Klasyki Polityki

Pięty Cyncynata

Politycy, uczcie się od Cyncynata, nawet jeśli do pięt mu nie dorośliście.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 12 lipca 2008 r.

W 458 r. p.n.e. (2550 lat temu, czyli rocznica prawie okrągła) Ekwowie, którzy wcześniej opanowali przełęcze w górach Algidus i uczynili z nich silną bazę wypadową, natarli na Rzym. Wojska wysłane przeciw nim pod dowództwem Minucjusza wpadły w zasadzkę i resztką sił broniły się w oblężeniu. W Wiecznym Mieście zapanowała panika.

O pomoc zwrócono się do ubogiego i niemającego militarnego doświadczenia, ale znanego ze zdecydowania i żelaznego charakteru Lucjusza Kwinkcjusza Cyncynata. Pięknie opisuje to Liwiusz. Kiedy oto wysłannicy, senatorzy w uroczystych togach, przybyli do Cyncynata, zastali go orającego w roboczym ubraniu swoje niewielkie poletko. Omal się nie przeraził. – Co mogę dla panów zrobić? – zapytał. Gdy wyłuszczyli mu sprawę, iż uzyskał dyktatorską władzę i państwo czeka na jego rozkazy – krzyknął do żony: – Racylio! Przynieś szybko togę! Umył się, przebrał i ruszył do Rzymu. Tam z niesłychaną energią zmobilizował wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni i forsownym marszem ruszył na odsiecz Minucjuszowi.

Ekwowie nie spodziewali się tak błyskawicznej reakcji Rzymian. Kompletnie zaskoczeni nie stawiali prawie oporu. Zwycięstwo było całkowite, a oblężone legie uwolnione. Jak pisze Tadeusz Zieliński: „Dyktatorowi zaś swemu Rzym ofiarował najwyższe uczczenie wojenne – tryumf. – Na wspaniałym wozie w płaszczu purpurowym i wieńcu wawrzynowym na głowie wjechał on do Rzymu przez wrota muru Serwiusza, a przy nim na tymże wozie stali jego synowie; za wozem szli w okowach naczelnicy rozbitej armii, za nimi liktorzy wodza, przy czym zwykły ich znak jako urzędu karnego – tak zwane Fasces, to jest wiązki rózeg z siekierą – były tym razem zdobne gałązką wawrzynową. Za nimi szło pozostałe wojsko. (...) Cały pochód szedł drogą świętą na Kapitol; tu tryumfator z modlitwą poświęcał Jowiszowi swój wieniec z wawrzynu i składał ofiarę...”.

Rzym był u stóp Lucjusza Kwinkcjusza Cyncynata. Gdyby zbawca ogłosił się nawet cesarzem, nikt by nie zaprotestował. Dotąd jest to heroiczna historia, jakich wiele. Cyncynat dał jej jednak pointę zupełnie niespodziewaną, która przeniosła go do panteonu dziejów. Oto zaraz po złożeniu trofeów na jowiszowym ołtarzu zrzekł się wszelkich godności. – Zrobiłem już, co do mnie należało... Jak to? – odezwały się głosy w tłumie. – Przecież przyznano ci pełnię władzy na sześć miesięcy!? – Owszem – odpowiedział Cyncynat – skoro jednak udało mi się załatwić sprawę w szesnaście dni, to po co mam dalej zaprzątać was swoją osobą. – I wrócił do swojej zagrody. Dwadzieścia wieków później pisał Kornel Ujejski:

„Nigdy nie pragnij sławy od świata,
Świat ten zawistny i płochy –
Ona cię sama jak Cyncynata
U prostej znajdzie sochy”.

Wertując tomiki poezji polskiej znalazłem w nich (jak dotąd) szesnaście odwołań do postawy Cyncynata. Nieźle, jak na faceta, który umarł przed dwudziestu pięciu wiekami.

We wszelkich pracach o PRL czy – szerzej – komunistycznym systemie władzy odnajdujemy złowrogie pojęcie „nomenklatura”. Oznaczało ono, że wszelkie wysokie i dochodowe stanowiska zastrzeżone są dla grona wiernych reżymowi, a co więcej, że jeśli nawet wybraniec się rozpił do imentu i nie odróżniał lewej ręki od prawej, jeśli zgłupiał całkowicie („Bo paraliż postępowy – Najzacniejsze trafia głowy”), nakradł, molestował, łgał, jak oddychał, to i tak zdegradowany być mógł co najniżej na ciepłą posadkę dyrektora browaru na przykład, o którego funkcjonowaniu nie miał zielonego pojęcia.

Mam znajomego, który w jednym z rządów po 1989 r. objął wysokie, prawie ministerialne stanowisko. Fortuna kołem się toczy, a władza podobnie. Dość powiedzieć, że stołki na górze się poprzestawiały i nagle zapotrzebowanie na znajomego ustało. Chłopak jest dzielny, więc kiedy przykra wieść do niego dotarła, pewnie zniósłby ją bez mrugnięcia okiem. Ma się jednak rodzinę. Żona przywykła do tego, że służbowy samochód zawozi ją na zakupy. Skoro jest szofer, można sobie walnąć parę drinków bez ewentualnych konsekwencji. Przyjęcia w ambasadach też nie są bez znaczenia. Nie chodzi o darmowy wyszynk, ale towarzystwo. W relacji względnej równości: ja dotykam aktora z bodaj najpopularniejszego serialu, ale on dotyka żonę gościa na prawie ministerialnym stanowisku. Kto ma być dotknięciem bardziej zaszczycony... Nie zapominajmy też o kosztach reprezentacyjnych. Jakże miło było pójść do knajpy ze znajomym albo jego żoną. Kawior w krysztale... Ależ proszę bardzo!

Żona więc skoczyła mężowi do gardła. Jak mogłeś dać się wykiwać! – Tragedia, awantura... – Jakże niepotrzebnie. Ani mąż, ani żona nie zrozumieli jeszcze po prostu mechanizmów władzy. Tutaj nikogo się z powrotem do sochy nie wyrzuca. Nie ma Cyncynatów. Znajomy znalazł się więc w paru radach nadzorczych spółek z kapitałem państwowym i ma się dobrze, finansowo może nawet lepiej. Żona odetchnęła. A czasem i jakaś ambasada zaprosi. Nowy szofer, zapewne, jakby mniej wyluzowany, nie staje tam, gdzie mu dusza śpiewa, a znaki drogowe zakazują, aleć zawsze do usług, w szczególności po miłej biesiadzie w ekskluzywnej knajpie.

Możesz się zbłaźnić, ostatecznie zostaniesz przynajmniej dyrektorem fundacji pojednania polsko-niemieckiego albo warszawskich taksówek, czy też wybitnym naukowcem w IPN. Krzywda ci się nie stanie. Między bajki włóżmy owe czystki, które robi każdy nowy rząd. Owszem, bez względu na ich kompetencje, odsuwa się ludzi od posad, na których mogliby o czymś zadecydować. Kopie się artystów, którzy tworzą nie w smak, oczernia literatów, rozpętuje nieprawdopodobną kampanię nienawiści wokół producenta filmowego, próbuje uciszyć dziennikarzy... Ale między nami, tak zwanymi politykami... Jeżeli ktoś tak źle rozegrał swoją rolę, że naraził się po wszystkich stronach, oskarżamy go o byle co i urządzamy spektakl. W innych jednak przypadkach wygodny fotelik.

Chciałbym się dowiedzieć, czym się to różni od obrzydliwej peerelowskiej nomenklatury? Cyncynat odszedł u szczytu sławy. Dlatego zapisał swoje miejsce w historii. Pokażcie mi jednak polskiego, choćby ostatecznie skompromitowanego, tak zwanego polityka, który by dobrowolnie podniósł siedzenie z pluszu. Nawet Rokita urządza jeszcze jakieś foruma, nawet Jurek kandyduje, z wiadomym skutkiem, na Podkarpaciu, nawet Wrzodak... A kysz, a kysz! Uczcie się od Cyncynata, nawet jeśli do pięt mu nie dorośliście. Umiejcie odejść!

Polityka 28.2008 (2662) z dnia 12.07.2008; Stomma; s. 97
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama