Klasyki Polityki

A po ile Irek?

A po ile Irek?

Górna półka według impresariatu TVN. Manuela i Gulczas nadal są w cenie. Górna półka według impresariatu TVN. Manuela i Gulczas nadal są w cenie. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Big Brother był jednym z pierwszych wielkich reality show w polskiej telewizji. Przypominamy najbardziej kontrowersyjnego uczestnika drugiej edycji programu.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 2002 r.

Był najbardziej kontrowersyjnym uczestnikiem drugiej edycji programu Wielki Brat. Najpierw utrzymywał, że ma kontakt z kosmitami, a 63 dnia wyprowadzono go z domu i umieszczono w szpitalu psychiatrycznym, gdzie spędził kilka tygodni.

Irek wrócił do rodzinnego Lubska, gdzie dziś sprzedaje dziecięce ubranka w osiedlowym sklepie Bajka. Jest wyciszony i spokojny, czeka na telefon z propozycjami od TVN. – Sławę sobie trochę inaczej wyobrażałem – rzuca zza lady Ireneusz Grzegorczyk, 32-letni rolnik z Lubska. – Sławne osoby z telewizji jeżdżą po świecie, siedzą pod palmą, piją drinki. Czasem coś zagadają do kamery, a kaska leci. Dziesięć miesięcy po wyjściu z domu Wielkiego Brata Irek jeździ raczej po towar do hurtowni w Łodzi i Zielonej Górze.

Hurtem taniej

Aktualną wartość Irka Grzegorczyka, a także innych gwiazd programu Wielki Brat można sprawdzić dzwoniąc do Piotra Bewłacza z impresariatu TVN. Najpierw trzeba złożyć zamówienie i sprecyzować, do czego niezbędna jest gwiazda. Przez dwa lata po odejściu z domu gwiazda jest zobowiązana do pozostania w stajni TVN, a także do dzielenia się ze stacją honorariami. – Nie zarabiamy na tym kokosów – uprzedza Andrzej Sołtysik, rzecznik stacji – chodzi raczej o to, żeby konkurencja nie posługiwała się naszymi twarzami.

Ja muszę wiedzieć, czy to ma być na scenie czy w klubie – mówi Piotr Bewłacz. – Czy to ma być impreza dla kobiet czy dla mężczyzn. Gulczas przyciąga młode kobiety, a Janusz Dzięcioł już starsze. Frytka w tym kraju nie jest mile przyjmowana, szczególnie wśród starszych kobiet, bo to skandalistka. Irek też jest skandalistą, ale taki bardziej tajemniczy. Ludzie z ciekawości przyjdą go zobaczyć.

Bewłacz dzieli swój towar na górną i na dolną półkę. Gulczas, Manuela i Dzięcioł są na górze a Ken, Frytka i Irek Grzegorczyk na dole.

Na promocję w supermarkecie zaproponowałbym Frytkę, Irka i Gulczasa – zachęca Bewłacz. – Gulczas jest drogi – 6,5 tys. zł, ale Frytka i Irek są już po 3,5. Hurtem zresztą będzie taniej. Wezmę od pana tylko 8 (Frytka podlega gwałtownej dewaluacji. Kiedy w czerwcu w atmosferze skandalu wychodziła z domu Wielkiego Brata, impresario żądał aż 8 tys. zł za udzielenie wywiadu dla kolorowych miesięczników – przyp. aut.).

A gdyby zamiast trójki wziąć dwójkę albo jednego?

Irka i Frytkę mogę pchnąć za 6 tys. A samego Irka poniżej 3,5 nie oddam, bo bym musiał zejść zbyt dużo z marży.

Ujęły ją świnie

Na internetowej stronie Wielkiego Brata znajduje się dossier Irka Grzegorczyka. Hobby: gospodarstwo rolne; ulubione zajęcie: praca nad sylwetką; ulubiona lektura: brak (nie lubi czytać), największy sukces w życiu: wejście do domu Wielkiego Brata; największa porażka: wyjście z domu.

W dzieciństwie nic nie wróżyło, że Irek będzie gwiazdą. Mama była laborantką w tutejszym GS, a tata kierowcą w Spółdzielni Transportu Wiejskiego. Irek biegał z kluczem na szyi po osiedlu. – Byłem popychadłem – wspomina. – Wszyscy kopali mnie w tyłek. W technikum zobaczyłem, że wystarczy trochę odwagi, by świat był inny. Zacząłem ćwiczyć, trochę inaczej się ubierać, inaczej zachowywać. Czapki pilotki, fryzura na irokeza. Ruskie oficerki, hełm niemiecki i zasuwam po Lubsku. Nie wąchałem jak inni butaprenu. Wolałem dyskoteki i wino. Kiedy miał 20 lat, zmarł dziadek. I Irek został rolnikiem, bo dziadek zostawił 12 hektarów we wsi Koło.

Ewę poznał na dyskotece w Lubsku. Po zabawie wsadził ją do malucha i pokazał świnie. – Piękne: czarne, rude i białe. Ujęły Ewę, zamieszkali razem. Pomagała im babcia. Sadzili truskawki i doili krowy. Jeśli brakowało pieniędzy, to jeździli po ciuchy do Łodzi i sprzedawali Niemcom w Słubicach. Ale truskawki siadły, ciuchy przestały się opłacać. Akurat kończyła się pierwsza edycja Wielkiego Brata, szukali ludzi do następnej. – Wtedy pomyślałem, że ja też mogę. Mam swoje zdanie, jestem inny, a oni potrzebują takich jak ja. W Lubsku żadnej pracy nie ma. A tam można było zarobić 500 tys. Wysłałem esemesa.

Po kilku dniach przyszła odpowiedź: przyślij zdjęcie i opis sylwetki. – Wysłałem piętnaście. Napisałem, że gram na fujarce, że lubię młode dziewczyny i mam mnóstwo dzieci.

Za bardzo się rozwinął

Agnieszka pomagała dobierać uczestników podczas drugiej edycji Wielkiego Brata.

Szukaliśmy kandydatów bardziej odjechanych, bo ci z pierwszej części byli za spokojni. Tworzyliśmy spektakl i szukaliśmy aktorów. Nikt nie będzie przecież siedział przed ekranem i oglądał nudziarzy. Szukaliśmy ludzi, którzy mieli między sobą mocniej interreagować. Na przesłuchaniach rozglądaliśmy się za takimi, którzy potrafią stanąć okoniem wobec poleceń Wielkiego Brata. Jeśli ktoś podczas przesłuchań mówił, że nie będzie śpiewał karaoke, to dostawał plusa. Irek łamał wszystkie stereotypy. Przyjechał z zabitej dechami wsi, a zachowywał się, jakby od lat mieszkał w Warszawie. Miał luz i swobodę. Było jasne: jeśli kandydat nie spodoba się psychologom, to na pewno spodoba się widzom. Ale psychologowie mieli być cały czas pod ręką.

Kandydatów filmowano ukrytą kamerą i pytano niemal o wszystko: o kochanki, o życie rodzinne, o kolegów, o dzieciństwo.

Andrzej Sołtysik: – Irek miał nieokiełznany temperament. Kiedy bawił się w remizie, to też wskakiwał na stół. Agnieszka: – Irek był charakterystyczny, ale nikt nie przypuszczał, że się aż tak rozwinie.

Ustalono, że obsługa techniczna domu będzie sporządzać szczegółowe raporty dzienne. Będą w nich informacje, czy dany mieszkaniec jest wesoły czy smutny, czy nie siedzi zbyt długo w toalecie, czy nocami nie drapie się zbyt intensywnie pod kołdrą. Mieszkańcy mieli też świadomość, że w każdej chwili mogą wejść do pokoju zwierzeń, w którym za weneckim zwierciadłem będzie czekać psychologiczne ciało doradcze, które rozwiąże problem. Ewa Maciocha, psycholog i psychoterapeutka z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie: – Doświadczony terapeuta jest w stanie się zorientować, kto zniesie długotrwałą izolację, a kto nie. A jeśli ktoś został przez pomyłkę dopuszczony do programu, to bardzo szybko można się zorientować, że sobie nie radzi. Trzeba natychmiast zastosować pomoc psychologiczną, żeby nie dopuścić do awarii.

Agnieszka: – Jeśli chodzi o Irka, to przed kryzysem nie spał 5 dni.

Irek i obcy

2 września 2001 r. Irek przekroczył próg domu Wielkiego Brata w Sękocinie.

Miał ze sobą walizkę z najbardziej odlotowymi ubraniami i fryzurę wyciętą w kształcie gwiazdy. – Wiedziałem, że zmienia się moje życie – mówi. Wtedy doskwierała mu bezsenność. Kąpał się nocami w jacuzzi, spacerował po ogrodzie, zaglądał do szafek. – Po kilku dniach miałem wrażenie, że inni mieszkańcy są podstawieni. Czułem się tam jak królik doświadczalny. Jakbym wskoczył do filmu, bajki albo gry komputerowej. Inni ciągle siedzieli przy stole, dłubali w nosie i rozmawiali, kto kogo posuwa.

Potem zabijała mnie nuda. Była jesień, na wsi zaczynali kopać kartofle. O tej porze roku zazwyczaj mam mnóstwo roboty fizycznej. A u Brata – tylko kanapa. Szukałem sobie jakiegoś zajęcia. A jak nie znalazłem, to zacząłem rzucać szklankami po ścianie. Oznajmiał wszystkim, że posiada kontakt z istotami pozaziemskimi.

Mieszkańcy z trudem znosili ekstrawagancje Irka i co tydzień nominowali go do wyjścia z domu. Ratowało go głosowanie widzów. Wizerunek odmieńca podchwycili twórcy internetowych stron Wielkiego Brata.

Kiedy mieszkańców czekał tydzień pod hasłem science fiction (na taki temat wymyślano im zadania), twórcy wirtualnego wielkobratowego serwisu zaproponowali internautom sondę: „Irek: a) odleci na miotle, b) teleportuje się na Marsa, c) spotka obcego, d) zzielenieje”.

Internauci wybrali drugą opcję, komentując jednak: niezły powaleniec, kompletny idiota, wieśniak. Irek: – Wszystko i tak było montowane. W Domu przez cały dzień możesz spać, a wieczorem przez 10 minut stać na głowie. I oni właśnie to pokażą. Z drugiej strony, jak miałem ochotę się onanizować, to właśnie to robiłem, bo nie można ciągle udawać. Telewizja płaciła mi honorarium i pokazywała, co chciała. Z telewizją nie wygrasz. Jesteś takim, jakim cię pokażą. Po sześciu tygodniach zabawowa kreacja powoli zaczynała zamieniać się w rzeczywistość.

Jan Grzegorczyk, ojciec Irka: – Przed wejściem do domu Irek żył w napięciu. Właśnie otwieraliśmy sklepik z ciuchami, zachorowała matka Ewy.

Grzegorczykowie jeździli na wszystkie programy Ring, podczas których eliminowano kolejnych mieszkańców. Chcieli, żeby w razie porażki syn czuł ich wsparcie. Jan Grzegorczyk miał żal do producentów, że podczas ostatniego przed wypadkiem Ringu prowadzący nie powiedział Irkowi, że rodzice są w Warszawie i że trzymają kciuki. Ale i wtedy widzowie nie pozwolili Irkowi opuścić Domu.

63 dnia gry w Brata zaczął się dla stacji TVN stan wyjątkowy. Jan Grzegorczyk: – Zadzwonili do nas z telewizji, że natychmiast trzeba jechać do syna, do Warszawy. Że jest źle. Tego samego dnia polecieliśmy samolotem.

Andrzej Sołtysik: – Irek nie uniósł ciężaru. W listopadzie ubiegłego roku tłumaczył mediom: „Pan Grzegorczyk przeżył załamanie nerwowe z powodu udziału w programie, do którego zgłosił się dobrowolnie i który bardzo mu się podobał. Przebywa w szpitalu pod opieką lekarzy i rodziny. Każdemu może się to przytrafić”.

Kiedy Irka wycofano z Domu, na internautów czekała kolejna sonda: Irek jest: a) na Marsie, b) na księżycu, c) w szpitalu, d) w Kole. Zwyciężyła odpowiedź trzecia.

Po awarii

Po wypadku Polskie Towarzystwo Psychologiczne wystosowało list otwarty, w którym wyraziło opinię, że ludziom, którzy dają się zamknąć w domu BB, grozi niebezpieczeństwo. Ich zdrowie psychiczne jest narażone na szwank.

Krzysztof Korona, psycholog, konsultant u Wielkiego Brata: – Do tych ludzi przyczepiono etykietę niepewny psychicznie „No comments”. Korona praktykował w Starachowicach, przyszedł do programu, ponieważ nie jest psychologiem protestującym i nie obraża się na rzeczywistość telewizyjną, przed którą i tak nie ma ucieczki. Uczestnictwo w programie porównałby do walki bokserskiej, a swoją rolę do roli lekarza sportowego. – Trzeba zrobić wszystko, żeby nie doszło do wypadku, ale czy należy zakazać boksu?

W przeciwieństwie do bokserów, Irek nie poświęcał swojego dotychczasowego życia na treningi przed walką u Wielkiego Brata. Kiedy wylądował w szpitalu, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zażądała od producentów wyjaśnień. 13 listopada szefowie TVN wraz z obcojęcycznym szefem firmy Endemol zostali odpytani w biurze Rady. Joanna Stępień, rzecznik KRRiTV: – Przekonywali, że sito psychologiczne jest w programie wyjątkowo szczelne, a Irek dużo wcześniej leczył się, tylko zataił to przed organizatorami. Holender z Endemola uznał, że szum powstał tylko dlatego, że Polska to mało postępowy kraj. Jarosław Sellin po raz kolejny domagał się zdjęcia programu z anteny.

Kosmiczny niewypał

Po sukcesie Wielkiego Brata Jacek Żelezik z Inter Investment Group postanowił wyprodukować niskobudżetowy film o tematyce współczesnej, w którym zagraliby bohaterowie BB. Naszkicował scenariusz i zaprosił reżysera Jerzego Gruzę.

To nie był mój pomysł, a szkoda – zaznacza Jerzy Gruza. Powstała komedia „Gulczas, a jak myślisz”. Dystrybucję przejął ITI. Kiedy film wszedł na ekrany, pierwszego dnia obejrzało go sto tysięcy ludzi. Rekord.

Jacek Żelezik poszedł za ciosem i napisał scenariusz filmu pt: „YYYYrek, kosmiczna nominacja”. Irek zagrał człowieka, który ma kontakt z Marsjanami. Marsjanie wybierają go, żeby uratował ludzkość. Irek przyjmuje misję. Producent wyjaśniał żartobliwie: „W filmie występuje Irek, który odchodził z BB w atmosferze skandalu. W naszym filmie gra samego siebie, czyli człowieka, który nawiązuje kontakt z Marsjanami”.

Jerzy Gruza: – Ten drugi film był już raczej niepotrzebny, przyznaję, jest w nim jednak kilka cennych uwag o świecie, w którym media potrafią wykreować każdą bzdurę. Jeśli tylko zechcą. Gruza jest bardzo zadowolony z kilkudniowego udziału Irka w projekcie. – Bardzo wrażliwy i posłuszny człowiek. Nie przywiązywałby też wagi do szpitalnej przeszłości Irka. – Też by pani dostała ataku, gdyby na miesiąc zamknąć panią w jakimś domu. Ileż aktorów trafia do domu wariatów? Ten człowiek żyłby na głębokiej prowincji. A tak miał swój moment. W czerwcu film wszedł na ekrany i zrobił klapę, zanim jego kopia dotarła do kina w Lubsku. – Może to nie był sukces, ale ilu aktorom udało się zagrać tytułową rolę? – przekonuje Sołtysik.

Autografy na kilogramy

Przed Wigilią 2001 r. Irek wrócił ze szpitala. Już nie na gospodarkę, tylko do miasta, do Lubska. Na gospodarce została tylko Irka babcia: – Zmienił się, pół człowieka z niego zostało. Był żywotny, zrobił się smutny.

Kiedy pojawił się w Bajce, przed wystawą ustawiła się kolejka dzieciaków. Zaglądały przez szybę, a potem prosiły o autograf: zstąpił do nich bohater. Szkoły zapraszały na spotkania z ciekawym człowiekiem, a burmistrz do poprowadzenia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. – Teraz emocje opadły, ale dalej jestem raczej rozpoznawalny. Tak sobie teraz spokojnie żyję, profitów wielkich z tego nie mam.

Czasem dzwonią z Warszawy, żeby przyjechać na jakąś promocję, czasem gazeta przychodzi po wywiad. Kiedy zaczęła się promocja „Yyyrka”, tytułowy bohater nie wziął w niej udziału. W tym czasie trzeba było zbierać truskawki z pola w Kole. Ze względu na klapę, drugiej części promocji już nie było.

Za to kiedy sprzedawałem truskawki w Gubinie, zbiegli się łowcy autografów. Mówię im: nic za darmo, każdy autograf kosztuje kilogram truskawek. Poszły błyskawicznie.

Andrzej Sołtysik przekonywał publicznie po wypadku: – Pan Grzegorczyk może w dalszym ciągu liczyć na wielką popularność. Kilka miesięcy później obiecywał widzom trzeciej edycji: – Irek przygotowuje dla was program. Ale programu nie ma. Jan Grzegorczyk: – Nic nie da się zrobić. Z koncernem mały człowiek nie wygra.

Według Krzysztofa Korony ci, którzy starają się dostać do mediów, często zapominają o tym, że niestety popularności nie da się bezpośrednio przełożyć na pieniądze. Narzędzie, które to umożliwia, nazywa się sztuką sprzedawania własnego wizerunku. Wizerunek kupują firmy, które zarabiają na kliencie masowym. Na przykład producenci proszków do prania, margaryny albo programów telewizyjnych.

Dopiero kiedy człowiek nauczy się budowania, promowania i sprzedawania swojego wizerunku – ma szansę na zarabianie pieniędzy w show-biznesie. Jego wizerunek musi mieć odpowiednią „jakość”, co oznacz, że musi wzbudzać zainteresowanie. Ci, którzy liczyli, że udział w programie przyniesie automatycznie sławę i pieniądze, na pewno są rozczarowani. – Mieszkańcy domu Wielkiego Brata mają wielki potencjał w postaci swojej popularności. Od nich zależy, co z nim zrobią – dodaje Korona.

Ostatnio zadzwonili do Irka z Warszawy, że szykuje się wyjazd do Włoch.

Iruś siedział już na walizkach, ale wyjazd też odwołali – żali się Jan Grzegorczyk.

Połowa lipca: Irek Grzegorczyk za ladą sklepiku Bajka. – Normalnie biorę za wywiad trzysta – znika za kotarą i za moment przynosi z zaplecza dwa krzesła. Ale zaraz schodzi z ceny. Opowie też za dwieście, bo nas od razu polubił.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak być empatycznym i jednocześnie pozostać szefem

Dlaczego dobry szef powinien być inteligentny emocjonalnie.

Katarzyna Czarnecka
14.05.2019
Reklama