Klasyki Polityki

Uwaga dziecko!

Kochanie dzieci jest naczelnym obowiązkiem obywatelskim.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 23 sierpnia 2003 r.

Jednym z symptomatycznych zjawisk naszych czasów, a właściwie ostatnich lat, jest pojawianie się coraz częstszych oskarżeń o seksualne molestowanie dzieci. Znajdują one szeroki oddźwięk społeczny, i słusznie, gdyż chodzi o rzecz szczególnie obrzydliwą, która musi spotkać się z protestem i jak najenergiczniejszym przeciwdziałaniem. Odpowiedź na pytanie, dlaczego problem był tak długo lekceważony czy zgoła niezauważany, wydaje się stosunkowo prosta. Konieczne było osiągnięcie pewnego poziomu wrażliwości społecznej, a także zrozumienie konsekwencji, jakie może mieć krzywda dziecka dla jego późniejszego rozwoju. W wymiarze historycznym nie trwało to zresztą długo, zważywszy iż dzieciństwo w jego współczesnym kształcie wynalezione zostało dopiero w połowie dziewiętnastego wieku. Wtedy to dziecko zostało zteatralizowane, a następnie wyidealizowane. Z jednym i drugim mamy też do czynienia po dziś dzień. Ma to istotne skutki. I tak na przykład kochanie dzieci jest naczelnym obowiązkiem obywatelskim. Każda osoba publiczna nie tylko musi miłość ową odczuwać, ale także dawać jej przy każdej okazji zewnętrzny i solenny wyraz. Towarzysz Bierut przyjmował na trybunie kwiatki od malutkiej Agnieszki Holland. Uwielbiał maleństwa generalissimus Soso, fotografował się z nimi Mao... Są to oczywiście próżne złośliwości. Przymus dzieciolubstwa obejmuje i dobrych, i złych, i biednych, i bogatych. Prezydentów, papieży, szewców, antropologów i bezrobotnych.

I tutaj kończą się żarty. Z przymusu owego wyrosły bowiem liczne ostentacje i rytuały, do których należy całowanie maluchów, przytulanie, głaskanie po główkach, trywializowanie języka, udawanie zainteresowania popisami pociech, robienie im prezentów etc. To już bodaj nie obyczaj, lecz element podświadomości. Nagle w epoce neofickiego – cóż z tego, że merytorycznie słusznego – wyczulenia na kwestię molestacji dzieci wszystko to staje się z dnia na dzień podejrzane, dwuznaczne i w jakimś domniemaniu brudne. Stajemy wobec problemu, do którego społeczeństwo nie było i nie jest przygotowane: do którego momentu można pieścić dzieci, w jakiej mierze wypada się nimi zajmować, gdzie tutaj przebiegają granice. Nie są to bynajmniej dylematy z palca wyssane. W klasyce sentymentalnej powieści, „Małej Księżniczce” Frances Elisy Burnett, tajemniczy Hindus wchodzi przez okno na poddaszu do pokoju małej dziewczynki i zostawia jej prezenty. Cóż z tego (jeszcze gorzej), że działa na rozkaz przełożonego. Obaj byliby dzisiaj bez chwili wahania oskarżeni o pedofilskie zamiary.

Nie ma w tym cienia przesady. Sądy amerykańskie (i nie tylko) są w takich przypadkach bezlitosne. Coraz powszechniejsza staje się też skłonność sądów (widać to doskonale we Francji), by w przypadkach sprzecznych zeznań i niejasności dawać wiarę przede wszystkim dziecku. Jest to naturalnym skutkiem stupięćdziesięcioletniej tradycji idealizowania małych istot. Tymczasem, co już teraz wykazał dobitnie szereg rozpraw sądowych w zachodniej Europie, pewna część dzieci nie tyle skłonna jest do fantazjowania – to byłoby określenie nie oddające istoty rzeczy – ile po prostu posiadła w wysokim stopniu sztukę manipulowania dorosłymi. Obok jednoznacznie pedofilskich ohydnych spraw mamy więc niezwykle wiele drobnych – trafiających jednak do trybunałów, a więc piętnujących społecznie – powództw i posądzeń opartych na pojedynczych świadectwach albo wręcz subiektywnych wrażeniach i przypuszczeniach. Te ostatnie są coraz liczniejsze, albowiem kwestia molestowania dzieci stała się, nie bójmy się tego słowa, po prostu modna. Mnożą się oskarżenia wobec nielubianych nauczycieli, pracowników instytucji dla dzieci specjalnej opieki etc. Szczególnie narażeni są księża – z tytułu celibatu podejrzewani a priori o swoiste „nieuporządkowanie seksualne”, a których praca wymaga niekiedy dyskretnych spotkań i intymnych rozmów z małymi parafianami – lekarze, pedagodzy. Wszystko to razem wywołuje nastrój pewnej psychozy, której ofiarami padają, paradoksalnie, właśnie dzieci.

Wyobraźmy sobie oto dzieciaka, który zgubił się w wielkim mieście i płacze bezradnie na ławce w parku. Jeszcze niedawno pierwszym naszym odruchem byłoby zaopiekowanie się brzdącem, pocieszenie go i utulenie. Teraz każdy się parę razy zastanowi, zanim wsadzi nos w nie swoje sprawy. Wygodniej, a przede wszystkim bezpieczniej jest przejść mimo niby nigdy nic. O nie, to nie jest żaden wydumany i sztuczny casus. Poważni specjaliści w prasie i telewizji wielu krajów już takie zachowanie wręcz zalecają! Zresztą są i precedensy. Facet w Belgii zaopiekował się takim zagubionym malcem, jak się później okazało, uciekinierem z rodzinnego domu. Zaprowadził go do siebie, ugościł, nawiązał kontakt z rodzicami i w oczekiwaniu na nich przenocował, nieszczęsny, małego zbiega. Opinia publiczna w Belgii jest, po straszliwych aferach porywania i mordowania dzieci, szczególnie uwrażliwiona. Sąsiedzi wykazali więc obywatelską postawę i donieśli, gdzie trzeba. Na domiar złego dobroczyńca był starym kawalerem, co samo z siebie jest podejrzane i może kojarzyć się z homoseksualizmem.

Nadmiar dobrego serca kosztował więc naszego bohatera czterdzieści osiem godzin ciupy i ileś tam upokarzających przesłuchań. Sąsiedzi zaś i tak wiedzą swoje i zapewne nie omieszkają się swoimi rewelacjami z kim można podzielić. Czy, zważywszy na powszechne nastroje, można ich potępić? – Ja w każdym razie kamieniem rzucić nie mam prawa, gdyż w pewnej chwili sam uległem psychozie. Dowiedziałem się otóż, że pewien nauczyciel w szkole bardzo serdecznie zajął się jednym z moich synków. Zamiast wdzięczności poczułem oczywiście niepokój. Korzystając z pierwszej lepszej na siłę sprokurowanej okazji zaprosiłem belfra do domu, żeby porozmawiać. Kiedy wyszedł, Basia spojrzała na mnie przerażona. – Czy ty sobie zdajesz sprawę, że zafundowałeś temu sympatycznemu człowiekowi iście policyjne przesłuchanie? Jakżesz on się musiał głupio czuć! Nie miałem nic do powiedzenia, zdałem sobie sprawę, że ma Basia stuprocentową rację. Miałem jednak usprawiedliwienie... Nauczyciel rzecz jasna unikał później mojego synka jak ognia i, żeby nie było podejrzeń, stawiał mu nawet stopnie poniżej zasług, w czym mu się bynajmniej nie dziwię.

Co z tej opowieści wynika? – Że najsłuszniejsze i najbardziej potrzebne prawa miewają swoje przykre uboczne skutki? Byłby to nie tylko banał, ale również przystanie na jakowyś zgubny fatalizm. Myślę, że ważniejsze byłoby pomyślenie o proporcjach i modach prowadzących do nadgorliwości. Konkretne prawa muszą być sprawiedliwe, ale nie mogą być modne. Inaczej w najlepszych intencjach zbudujemy sobie piekło na ziemi. A jakby się dobrze rozejrzeć, to nie jesteśmy od tego daleko.

Polityka 34.2003 (2415) z dnia 23.08.2003; Stomma; s. 90
Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama