Historia

Historia, jakiej nie znacie: Jak John F. Kennedy wypłynął w polityce

Podporucznik US Navy John F. Kennedy w sterówce kutra PT-109, 1943 r. Podporucznik US Navy John F. Kennedy w sterówce kutra PT-109, 1943 r. Wikipedia
Różne są drogi do prezydentury, szczególnie w USA. John F. Kennedy, 35. lokator Białego Domu, wypłynął na szerokie wody polityki na pokładzie kutra torpedowego.
Załoga PT-109, po prawej John F. KennedyU.S. National Archives/Wikipedia Załoga PT-109, po prawej John F. Kennedy

Zanim przejdziemy do opisu faktów, wyjaśnijmy, skąd wziął się kuter torpedowy. Wymyślony został w Ameryce Północnej podczas wojny secesyjnej. Konfederaci, jako strona słabsza i znajdująca się w defensywie, usiłowali zdobyć choćby lokalną przewagę z pomocą wynalazków. Pierwszy kuter torpedowy, prekursorski CSS David, uzbrojono w ładunek wybuchowy na długiej tyczce.

Zabójcze kutry

Poważnym narzędziem wojny morskiej takie jednostki stały się po 1914 r. – szybkie, bo wyposażone w silnik spalinowy i samobieżne torpedy, kutry stanowiły poważne zagrożenie nawet dla największych okrętów. Najpopularniejszy kuter US Navy, typu PT-103 (patrol, torpedo), nadawał się idealnie do działań przybrzeżnych i blokowania wąskich cieśnin, jakich nie brakowało między Wyspami Salomona, gdzie w 1942 i 1943 r. toczono walki z Japończykami. Wobec przewagi amerykańskiej floty i lotnictwa oddziały cesarskie broniące odizolowanych placówek zaopatrywano nocami przy pomocy eskadr szybkich niszczycieli. Rejsy te Amerykanie nazwali „Tokyo Express”.

W nocy z 1 na 2 sierpnia 1943 r. 15 kutrów PT miało zapolować na japoński konwój – jednym z nich, o oznaczeniu PT-109, dowodził cherlawy podporucznik John F. Kennedy. Były to czasy, gdy młodzi ludzie z bogatych, wpływowych rodzin, zamiast dekować się w sztabach i gwardiach narodowych, robili wszystko, co mogli, by trafić na front jak ich rówieśnicy z farm i przemysłowych miast.

Czytaj także: Czy dokumenty na temat zabójstwa Kennedy′ego ujawnią, co się naprawdę wydarzyło?

Kennedy na froncie

Młody Kennedy poważnie chorował jako dziecko, kilka razy był hospitalizowany, stwierdzono u niego przewlekłe zapalenie jelita grubego. Chudy młodzieniec miał jednak charakter; w Harvardzie został członkiem drużyny pływackiej, ostro trenował. Jak się za chwilę okaże, słusznie mawiali starożytni, że człowiek wykształcony to taki, „co czytać i pływać umie”.

Przyszły prezydent zrobił wszystko, co mógł, by trafić na front. Odrzucony przez komisję lekarską, dzięki koneksjom ojca został przyjęty do rezerwy marynarki, przeszedł szkolenie na kutrach torpedowych, został awansowany na stopień oficerski, a gdy jego jednostkę przesunięto do ochrony Kanału Panamskiego, znów dzięki protekcji wymusił przydział na Pacyfik. Cóż za zadziwiający przykład nepotyzmu.

Wspomnianej nocy amerykańskie kutry zaatakowały japoński konwój. Wyrzuciły kilkadziesiąt niecelnych torped i w oczekiwaniu na powrót przeciwnika zaległy w dryfie, w całkowitej ciemności. Nic dziwnego, że zbliżający się z prędkością 30 węzłów dziób niszczyciela Amagiri zauważono zbyt późno – japoński okręt staranował PT-109, odcinając mu rufę.

Czytaj także: Kryzys kubański – na skraju wojny atomowej

Płonąca benzyna, japońskie samoloty i rekiny

Kennedy i jego 10 podkomendnych (dwóch zginęło w momencie uderzenia) znaleźli się w wodzie wśród plam płonącej benzyny. Japończycy nie mieli czasu ich dobić, załogi kutrów w ciemnościach nie mogły udzielić pomocy. Wkrótce załoga została pozostawiona losowi. Gdy pożar zgasł, rozbitkowie wspięli się na dryfujący wrak, gdzie przetrwali noc. Koło południa, po demokratycznym głosowaniu, postanowili ruszyć wpław do najbliższej, oddalonej o nieco ponad 6 km wysepki.

Przez cały ten dystans Kennedy, mimo ciężkiej kontuzji pleców, jakiej doznał w chwili zderzenia, ciągnął za sobą ubranego w kapok, ciężko rannego kolegę, trzymając w zębach taśmę ratunkowej kamizelki. Niestety, wyspa okazała się stumetrową, gołą piaskową łachą pozbawioną wody. Następnego dnia Kennedy popłynął na wody przesmyku, daremnie usiłując sprowadzić pomoc. 4 sierpnia załoga przeniosła się na kolejną wyspę, na której co prawda rosły palmy kokosowe, ale nie było wody.

Czytelnik może już czuć się nieco znużony opisami wyczynów pływackich Kennedy’ego, ale on sam niemal z pewnością się nie nudził, choćby z powodu patrolujących niebo japońskich samolotów oraz – nie wiadomo, co gorsze, występujących na tych wodach rekinów, przyzwyczajonych już do żerowania na żywych lub martwych rozbitkach. 5 sierpnia dzielny porucznik wraz z kolegą popłynął na znajdującą się nieopodal wyspę Naru, gdzie szczęśliwym trafem znaleźli porzuconą japońską barkę, suchary, marmoladę w puszce i dużą baryłkę z wodą. Wszystkie delicje przetransportowali z powrotem małym czółnem ukrytym w krzakach.

Czytaj także: Powrót klanu Kennedych

Raport na skorupie orzecha

Najważniejsze jednak, że udało się im nawiązać kontakt z dwoma krajowcami, jak się później okazało, obserwatorami pracującymi dla porucznika australijskiej marynarki. Pisemny raport, dostarczony później Amerykanom, wydrapano nożem na skorupie orzecha kokosowego. Ostatecznie 8 sierpnia rozbitków, uznanych już za martwych (wysłano listy do ich rodzin), podjął inny kuter PT i dostarczył bezpiecznie do bazy US Navy.

Mimo dość dramatycznych przeżyć Kennedy nie miał jeszcze dość wojaczki. Przez jakiś czas dowodził kutrem artyleryjskim. W 1944 r. komisja lekarska stwierdziła, że na skutek kontuzji i pogarszającego się stanu zdrowia nie może pozostać w służbie czynnej. Po pobycie w szpitalu został zdemobilizowany w kwietniu 1945 r.

Co stało się później, wiadomo – niespodziewane zwycięstwo Kennedy’ego nad Nixonem w pierwszej debacie telewizyjnej kandydatów do urzędu prezydenta, Zatoka Świń, kryzys kubański i wreszcie kula zamachowca w Dallas – tak 35. prezydent USA przeszedł do legendy.

Sława bohatera wojennego bardzo pomogła Kennedy’emu w karierze politycznej – historię kutra PT-109 opisano w wielu artykułach, książkach o wojnie na Pacyfiku, jeszcze przed zamachem nakręcono nawet film. Można zaryzykować tezę, że gdyby nie lata pływackich treningów, młody Kennedy zostałby co najwyżej mało znanym senatorem z Massachusetts.

Czytaj także: Spiskowe teorie zamachu na JFK

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną