Klasyki Polityki

Honorowa porażka

Piłka nożna, czy jak mawiano „piłka można”, bo zasobna, bogata, dolatująca do gabinetów władzy, obiekt narodowej dumy i cudowne dziecko specjalnej troski, pozostała wdzięcznym tematem dla satyryków.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 28 czerwca 2008 r.

Sport jest działem zabawek w życiu człowieka – taką diagnozę postawił już dawno temu przemądrzalec z tytułem profesorskim. Ładny mi dział zabawek! A czy są dziś inne działy? Rozmowy na najciekawsze tematy cichną: Mistrzostwa Europy wygasiły spory o personalia, obsadę ministerstw, spadek po Ziobrze, raport Pitery, reformy pani minister Kopacz, tempo budowy autostrad. Mówi się o piłce nożnej. I nikt już nie ma wątpliwości: społeczeństwo obywatelskie to społeczeństwo pomazańców – kolorowymi farbkami, wymachujących sztandarami, ryczących – Polska, gola! Chociaż sensowniej brzmiało rzucone kiedyś hasło: Polska, Gogola!

Przypomniałem sobie ten kalambur, grę słów na mowie-trawie języka, zastanawiając się, czy swojska twórczość satyryczna dostrzegła miejsce, jakie piłka nożna zajęła w życiu zbiorowości. Wzbudzając emocje nie dające się porównać z książką, filmem, spektaklem teatralnym. Najefektowniej duszona Desdemona to zero, nul w porównaniu z zaskakującą bramką. Poszukiwanie kryształowej czaszki to konfekcyjna nuda w konfrontacji z karnym, przesądzającym o wyniku. A książka... Najwyżej samotna łza kapnie między stronice. Nie zdarza się przecież, by czytelnik zrywał się z fotela i wrzeszczał aż do zachrypnięcia, naderwania strun głosowych: Spalony!

Satyra, proszę państwa, nie zawiodła. Wcześniej niż tzw. poważna literatura zauważyła, że pojawił się nowy bohater: piłkarz, bożyszcze tłumów, idol, jak byśmy dzisiaj powiedzieli. W październiku 1910 r. węgierski Magyar Atletikai Club rozegrał na krakowskich Błoniach mecz z drużyną Cracovii. W szopce Zielonego Balonika, wystawionej w dwa miesiące później, odnotowano ten fakt. Wśród kukiełek polityków, malarzy, profesorów, arystokratów znalazł się Futbolista, opowiadający o swoich przewagach:

Za nasze klubowe amblemy
Już trzeci dzień się kopiemy.
A ja sam za Krakowa czci ocalenie
Trzy razy nogą dostałem w siedzenie.

Rok 1910 to data powstania pierwszej piosenki o futbolu, autorstwa Boya i Tapera:

Wielkie tłumy cisną się na boisku,
Wziął przy kasie jeden, drugi po pysku.
Keczkemet z Debreczyna
Atletikai drużyna,
Ten i ów przeklina.

Jak widać obyczaje kibiców niewiele się zmieniły. Tylko skala inna: nie było demolek pociągów ani „ustawek” – placów, lasków i olszynek, gdzie fani walczących drużyn umawiają się na mordobicie totalne, przedłużone o jazdę karetką i dłuższy pobyt na reanimacji.

Lata dwudzieste, lata trzydzieste, II RP to czasy, gdy kabarety reagowały na wydarzenia polityczne, rejestrowały przemiany obyczajowe i wzbogacanie polszczyzny o słownictwo – z giełdy, kupieckiego straganu, dancingu i stadionu. Nasi piłkarze często przegrywali mecze. „Honorowa porażka” – ten zwrot wszedł do codziennego języka. Kpił z niego satyryk Janusz Minkiewicz, sam zresztą zapalony kibic:

Gdy nadejdzie niedziela,
Wiem, że radość się zacznie:
Nasi dzielni piłkarze
Gdzieś przegrali... nieznacznie.
– Honorowo! – grzmi prasa –
Przegrywamy jednako –
Honorowo – z Niemcami,
Honorowo – z Monaco...
Tu dostaliśmy w skórę,
Tam przegraliśmy zdrowo,
Ale (powód do dumy):
Wszędzie tak honorrrrowo!
Posłuchajcie sportowcy
Czasem zdania laika:
– Kłopotliwy to honor,
Co z przegranej wynika.

O piłce fetyszu przyciągającym nawet tych, co nie mieli o regułach gry zielonego pojęcia, pisał Antoni Słonimski. Felietonistę zdumiała publiczność na trybunach: kiedy klub Makabi ze Lwowa rozgrywał mecz towarzyski w Warszawie, na stadion ściągnęli mieszkańcy Bielańskiej, Nalewek, Ptasiej, Śliskiej – w chałatach, jarmułkach, czarnych kapeluszach. Gdy padały bramki, w ogóle nie reagowali. Natomiast krzyczeli z radości i bili brawo widząc, jak piłka leci w górę. Byli bowiem przekonani, że chodzi o to kto wyżej, że to zapewnia zwycięstwo...

Stężenie namiętności, fanatyzm kibiców, kult gwiazd również zaobserwowali kabareciarze. Skecz „Na meczu futbolowym” pióra Mariana Hemara z teatrzyku Qui Pro Quo jest, przerywaną gwizdami, rozmówką dwóch kibiców – Konrada Toma i Lopka Krukowskiego na meczu Pogoni i Hasmonei.

– I golutek sam usiadł – promienieje Lopek. – To Redler, Redler strzelił i trafił.
– Kuchar – przerywa mu Tom – ma trzech Redlerów gdzieś.
– Dlatego tak ciężko biega.

Oczywiście, werdykty sędziego spotykają się z protestami. Skecz wystawiony został w 1930 r. Już wtedy wołano: „Sędzia kalosz!” i radzono życzliwie w poetyce pure nonsensu: „Sędzia, kanarki doić!”.

Przechodzimy do współczesności. Piłka nożna, czy jak mawiano „piłka można”, bo zasobna, bogata, dolatująca do gabinetów władzy, obiekt narodowej dumy i cudowne dziecko specjalnej troski, pozostała wdzięcznym tematem dla satyryków. Ludwik Jerzy Kern ustalił, że w sercu mężczyzny stokroć ważniejsze miejsce od wspomnień dawnych wiosen, przeterminowanych miłości i ambitnych planów zajmuje jedenaście postaci:

Czółka ich niziutkie, tycie,
A przecież sam ich widok wzbudza serca bicie.
Oni to złych i dobrych nastrojów przyczyna,
Dzięki nim się raduje, przez nich się urzyna. (...)

Oglądanie meczów już w telewizorze, emocje rozsadzające ściany mieszkań to Wiech, klasyk nie mający dziś kontynuatorów. Tak relacjonował sławny mecz „w tem całem Wembjeju”: – „Trzydzieści parę osób w pokoju dwa i pół na trzy metry. W drzwiach do kuchni także samo siedmiu dalszych sąsiadów z drugiej klatki schodowej. Bo jakżeż tu komu odmówić udziału w takiem meczu?... Dla nerw nie ma nic gorszego niż ciasnota. Totyż jak sędzia zarządził na grande niezasłużonego karniaka, wujo Wężyk dał w morde szwagrowi. Ten się troszkie zdziwił, ale mówi: Ta co mnie wujo w oblicze lejesz? – A kogo mam lać, jego? Telewizor Walerkowi uszkodzić? No to szwagier przycichł. Ale kiedy Anglik złapał wpół naszego gracza, któren leciał na bramkie z piłką, a sędzia mu nic nie powiedział, tylko mu na nosie przygroził – szwagier oddał wujowi, czyli sztachnął go w szczękie, aż wujo z krzesła zleciał i pociągnął za sobą cały pierwszy rząd naszych widzów...”. Po ogłoszeniu wyniku wszyscy – „popłakali się jak dzieciaki z panem Ciszewskim i wrócili do domów”. Tylko właściciel lokalu z telewizorem medytował, komu posłać rachunek za poniesione szkody – sędziemu do Belgii czy angielskiej królowej?

Sprawdziłem: nie było i nie ma liczącego się satyryka, który nie pisał o futbolowym szaleństwie. Skąd to się bierze? Widziałem kiedyś tabliczkę na murze kamienicy w dalekim, obcym mieście: „Doktor (tu nazwisko) specjalista od początku i końca...”. Może piłka to taki właśnie terapeuta, towarzyszący naszemu życiu od–do?

Polityka 26.2008 (2660) z dnia 28.06.2008; Groński; s. 104
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama