Klasyki Polityki

Plujcie sobie!

Sztuka polegała na tym, żeby piwa nie pochłonąć w całości, ale zostawić nieco w ustach, tak żeby zmieszało się z wydzielinami gruczołów i osiągnęło gęstość optymalnie wypluwalną.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 13 grudnia 2008 r.

IPN rozczarował mnie po raz kolejny. Nawet w opluwaniu jego pseudohistorycy okazują się bowiem mało umiejętni. Wbrew pozorom plucie to nie jest łatwa sztuka. Jak każdy polski uczeń startowałem ongiś nieraz w szkolnych zawodach plucia na odległość. Rekordziści wyrzucali z siebie ślinę na odległość około dziesięciu metrów. Był to prawdziwy wyczyn. Najpierw, żeby uzyskać odpowiednią dozę wewnątrzgębowej wilgotności, trzeba było kupić piwo u pana Mietka za rogiem. Pan Mietek dbał jednak o licencję i małolatom alkoholu na ogół nie sprzedawał. Czekaliśmy więc na pełnoletnich klientów, którzy za dopłatą złotówki od butelki kupowali hurtem i rozdawali młodzieży. „Masz szczeniaku, ale za następne dorzucisz już trójkę”. Trzy złote to już doprawdy było niemało. Na szczęście zdarzali się ludzie z gestem. Nie zapomnę nigdy pana Zdzisia, dekarza, który z nieco zamglonym uśmiechem odjął sobie flaszkę od ust i podał mi: „pij szczylu, bo ja już nie mogę”. Muszę oddać mu ten honor, że szyjka była prawie nie zaśliniona.

Sztuka polegała na tym, żeby piwa nie pochłonąć w całości, ale zostawić nieco w ustach, tak żeby zmieszało się z wydzielinami gruczołów i osiągnęło gęstość optymalnie wypluwalną. Teraz kwestią była już tylko siła wyrzutu. Doświadczeni zawodnicy przykucali, chwilę trwali na zgiętych nogach, po czym nagle podrywali się i koordynując gwałtowny ruch ciała i wydech z płuc nadawali plwocinie wibrujące, nieporównywalne drganie, wprawiające ją w lot, a właściwie szybowanie. Patrzyliśmy na mistrzów w niemym podziwie. Plwocina leciała, przemieszczała się w przestrzeni, aż wreszcie zwycięsko opluwała podwórko szkolne i świat cały.

Piotrek B. w dniach swojej najwyższej formy przepluł ulicę Konwiktorską w poprzek. Z chodnika południowego na północny, poza przeciwległy krawężnik! Tego kunsztu pseudohistorykom z IPN nie staje. Nie zwrócili się do pana Zdziśka (mógł przecież kiedyś informować służby specjalne, co się działo pod budką, a działo się niemało). Brak odpowiedniej teczki pana Zdziśka nie usprawiedliwia i nie tłumaczy. Wiadomo, że SB werbowało biskupów, pisarzy, astronomów... Na pana Zdziśka ani nie spojrzeli, bo co im chlapnął pod budką, brali na własny szcziot. A przecież informacja, czy kolega X., ten, któremu Zdzisiek pożyczał przed pierwszym, pije Tychy, Żywiec czy, broń Boże, Radebergera – za czym już stało Stasi – mogła mieć kapitalne znaczenie dla losów komunizmu na świecie, wyjaśnienie kulisów paktu Ribbentrop-Mołotow i zagadki zwyrodniałego znęcania się sądów hiszpańskich nad szlachetnym generałem Pinochetem. Tak więc nie napili się z panem Zdziśkiem. Skutek? Ich ślina pozostała organicznie zwarta, ciężka, zaflegmiona. Cienia tu wyrafinowania, przesłania intelektualnego czy choćby krwawego krzyku zemsty. Pac! – i tyle.

Pokonani w sztuce opluwania, widząc, że publiczność ma już tego dość, zajęli się pseudohistorycy z IPN trupami. Jest w tym pewna dogodność, gdyż trup (jak to trup) nie zaprzeczy ani nie poda w wątpliwość kompetencji. Z trupem można sobie na wszystko pozwolić. Odkopać i zakopać, rozebrać i ubrać, poskładać na kawałki w ten albo inny sposób. Trup nie zaprotestuje, nie poda do Trybunału Konstytucyjnego, nie będzie robił problemów. Praca z trupami jest bezkonfliktowa, intelektualnie przyjemna, a jeśli trup odpowiednio wyschnięty lub skonsumowany przez odpowiednie żyjątka, to nawet estetyczna.

Padło IPN na truchło generała Władysława Eugeniusza Sikorskiego. Czego mogliśmy się dowiedzieć w wyniku ekshumacji? Otóż przypuszczalnie nie był generał Sikorski małą dziewczynką. Nie był też (w chwili śmierci), co szczątki zdają się potwierdzać, jedenastoletnim chłopczykiem. Rzecz ważniejsza jeszcze, na podstawie analiz wykluczyć można zgoła przypuszczenie, że był kobietą. Czy jednak generał Sikorski był generałem Sikorskim? Jeżeli nie, to czyje są te kości i gdzie znajdują się kości właściwe, nie będące pozostałościami po dziewczynce ani jedenastoletnim chłopaczku? Odpowiednie instytucje mają wydać wyrok do końca stycznia. Jeżeli jednak tak, to dlaczego chować już teraz z powrotem niepewne piszczele w wawelskich panteonach? A jeżeli się okaże, że to zwykły Kowalski albo jakiś poganiacz mułów z Gibraltaru? Jak wtedy rozliczyć rachunek od krawca, który uszył mundur z materiałów używanych prawie siedemdziesiąt lat temu, do którego najwybitniejsi specjaliści dorobili takie właśnie guziki jak trzeba? Wszystkie te pytania nie mają najmniejszego znaczenia. Czyj trup, jaki trup... Dziewczynka czy jedenastoletni chłopczyk, Kowalski czy Nowak. Ważne jest to tylko, że generała Sikorskiego zamordowali Sowieci. I to właśnie IPN udowodni.

W 2005 r. ukazała się książka Tadeusza A. Kisielewskiego „Zamach, tropem zabójców generała Sikorskiego”. Jest to kpina z wszelkich rudymentów analizy historycznej. „Kod da Vinci” przy tym wysiada. Nie zmienia to faktu, iż wydawnictwo Rebis pisze na obwolucie: „Tadeusz A. Kisielewski, pisząc tę pierwszą od wielu lat książkę poświęconą katastrofie w Gibraltarze, oparł się na nie publikowanych dotąd źródłach i nowych analizach – w tym na materiałach z przebogatego archiwum czeskiego historyka prof. Valenty i komputerowej symulacji lotu liberatora Sikorskiego przeprowadzonej przez prof. Martyniaka. Pozwoliło mu to z pewnym przekonaniem stwierdzić, że katastrofa ta w żadnym razie nie mogła być skutkiem wypadku, a co więcej – zawęzić krąg podejrzanych i częściowo odtworzyć bieg wydarzeń, które doprowadziły do śmierci premiera rządu polskiego na wychodźstwie”.

Jeżeli chodzi o „przebogate archiwum” prof. Valenty, któremu Anglicy nie udostępnili nic, tak jak i naszym badaczom, jedyną racjonalną odpowiedzią jest felieton Pawła Wrońskiego w „Gazecie Wyborczej” (27.11.08): „A może to Czesi zabili generała Sikorskiego”. Rzecz by była godna przeprowadzenia dogłębnego śledztwa, gdyby nie fakt, że nasz prezydent ma aktualnie dobre stosunki ze swoim czeskim odpowiednikiem. Prezydent, a za nim IPN kocha także Gruzję. Tu się już jednak rzeczy komplikują, gdyż niejaki Dżugaszwili (pseudonim: Józef Stalin), nie wspominając o Berii – byli niestety Gruzinami. Wynika z tego jedna tylko logiczna hipoteza: Sikorskiego zamordowały Ruskie bez wiedzy Stalina i Berii (Gruzinów – czym prędzej do NATO), a zamazali ślady tej zbrodni Wolszczan ze Szczypiorskim. Plujcie sobie, plujcie, a i tak Konwiktorskiej nie przeplujecie. Piotrek B. to był mistrz i on zapisze się w historii.

Polityka 50.2008 (2684) z dnia 13.12.2008; Stomma; s. 96
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama