Klasyki Polityki

Drugi sternik

Drugi sternik

Joachim Brudziński Joachim Brudziński Leszek Zych / Polityka
Choć jest raczej człowiekiem tła, Joachim Brudziński uważany jest za numer dwa w PiS. Przypominamy, jak i kiedy wyszedł z cienia.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2006 r.

O Joachimie Brudzińskim Polska usłyszała po raz pierwszy dwa tygodnie temu. Ten niespełna czterdziestoletni góral, marynarz, politolog, nauczyciel akademicki i nieznany szerzej poseł otrzymał właśnie od Jarosława Kaczyńskiego stery rządzącej partii.

Sobota, która dla Kazimierza Marcinkiewicza okazała się feralna, Joachimowi Brudzińskiemu odmieniła życie. Kandydat na premiera Jarosław Kaczyński rekomendował go Radzie Krajowej na sekretarza generalnego partii. Potem już poszło jak po maśle. Trzy głosy przeciw, trzy wstrzymujące się i prawie trzysta „za”. – Jednomyślność byłaby lekko karykaturalna – Brudziński zauważa przytomnie. Pod nieobecność prezesa – który poświęcać się będzie wykonywaniu funkcji rządowej – sekretarz generalny stanie się jedną z najważniejszych osób w partii. Podczas ostatniego kongresu w Łodzi Prawo i Sprawiedliwość zmieniło statut, by stworzyć stanowisko dla Brudzińskiego. Zakres obowiązków wyznaczy mu sam prezes.

Koledzy z Sejmu znają go słabo. We wrześniu ub.r. w ławach przy Wiejskiej zasiadł po raz pierwszy. – Nie podpada pod podziały frakcyjne – mówi Paweł Kowal, poseł PiS, przewodniczący komisji kultury. Nikt w partii nie mówi o nim złego słowa, co samo w sobie jest już komplementem. No i ma niewątpliwy atut: od dłuższego czasu z prezesem Kaczyńskim prawie się nie rozstawał. Organizował mu wyjazdy w teren. Rajd pierwszy – wewnątrzpartyjny oraz rajd drugi – z akcją „PiS bliżej ludzi”. Od Łodzi po Głuchołazy. Program był stały. Przyjazd, otwarcie biura, krótkie spotkanie z mieszkańcami miasta, po nim konferencja prasowa dla lokalnych mediów. Brudziński był na wszystkich spotkaniach, ale nigdy nie zwrócił na siebie uwagi. Typowy człowiek tła z talentem organizatorskim.

Podróżnik

Z wykształcenia jest politologiem, absolwentem Uniwersytetu Szczecińskiego. Tak jak jego młodsi koledzy z wydziału: Grzegorz Napieralski, sekretarz generalny, poseł PO Sławomir Nitras, Mateusz Piskorski z Samoobrony i Radosław Popiela, szef regionalnych struktur Partii Demokratycznej. – Szczecin nie ma pracy dla politologów czy dziennikarzy. Dla wielu z nich polityka jest celem samym w sobie. On należy do tych, którzy na siłę będą naprawiać świat – tłumaczy Jacek Piechota, poseł SLD.

Brudziński wykładał na dwóch prywatnych uczelniach, robi doktorat z administracji morskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dziś jednak teorię musi przekuć w praktykę. – Największym mankamentem polskiej demokracji są za słabe partie – przekonuje. Rozumie zatem, że został wybrany, by partię, tę jedną, wzmocnić. Kluczem do sukcesu mają być struktury, najlepszym sposobem ich budowania – wybory.

Polityką zawodowo zajął się cztery lata temu. Wcześniej był marynarzem, dziennikarzem, właścicielem firmy, rzecznikiem prasowym. W czasach studenckich dopłynął do wszystkich lądów z wyjątkiem Arktyki. Jak mówi, zarobione pieniądze dały szansę, by godnie studiować, a kolegom pozwalały na degustację lepszych trunków. Gdy w latach 90. na rynku pracy zrobiło się tragicznie i padali kolejni polscy armatorzy, przez kilka lat prowadził własną firmę – Morskie Centrum Informacji Zawodowej, która pośredniczyła w poszukiwaniu pracy na zagranicznych rynkach. Później, jako dziennikarz, na antenie Polskiego Radia Szczecin zajmował się gospodarką morską. W 1998 r. ówczesny dyrektor Urzędu Morskiego w Szczecinie Roman Pomerański zaproponował mu stanowisko rzecznika prasowego. Tam przetrwał zmianę władzy i zachował posadę w czasie, gdy jego szefem został Piotr Nowakowski, lider lokalnego SLD.

Młodość w PC

Gdy w 2001 r. Brudziński, wraz z obecnym senatorem Jackiem Saukiem, zakładał PiS w Zachodniopomorskiem, działaczy była garstka. Ledwie czternaście osób. Teraz partia liczy ponad 700 członków. Jarosław Kaczyński po raz pierwszy docenił talent Brudzińskiego przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. W całym kraju PiS wypadł blado, ale na Pomorzu Zachodnim, bastionie lewicy i Samoobrony, prezes dostrzegł potencjał. Choć kandydat PiS przegrał, to jednak nieznacznie. Władze partii uznały to za sukces.

I nie pomyliły się. – O sukcesie wyborczym przesądzają dobrzy kandydaci – przekonuje Brudziński. Przy czym dobry kandydat to dla Brudzińskiego kandydat dobry dla partii. Przytacza przykład: w wyborach do Parlamentu Europejskiego PiS wystawił Czesława Hoca, mało znanego lekarza. Platforma Obywatelska – prof. Zdzisława Chmielewskiego, byłego rektora Uniwersytetu Szczecińskiego. Hoc przegrał ośmiuset głosami. Ale prof. Chmielewski zaraz po uzyskaniu mandatu wypisał się z Platformy. A Hoc bez trudu wszedł w następnym roku do Sejmu. – Z prof. Chmielewskiego Platforma nie ma nic. A my mamy dobrego, lojalnego posła – cieszy się Brudziński.

Jednak klucz do awansu Brudzińskiego to nie jego polityczna taktyka, lecz Porozumienie Centrum. W partii-matce był od początku do końca, a to najistotniejszy wyznacznik lojalności. I gwarancja słusznych poglądów. Do PC Brudziński zapisał się jako 22-letni student. Był chłopcem od rozlepiania plakatów. Już wtedy jednak osobowość prezesa go fascynowała. Poważny kryzys przeżył w 1997 r., gdy powstała AWS. – Nie czułem więzi z tym ugrupowaniem. Co można powiedzieć, gdy w ramach parytetów panowie Słomka czy Tomaszewski mieli w nim o wiele więcej do powiedzenia niż prezes Kaczyński? – wyjaśnia. Jeszcze dziś krzywi się na wspomnienie kolegów „pececiaków”, którzy na kolanie pisali rezygnacje z PC, żeby się przeflancować i z nadania AWS zająć eksponowane stanowiska. On wytrwał do końca. Za sprawą poglądów – prawicowych i patriotycznych. Prawdziwie góralskich. W jego rodzinnym Beskidzie Sądeckim, jak twierdzi, innych nie ma.

I choć za sprawą lektur Karola Olgierda Borchardta i miłości do morza szybko wyniósł się z rodzinnych stron, przywiązanie do Kościoła i wartości zabrał wraz z walizką. Po podstawówce zdał do szkoły rybołówstwa morskiego w Świnoujściu. Tu spotkała go przygoda, która mogła zaważyć na całym jego życiu. Kolega, zatrzymany przez milicję obywatelską, oskarżył go o współudział w zdemolowaniu pociągu. Za Brudzińskim wstawili się nauczyciele. Dyrektor szkoły zdecydował, że Joachim może kontynuować naukę do czasu wyjaśnienia sprawy. Po dwóch latach udało się udowodnić, że w czasie, gdy miał demolować pociąg, Brudziński – członek ruchu oazowego – witał w Szczecinie papieża.

Dziś koledzy ze szkoły są kapitanami. Prowadzą największe tankowce na świecie – mówi. Ale nie żałuje. W końcu to jemu przypadły stery największej partii w Polsce. W ostatnich wyborach PiS zdobył na Pomorzu Zachodnim osiem mandatów – dokładnie tyle, ile Platforma. Dziś, przed wyborami samorządowymi, Brudziński ma za zadanie poprawić wyniki partii w całym kraju. – O sile partii w państwie decyduje ilość szabel w parlamencie. O sile w terenie ilość działaczy w sejmikach wojewódzkich – mówi. I o to będzie dziś walczyć.

Politycy w Szczecinie mówią o nim: Wielki Nieobecny. Nie rzuca się w oczy, nie bryluje w mediach, choć wypada w nich dobrze, jak przystało na byłego dziennikarza. W odróżnieniu od wielu politycznych kolegów mówi sprawnie, jasno wyraża myśli. W dyskusjach bywa porywczy. – Kiedyś rozmawialiśmy w lokalnej szczecińskiej telewizji Gryf, temperament go roznosił, prawie wyrywał się zza stołu – mówi Grzegorz Napieralski, sekretarz generalny SLD, poseł ze Szczecina.

Wola prezesa

Ale nie ma ciągu na kamery. Jest w tym podobny do najbliższego człowieka braci Kaczyńskich Adama Lipińskiego, który nigdy nie wyszedł z cienia. Brudziński jako sekretarz partii będzie pełnił podobną do Lipińskiego rolę. Rezygnacja z rozgłosu przychodzi łatwiej, gdy nie ma się własnych ambicji politycznych. Brudziński, szef partii na Pomorzu, jeszcze we wrześniu był przekonany, że nie wystartuje w wyborach. Pierwsze miejsce trzymał dla politycznego patrona – Jacka Sauka. Nawet gdy poseł Sauk ożenił się z posłanką PiS z Łodzi i więcej czasu spędzał w rodzinnych stronach żony. Ale Brudziński był lojalny. Ciężko pracował i trzymał dla Sauka pierwsze miejsce na liście. Drugie obiecał koledze, trzecim należało obdzielić teren. A czwarte dla szefa regionu nawet jemu samemu wydawało się za słabe. Dopiero Jarosław uporządkował kolejność według potrzeb partii. W końcu Sauk wylądował w Senacie, a Brudziński dostał polecenie startu z pierwszego miejsca. – Kiedy się zorientowałem, że to wola prezesa, dalsze odmawianie byłoby nietaktem – mówi.

Kolegom z innych partii Brudziński okazuje nieufność. To za jego czasów parlamentarzyści PiS przestali przychodzić na spotkania działającego od 1993 r. Zachodniopomorskiego Zespołu Parlamentarnego, którego celem jest lobbing na rzecz regionu. Gdy Grzegorz Napieralski wysunął pomysł, by przeforsować w budżecie 10 mln zł na PKP w Szczecinie, poparł go Rafał Wiechecki z Ligi Polskich Rodzin i Platforma Obywatelska. PiS pokazał jednak swoją siłę w Senacie i ustawa nie przeszła.

Bo dla Brudzińskiego interesy partii ważniejsze są od interesów regionu. W PiS do niedawna nawet decyzje o przyjęciach do partii zapadały w centrali w Warszawie. – Brudziński ciągle trzyma komórkę przy uchu, uzgadnia wszystko z centralą, na dłuższą metę tak się partią zarządzać nie da – mówi jeden z doświadczonych szczecińskich polityków. Działacze Solidarności skarżą się, że z PiS nie można się dogadać ani w sprawie służby zdrowia, ani w żadnej innej. – W Zachodniopomorskiem stawka na jednego ubezpieczonego jest najniższa w kraju. Jako związek próbujemy to odkręcić, ale nie mamy wsparcia – skarży się Mieczysław Jurek, szef regionu NSZZ Solidarność. Związkowcy chcieli przejrzeć listy kandydatów na członków rad nadzorczych państwowych zakładów. Od Brudzińskiego usłyszeli, że on sam ich nie zna. Wielokrotnie zapewniał, że nie będzie miał wpływu na wybór wojewody. W te słowa trudno jednak uwierzyć, gdy wojewodą został jego przyjaciel Robert Krupowicz.

Człowiek morza

To prawy, porządny człowiek – broni go Sławomir Nitras, lider szczecińskiej PO. – Ale na wszystko ma jedną, gotową odpowiedź: Zobaczymy, co na to powie prezes. A starzy działacze prawicy są rozżaleni, bo poszli w odstawkę. Mają Brudzińskiemu za złe, że PiS się tu na ich gruzach pobudował. Dwa lata temu sztandary zwinęło lokalne ZChN. Część członków znalazła się w partii braci Kaczyńskich.

W takiej sytuacji trudno o jedność prawicy. A w Szczecinie trwa już gorączka przed wyborami samorządowymi. SLD zapowiedział, że na prezydenta miasta wystawi Jacka Piechotę. Prawica usiłowała się zjednoczyć i wysunąć silnego kontrkandydata. Solidarność proponowała Longina Komołowskiego, wicepremiera w rządzie AWS. Platforma chciała Piotra Krzystka. Brudziński upierał się przy Teresie Lubińskiej, byłej minister finansów, bo tak zdecydowała partia. Stanęło na niczym. – W partii jak na statku: trzeba trzymać się procedur. Jak ktoś wychodzi przed kapitana, jest niebezpieczny dla załogi – odparowuje Brudziński.

Jest jednak jedno lobby, którego Brudziński nie zaniedbuje – większość jego programu wyborczego adresowana jest do ludzi morza. Krytykuje bezmyślną likwidację firm z branży, która dawała pracę setkom szczecińskich rodzin oraz „próby, podejmowane przez niektóre środowiska, likwidacji ostatniego armatora, jakim jest Polska Żegluga Morska”.

To on osobiście przekonał prezesa Kaczyńskiego, że blokowanie – za pomocą złotej akcji przez zarząd spółki pod przewodnictwem Pawła Brzezickiego – wpływu Ministerstwa Skarbu na PŻM było aktem patriotyzmu. A nie – jak pisały media – zawłaszczeniem spółki przez zarząd w porozumieniu z załogą. Pod jego wpływem PiS wycofał się z poparcia nowelizacji ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji, by nie naruszyć interesów PŻM. A Brzezicki wypłynął na szerokie wody – jest dziś niezwykle wpływowym szefem Agencji Rozwoju Przemysłu.

Funkcja sekretarza generalnego zmusi Brudzińskiego do silniejszego zaangażowania w życie PiS. Już dziś planuje gospodarskie wizyty w terenie. Opuszcza ukochany Szczecin, do Warszawy sprowadził już żonę i dwie córeczki. – Moim celem jest uzyskanie co najmniej takiego wyniku, jak w ostatnich wyborach – mówi.

Dziś PiS jest na fali. Jeśli jednak partia zacznie tonąć, sekretarz generalny Joachim Brudziński może pierwszy pójść na dno.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama