Klasyki Polityki

Chomikowanie chomika

Dowiaduję się z gazet o zapoznawczych wycieczkach wysiadywaczy foteli na Wiejskiej. Oszczędzając na dietach w euro nie mieszkają w hotelach, nocują w pomieszczeniach biurowych i pakamerach.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 12 lipca 2003 r.

Taka historyjka: targ, kramy, tłum sprzedających i kupujących. Wśród nich przechadza się chłopina trzymający na łańcuchu dorodnego niedźwiedzia.

– Oszalał pan? – ktoś zapytał, usuwając się pospiesznie. – Na targ przychodzić z niedźwiedziem. Czego pan tu szuka?
– Szukam tego faceta, który rok temu sprzedał mi chomika.

Bywają takie niespodzianki. Wcielenia inne od oczekiwanych. Tyle mówi się i pisze, jak to będziemy godnie reprezentowani w Brukseli i w Parlamencie Europejskim. Tymczasem dowiaduję się z gazet o zapoznawczych wycieczkach wysiadywaczy foteli na Wiejskiej. Oszczędzając na dietach w euro nie mieszkają w hotelach, nocują w pomieszczeniach biurowych i pakamerach. Oglądają sale posiedzeń, jeżdżą windami w górę i w dół, a kiedy niedowidzą, na którym piętrze zatrzymała się winda, pytają po polsku, za to głośno: od dawna wiadomo, że kiedy pyta się głośno, głupi Angol czy Brukselczyk rozumie język, w którym chrząszcz brzmi w trzcinie, a Giertych w Sejmie.
– Ósme piętro – odpowiada grzecznie cudzoziemiec. – Jeśli to panu po drodze.

W restauracjach i bufetach nasi ludzie grymaszą. Raz że drogo, dwa niesmacznie. Nie to, co w knajpie u kolegi Witoszka. Zresztą nie po to zabrało się z domu wałówę, by truć się sztucznie wzbogacaną żywnością.

Wzruszające są te obrazki, pożywka dla nostalgików. To przecież europejska wersja Polaka na delegacji. Z teczuszką i grzałką; bez grzałki się nie obejdzie. Grzałka to jak dawniej husarski puklerz – element misji, na którą czeka Europa. Zlaicyzowana, występna i zwariowana, bo wariatów można dziś spotkać wszędzie. Nawet w zakładach psychiatrycznych. Do tej pory unijni mało o nas wiedzieli. Teraz, patrząc na uczestników wycieczek, wiedzą znacznie więcej. Niedorzeczne są pomysły jakichś list prezydenckich, typowania do Brukseli i Strasburga postaci trwale obecnych w życiu naukowym czy kulturalnym. Oni tam mają dosyć własnych profesorów, nie takich artystów widzieli. Za to działacze Samoobrony, krzykacze z Ligi Polskich Rodzin na pewno zwrócą na siebie uwagę. Trudno nie dostrzec niedźwiadka, który nie jest byle chomikiem: łapska ma silne, człapie donośnie, ciągnie go do ludzi, ciągnie do kamer i mikrofonów. Ktoś małego ducha i z kompleksami powie, że podobna reprezentacja może nas tylko skompromitować. Obawy te są nieuzasadnione. Utrata twarzy? Śmieszne. Zawsze można zdobyć się na ciętą odpowiedź. Tak jak przyjemniaczek karcony przez nadopiekuńczą mamuśkę:
– Dlaczego Józiu masz takie brudne ręce?
– Bo myłem twarz.

Mój typ eksportowego polityka z górnej półki: Jan Maria Rokita. Kraj dla jego ambicji jest stanowczo za mały. Źli ludzie rzucają mu kłody pod nogi. Tymi nogami przebierał rwąc się do przesłuchania prezydenta Kwaśniewskiego. Niestety, sledowatiel nie mógł się popisać, unosząc brew i strojąc minki jak przystało na państwowca. Stale słyszę, że poseł Rokita to państwowiec. Bo to przecież oczywiste, że dla państwowca najważniejsze jest utytłanie głowy państwa. Zmuszenie prezydenta do opowiadania sto razy już opowiadanego epizodu, wysłuchiwania podchwytliwych odzywek giermka Rokity, że nie wspomnę o kurwikach zapalających się w oczach zacnej posłanki. Z przesłuchania prezydenta Janowi Marii nic nie wyszło. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by na wyjeździe odpytał Berlusconiego. Talent śledczy się nie zmarnuje. No i nareszcie świat dowie się, że Krakówek to miasto magiczne: na Plantach można spotkać w biały dzień kieszonkowego Torquemadę.

Nigdy nie wiadomo, kim okaże się rozwojowy chomik. Tytuł w „Naszym Dzienniku” – „Szekspir po stronie Kościoła”. Z tym większą ciekawością przeczytałem o ustaleniach niemieckiej badaczki Hildegardy Hammerschmidt-Hummel. Otóż wystąpiła ona z hipotezą, że William S. był katolikiem. Ale ukrywał się z tym, bo ówcześni władcy (Elżbieta I i Jakub I) prześladowali wierzących inaczej. Jednak analiza dorobku dramatopisarza prowadzi do wniosku, że był katolikiem, może nawet przez jakiś czas pokutował w klasztorze. Bardzo mnie to poruszyło. Do tej pory najosobliwszym odkryciem szekspirologów był wywód, że W.S. w ogóle nie istniał; dramaty i komedie przypisywane jemu napisał ktoś inny. Teraz mamy dla odmiany Szekspira katolika. Przymknąłem kaprawe oczy i wyobraziłem sobie, jak to zgłasza się do redakcji „ND”.

– Niech będzie pochwalony! Nazywam się William Szekspir.
– Szekspir... Szekspir... Gdzieś to już słyszałem. Czy aby wcześniej nie nazywał się pan Szapiro?
– Uchowaj Boże. Katolik jestem.
– Polak-katolik?
– Nie, Anglik.
– Czym się pan zajmuje?
– Sztuki piszę.
– Obejdzie się bez pana. Mamy świetnych katolickich dramatopisarzy: Brandstaettera, Wojtyłę. A o czym właściwie pan pisze?
– O miłości. Dziewczyna jest bardzo młoda, dziecko prawie. Kochają się, potem popełniają samobójstwo. Aha, przedtem biorą ślub.
– Samobójstwo zaraz po ślubie, jakby nie można było poczekać... Panie Szekspir, to cywilizacja śmierci. Świństwo jakieś, szaleństwo.
– W tym szaleństwie jest metoda – to ja napisałem.
– Nie podoba mi się pańska bezczelność. Co jeszcze pan napisał?
– Komedię o śnie nocy letniej. Noc, pary kochanków oddają się miłosnym igraszkom...
– Miłosne igraszki? Orgietka? A gdzie rodzina, ostoja moralnego ładu. Widzę w tym, co pan mówi, cień diabła.
– Diabeł potrafi czytać Biblię dla własnych celów – to cytat. Ze mnie.
– Dalej pan utrzymuje, że z pana katolik? O czym jeszcze pan pisał?
– W szale zazdrości Murzyn dusi żonę.
– Teraz sam pan widzi czarno na białym: cywilizacja śmierci. Ohyda!
– W takim razie może spojrzy pan łaskawiej na moją sztuczkę o chłopcu z książką.
– Książka do nabożeństwa?
– A nie, nie. To były „Próby” Montaigne’a. Więc ten chłopiec, Hamlet, chce pomścić śmierć ojca, któremu wsączono truciznę do ucha.
– Słuchał bezbożnego radia, zamiast przestawić odbiornik na Radio Maryja?
– To nie o to chodzi. Hamlet miał narzeczoną, Ofelię. Biedaczka utopiła się w sadzawce. Hamlet zresztą też długo nie pożył. A jego matka...
– Dosyć! Wystarczy! Opowiada mi pan horrory jak z Harry’ego Pottera. Niech pan się stąd wynosi! Nam trzeba wartości, nie nihilizmu i plugastwa. Katolik się znalazł... Fora ze dwora!
– Już dobrze, dobrze. Zaraz ulotnię się. Po angielsku.
Otworzyłem oczy, widzenie (raczej przywidzenie) skończyło się. Pomyślałem melancholijnie o odkryciu niemieckiej badaczki: mój Boże, żeby stracić rozum, trzeba najpierw go mieć.

Polityka 28.2003 (2409) z dnia 12.07.2003; Groński; s. 85
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama