól roponośnych znajdowała się w tych częściach świata, którymi władali dyktatorzy, koncerny bez trudu dostosowywały się do narzucanych przez nich porządków.

Acz można było to robić w sposób radośnie ostentacyjny, jak Total, kierowany przez de Margeriego, lub dyskretnie, w stylu Rexa Tillersona. Francuz w pierwszej dekadzie XXI w. zasłynął swymi związkami z wojskową juntą rządzącą w Birmie oraz wspieraniem Saddama Husajna. W 2006 r. został nawet aresztowany pod zarzutem pomagania Irakowi w obchodzeniu embarga ONZ, kreatywnie rozwijając założenia programu „ropa za żywność”. Jednak po sześciu latach procesu sąd w Paryżu nie dopatrzył się znamion przestępstwa.

W tym czasie wartość rynkowa spółki przekroczyła 100 mld euro i francuski rząd gotów był wybaczyć de Margerie’owi bardzo wiele. Nawet zwalczanie sankcji nałożonych na Kreml. Równie nieprzychylnie do karania Rosji za aneksję Krymu i wzniecenia wojny w Dombasie odnosił się Rex Tillerson, podkreślając, iż sankcje przyniosły ExxonMobil ok. 1 mld dolarów strat.

Z Putinem i jego współpracownikami prezes amerykańskiej korporacji spotykał się regularnie od ponad dekady. Wzajemne relacje trudno nazwać inaczej niż przyjacielskimi. Ceniąc sobie ten związek, Kreml nagrodził Tillersona Orderem Przyjaźni, najwyższym z odznaczeń przyznawanych obcokrajowcom. Na zarzut organizacji broniących praw człowieka, że ExxonMobil prowadzi interesy z Rosją oraz innymi państwami rządzonymi przez tyranów, Tillerson odpowiadał zawsze krótko: „Cóż, tam jest ropa”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną