Klasyki Polityki

Życie seksualne gościa kąpielowego

Życie uczuciowo-erotyczne w polskich sanatoriach było do tej pory przedmiotem rozlicznych hipotez i domysłów. Życie uczuciowo-erotyczne w polskich sanatoriach było do tej pory przedmiotem rozlicznych hipotez i domysłów. Piotr Socha / Polityka
Co piąty kuracjusz przyznał, że zawarł tam bliską znajomość z kobietą, zaś 7 proc. stwierdziło, że zaangażowało się uczuciowo.
Gdy na jednego pana przypadają trzy, cztery, a na niektórych turnusach i pięć pań, atrakcyjność każdego mężczyzny wzrasta.Piotr Socha/Polityka Gdy na jednego pana przypadają trzy, cztery, a na niektórych turnusach i pięć pań, atrakcyjność każdego mężczyzny wzrasta.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA 23 lutego 2008 r.

Cztery na jednego

Ona była z grupy bioder, on z grupy kręgosłupów. Zobaczył ją w stołówce. Siedziała przy sąsiednim stoliku. Nie chichotała jak koleżanki. Uśmiechała się delikatnie. Nic z tego nie będzie – pomyślał – za ładna i za młoda jak dla ciebie. Ale następnego dnia, kiedy czekał na – jak mówią kuracjusze Domu Zdrojowego w Ciechocinku – moczenie dzienne, czyli gimnastykę w basenie solankowym, ona przyszła. Na stoliku zostawiła swój harmonogram zabiegów i weszła do szatni. To go zdopingowało. Kładąc swój harmonogram podpatrzył: Barbara..., pokój nr...

Życie uczuciowo-erotyczne w polskich sanatoriach było do tej pory przedmiotem rozlicznych hipotez i domysłów. Po ukazaniu się raportu „Mężczyźni jako kuracjusze w sanatorium”, przygotowanego przez TNS OBOP na podstawie obszernych badań seksuologa i doradcy rodzinnego prof. Zbigniewa Izdebskiego, wspieranych przez Polpharmę, wiadomo już nieco więcej. Zdecydowana większość anonimowych respondentów stwierdziła, że głównym celem wyjazdu do sanatorium było leczenie, na końcu wymieniano przeżycie romansu, seksu. Jednak co piąty kuracjusz przyznał, że zawarł tam bliską znajomość z kobietą, zaś 7 proc. stwierdziło, że zaangażowało się uczuciowo.

Gdy na jednego pana przypadają trzy, cztery, a na niektórych turnusach i pięć pań, atrakcyjność każdego mężczyzny wzrasta. A i oni pracują na tę atrakcyjność. Niektórzy kilka tygodni wcześniej przechodzą na dietę, gimnastykują się, chodzą do solarium, w ostatniej chwili do fryzjera i manikiurzystki. Prof. Izdebski stwierdził, że w sanatoriach znacząco wzrasta zużycie kosmetyków.

Joanna Świątkowska, inspektor do spraw kultury i oświaty w Domu Zdrojowym, od czterech lat przygląda się kuracjuszom: – Czują się tu anonimowi i to ich nakręca. Chcą wrócić do młodości i często startują do kobiet, które są w wieku ich córek. Jedni bawią się w zaloty, inni są konkretni; pierwszego dnia wszystko chcieliby zrobić. Ci pierwsi przychodzą i pytają: Czy pani X zapisała się na wycieczkę do Lichenia? Jeśli tak, to mnie też proszę zapisać.

Ci konkretni potrafią na wieczorku integracyjnym (jeszcze niedawno zwanym zapoznawczym) podejść do stolika upatrzonej pani i położyć jej rękę na kolanie. – Czasem spotyka ich reprymenda, częściej nie – mówi Świątkowska.

Zima, a prawie wszystkie miejsca w sanatoriach są zajęte. Pryncypalną ulicą Zdrojową toczy się mikrobus reklamujący „Koncert galowy Don Vasyla and Cygańskie Gwiazdy” w kinie Zdrój. Głośnik charczy przebojem: „W Ciechocinku, w Ciechocinku/zapoznałem cię na rynku”.

Strzyżonego pan Bóg strzeże

Po zabiegach pan z grupy kręgosłupów kupił w sanatoryjnym kiosku papeterię. Jeszcze przed obiadem napisał list: „Szanowna pani Barbaro! Proszę mi wybaczyć śmiałość. Nie jestem żadnym podrywaczem, ale...”. I zaproponował spotkanie w kawiarni Romantyczna. Pięć minut spacerkiem, po drugiej stronie deptaka. Kopertę z przepisanym na czysto listem zostawił w recepcji.

Dariusz Trojanowski od kilkunastu lat zajmuje się organizacją imprez i obsługą gościa kąpielowego, jak niegdyś w Ciechocinku nazywano kuracjusza. W nieistniejącym już lokalnym radiu Las Vegas był prezenterem, prowadził m.in. nadawany na żywo z kawiarni program „Szukamy drugiej połowy”, kojarzący pary. W 2001 r. pobił rekord Guinnessa: mówił bez przerwy przez 56 godzin. Jego zdaniem gości kąpielowych można podzielić na trzy grupy. Takich, którzy przyjeżdżają się leczyć. Takich, którzy zerwali się z łańcuchów żonom, żeby w spokoju żłopać piwo lub gorzałę. I trzecia grupa to ci, którzy przyjechali tu romansować. – To się rozkłada mniej więcej po równo, ale często ktoś i leczy się, i romansuje albo i leczy się, i pije, i podrywa. Pod koniec telefony do żon: zwiększyli mi liczbę płatnych zabiegów, przyślij kasę.

Głównym tematem rozmów, na początku, są wspólne choroby. To ułatwia porozumienie. Potem: domy, żony, mężowie, dzieci. – W sanatorium świetnie zmienia się swój image – powiada Trojanowski. – Żona zna wszystkie jego wady, tutaj on może błyszczeć. Wszystko, co powie, jest nowe. Wtedy on, dowartościowany, ze zrezygnowanego faceta w kapciach, z pilotem od telewizora w jednej i puszką piwa w drugiej ręce, przemienia się w lwa. Ona z kolei często przyjeżdża z rękami wyciągniętymi od siat. Tutaj nie musi robić zakupów, gotować, zmywać i sprzątać. Po zabiegach cały wolny czas ma dla siebie. – Zabiegi i wypoczynek przywracają im sprawność, polepszają samopoczucie – powiada Świątkowska. – Kwitną, chcą nadrobić stracone przy garach lata. Często idą po raz pierwszy w życiu do manikiurzystki lub kosmetyczki.

– Oni i one ożywają, i to działa w obie strony – ocenia Trojanowski. – Ale na końcu niekoniecznie musi być seks. Opowieści o Sodomie i Gomorze w sanatoriach są przesadzone.

Józef Adamczyk, autor tomiku wierszy „Łąka życia” oraz „Fraszek”, „najlepszy fryzjer w Europie na zachód od Raciążka”, wsi oddalonej o 2 km od Ciechocinka, od 54 lat w zawodzie w trzecim pokoleniu, zauważa: – Kuracjusze nic nie muszą. W końcu mają trochę czasu tylko dla siebie. Niektórzy z tego powodu wpadają w euforię. To jest ludzkie. Na swojej wizytówce, pod nazwiskiem, pan Józef polecił wydrukować: „Od czasu do czasu poeta”. Przed wejściem do jednego z dwóch jego zakładów, przy ul. Mickiewicza, można więc przeczytać rymowane zachęty: „Byś w podrywaniu nie poniósł klęski/Strzyżeniem wzmocnij swój urok męski”. W oknie natomiast: „Ludzie pragną teraz prawdy. Jedną z nich ujawnię szczerze: nie żałujcie na fryzjera, strzyżonego – pan Bóg strzeże”.

Żeby coś wyrwać

Po obiedzie, kiedy wychodziła ze stołówki, zagadnął: pani Barbara? A kiedy skinęła głową, poinformował: w recepcji jest dla pani wiadomość. I już prawie biegiem ruszył w drugą stronę korytarza. Przyszła punktualnie. W Romantycznej było prawie pusto. Wstał od stolika, ukłonił się, pocałował w rękę i przedstawił się: – Tadeusz. – Barbara – wyszeptała ona. On: – Czego się pani napije? Kawa? Herbata? Ciastko? Może kieliszek wina? Ona: – Kawę z ekspresu poproszę.

Podwieczorki taneczne zwane fajfami nie rozpoczynają się, jakby chciała nazwa, o 17.00, ale o 15.00. Bo o 18.00 w sanatoriach są kolacje. Dansingi startują o 18.00 lub 18.30. Kończą się o 21.30 lub 22.00, bo w sanatoriach od 22.00 jest cisza nocna i zamykane są drzwi. Gdzie tu się chodzi, żeby kogoś poznać? – pytają najczęściej kuracjusze Grażynę Komosińską-Maksymowicz, szefową ciechocińskiego PTTK, przewodniczkę. Odpowiada wtedy, że trzeba iść do Bristolu, czyli tzw. stodoły.

Kto nie przywiózł dansingowych ciuchów ze sobą, może coś dobrać w licznych butikach. „Fashion shop – London, Paris, Milano” sprowadza towar szyty przez krawców z Aleksandrowa Kujawskiego, Włocławka, a nawet Torunia. Oprócz swetrów z kulkami jak z waty są kreacje koktajlowe i dansingowe. Jakby zszywane z resztek sztucznych materii. Dominują kolory złoty i srebrny. Na wystawach pełno seksi-bielizny. Panowie nie komplikują sobie tak bardzo życia. – Pewien facet zapytał mnie, gdzie tu można kupić skarpetki, bo na trzytygodniowy turnus przywiózł tylko te, które ma na nogach – wspomina Dariusz Trojanowski.

W Bristolu, który ma największy parkiet w Ciechocinku, właśnie rozpoczął się fajf. Jest środa, więc fajf jest biały, czyli panie proszą panów. Biały jest też piątek. – Tego domagały się kuracjuszki, które przychodzą tu, jak mówią, żeby coś wyrwać – twierdzi Barbara Matwiej, szefowa Bristolu. Przychodzą solo, we dwie i grupkami. Podobnie panowie. Kiedy na początku lat 90. właściciele zastąpili ceratowe obrusy bawełnianymi, a szklanki filiżankami do kawy i herbaty, kuracjusze zaprotestowali. Chcieli, żeby było jak dawniej. Udało się uratować obrusy, szklanki wróciły.

Bo kuracjusz to specyficzny gość – objaśnia Mirosław Satora, partner pani Barbary. – Chce kawy w szklance, sypanej, Prima, bo to wystarcza na osiem gulgów i kosztuje 4 zł. Orkiestra ma osiem przerw, w każdej kuracjusz wypija gulga, a sypana kawa robi mu na szklance naturalną podziałkę. Do herbaty, nazywanej przez kelnerów zemstą kuracjusza, dolewają przyniesioną ze sobą wódkę.

Orkiestra śpiewa: „Magdaleno, twoje usta wciąż się śmieją”, co fonetycznie, zgodnie z fasonem sanatoryjnego śpiewania, należałoby zapisać tak: Magedaleno, tefoje usta wcionsz sie śmiejo. Repertuar z lat 70. i 80. Muzyczki ŕ la greckie, cygańskie i rosyjskie. Sambo-rumby-disco polo. Dzisiaj ze stałych bywalców jest Cienki. Nie dlatego, że szczupły, ale z powodu skromnych zamówień. Tupecik chodzi po sali i maca wzrokiem panie. Nie wzrokiem, ale rękoma maca je zwykle Marynara (przychodzi w kolorowych marynarkach), emerytowany pułkownik, ale nie wiadomo czego. – Czasem dostanie w buzię, jednak się nie zraża – powiada Barbara Matwiej. Kiedy z kolei na salę wchodzi Golonka albo Metaxa, kelnerzy wiedzą, co podać.

Polowanie na sponsorki

I Tadeusz wpadł Barbarze w oko. Wysoki, kulturalny, zawsze panie przepuszcza przodem, starannie ubrany i ogolony. A ile by mi pani dała? – zapytał, gdy rozmowa już się rozkręciła. – Pięćdziesiąt, góra pięćdziesiąt pięć – ona na to. – A pan mnie? – zapytała. – Czterdzieści pięć, góra czterdzieści osiem – nie chciał wymówić pięćdziesiątki. – Bardzo pan łaskawy. W listopadzie skończyłam pięćdziesiąt sześć – przyznała. – W życiu bym nie powiedział – zapewnił i zaproponował, jako starszy, bruderszaft.

Jest jeszcze jeden typ: miejscowi. – Na kuracjuszkach żyją. One ich ubierają, żywią i poją. Oni je prowadzają na spacer, do kawiarni, na dansing – powiada Marek Modrzejewski, inspektor do spraw kultury i sportu, jedyny bodaj bluesman zatrudniony w polskich magistratach, lider kapeli Zdrowa Woda. Jeszcze do niedawna znany był w Ciechocinku niejaki Rysio. Murarz z zawodu, ale bardzo elegancki. Przedstawiał się jako lekarz, prawnik, inżynier. – I branie miał – twierdzi Modrzejewski. – Teraz o laseczce chodzi.

Trojanowski: – Ci sponsorowani kręcą się przy pięciogwiazdkowym, prywatnym wellnes and spa Pod Tężniami. Polują tam na takie bizneswoman very-very, które przyjeżdżają na parę dni zatrzymać młodość.

Na kolację w Domu Zdrojowym w ostatniej chwili zdążył pan Adam (51 l.) z Poznania. Był w Zachęcie na fajfie, na dansing wybiera się do Targonu – Pałacu Zdrowia. Tłumaczy, że cierpi na stawy kolanowe i lekarz kazał mu je ćwiczyć: – No i żeby ruszać się, chodzę na dansingi. Nie żeby z dziewczynami coś tego. Ale żeby tańczyć. Joanna Świątkowska: – Niedawno jeden z panów mówił, że w ciągu 21 dni był 40 razy na imprezach tanecznych.

– Dla wielu pacjentów tańczenie jest kryterium poprawy stanu zdrowia. Dziesięć lat nie tańczył, a teraz tańczy – twierdzi prof. Irena Ponikowska, krajowy konsultant do spraw balneologii i medycyny fizykalnej. – To dobra, uzupełniająca psychoterapia.

Inspektor Świątkowska wspomina: – Latem, kiedy dansingi w niektórych lokalach trwają dłużej niż obecnie, w sąsiednim sanatorium dwie pary zaplanowały późny powrót. Zostawili uchylone okno w toalecie na parterze. Wracają, panie i jeden z panów weszli, ale drugi, tęższy się zaklinował. I ani w jedną, ani w drugą stronę. Przyjechała straż pożarna i kiedy wyjmowali tego faceta razem z framugą, on zasłabł i trzeba było wezwać pogotowie.

Panie zdradzają częściej

Tak dobrze Barbarze i Tadeuszowi się rozmawiało, że omal nie przepadła im kolacja o 18.00. O 19.00 umówili się przed Domem Zdrojowym i poszli na spacer. Następnego dnia poszli na fajf i tak dobrze im się tańczyło, że po kolacji wybrali się na dansing. Człowiek-orkiestra (perkusja i podkład z komputera, akordeon plus wokal) śpiewał im gibankę: „Przeżywają drugą młodość – tańczą/Ukrywają losu srogość – tańczą/Mają na to trzy tygodnie – tańczą/Czują się niezwykle modnie – tańczą”. I romans gotowy.

Tylko 15 proc. respondentów w badaniach prof. Izdebskiego przyznało, że w sanatorium mieli kontakty seksualne (patrz wykres obok). Stali obserwatorzy życia sanatoryjnego są jednak zdania, że ten wynik jest zaniżony, że nie wszyscy, nawet przy badaniu anonimowym, przyznają się. Jest też zapewne spora grupa tych, którzy chcieli, mogli, ale wycofali się w obawie, że im nie wyjdzie lub rzeczywiście im nie wyszło.

Jedna czwarta badanych przyznała, że ma zaburzenia erekcji – objaśnia prof. Izdebski. – Ale z tej liczby tylko 5 proc. leczy te zaburzenia. Jednocześnie zdecydowana większość przyznaje, że życie seksualne jest dla nich ważne. Stąd jeszcze jeden wniosek: w Polsce potrzeba edukacji seksualnej nie tylko nastolatków, ale wszystkich, w różnych fazach życia. Lekarze, głównie kardiolodzy, nie doceniają wartości zdrowotnych seksu, nie dostrzegają, że to bardzo ważna forma rehabilitacji.

Najbardziej jednak niepokoją prof. Izdebskiego odpowiedzi na pytanie o bezpieczeństwo aktywności seksualnej (patrz: wykres). Tylko co siódmy kuracjusz zawsze używa prezerwatywy, połowa – nigdy. HIV jest dla nich tematem abstrakcyjnym, wielu wierzy, że użycie prezerwatywy jest grzechem. – Raport obala mity na temat funkcjonowania w sanatoriach mężczyzn – twierdzi prof. Zbigniew Izdebski. – Ja sam w sierpniu 2007 r. przed rozpoczęciem badań miałem wrażenie, że seksu jest tam więcej.

Może na wynik badań wpłynął fakt, że poddano im tylko mężczyzn. Inspektor Świątkowska z Domu Zdrojowego twierdzi, że panie wykazują więcej inicjatywy niż panowie. To wszystko, co tutaj robię, jest wycięte z życiorysu – usłyszała niedawno Świątkowska od pani, która zamknęła się w trzyosobowym pokoju z partnerem i prawie do rana nie otwierała drzwi dwóm współlokatorkom. – To one częściej zdradzają niż mężczyźni – twierdzi Świątkowska.

Pewna dobrze zakonserwowana, w okolicach sześćdziesiątki, pełnopłatna pani (to znaczy taka, która za swój pobyt płaci pełną stawkę) przyjeżdża tu kilka razy w roku i zawsze, niemal od początku pobytu, jest w towarzystwie – za każdym razem innego – opiekuńczego pana. Inna pełnopłatna pani, latem, czekała trzy czy nawet cztery turnusy (po 21 dni), aż wreszcie poznała odpowiedniego partnera. Toteż prof. Izdebski planuje kolejne badania. Tym razem „Kobiety jako kuracjuszki w sanatorium”.

Tymczasem pan Adam z Poznania (stawy kolanowe) kupił za dwie dychy kompakt „Zakochani w Ciechocinku”. Kiedy będzie wracał do domu swoją Skodą, włoży płytę do odtwarzacza i sanatoryjny zespół zaśpiewa mu: „Do widzenia, Ciechocinek do widzenia/Jeszcze słyszę gdzieś w oddali tężni szum/Do widzenia, Ciechocinek, do widzenia/Ja powrócę jeszcze kiedyś tutaj znów”.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Mury Granady. Co zachwyca w Andaluzji

Gdy w Polsce zimno i plucha, tylko niespełna trzy godziny lotu dzielą nas od Andaluzji, gdzie cieszyć możemy się promieniami słońca i niezwykłymi zabytkami.

Paweł Moskalewicz
10.10.2019
Reklama