Klasyki Polityki

To nieprawda, że Elvis nie żyje

To nieprawda, że Elvis nie żyje

Zygi Szymański – Elvis z Australii Zygi Szymański – Elvis z Australii Stanisław Ciok / Polityka
Gdyby żył, 8 stycznia Elvis Presley obchodziłby swoje 84. urodziny.
Ryszard Peszko – Elvis z WarszawyStanisław Ciok/Polityka Ryszard Peszko – Elvis z Warszawy
Krystian Maliszewski – Elvis z PabianicStanisław Ciok/Polityka Krystian Maliszewski – Elvis z Pabianic

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA sierpniu 2002 r.

Jeśli Elvis Presley naprawdę nie żyje, to kto wczoraj w południe śpiewał „Love Me” w łódzkim bloku? Kto kojącym głosem zapewniał ochroniarza z Poznania, że „That’s All Right?” Kto przemierza pabianickie ulice Fordem Thunderbirdem, rocznik 1973?

Elvis pabianicki

Jeśli zobaczycie Elvisa spacerującego po Pabianicach, będzie to znak, że zepsuł mu się samochód albo że właśnie ma wystąpić w noworocznym festynie pod pomnikiem na rynku. Bo Elvis nie chodzi, chociaż umie. Z klatki schodowej wielkopłytowego bloku, gdzie mieszka z mamą, wsiada prosto za kierownicę. Na stacjach benzynowych czeka aż mu naleją do pełna i przetrą szybę, płaci za benzynę przez otwarte okno. Elvis boi się o swoje wypielęgnowane, dwucentymetrowe paznokcie.

Wszyscy mówią Elvis, tylko mama, artystka plastyczka, nie zapomina, że jej syn to Krystian Maliszewski, lat osiemnaście, licealista. Kiedyś mały Krystian ułożył skoczną piosenkę, wykonał ją w dużym pokoju, a mama powiedziała: to może być rock and roll. To zdanie oraz kaseta wydana na dziesiątą rocznicę śmierci Elvisa Presleya ukształtowały Krystiana. Poszedł do pabianickiego znawcy presleyizmu i usłyszał: weź jeszcze raz szklankę z herbatą, mój Boże, trzymasz ją jak Król. Gdy zdecydował, że będzie Elvisem, zaniepokojony tata, muzyk po kulturoznawstwie, próbował zainteresować go alternatywnymi gatunkami muzycznymi, nawet okultystycznym thrash metalem.

Ale syn i tak został Elvisem. Wkrótce poznał innych Elvisów.

Elvis łódzki

Wczoraj do Krystiana zadzwonił Adam Kucharski, Elvis z Łodzi, i puścił mu przez telefon nową aranżację „A Little Less Conversation” nagraną z prawdziwym głosem Króla przez jakiegoś londyńskiego didżeja. Obecnie to wielki przebój. Rozmówcy na linii Łódź – Pabianice utrwalili się tylko w przekonaniu, że Elvis jest najlepszy, skoro nawet nie żyjąc deklasuje rywali na listach przebojów. – Nieraz po to umiera ktoś, aby się narodzić – stwierdził Elvis z Łodzi o swoim pierwowzorze. Elvis z Pabianic podziwia łódzkiego. Łódzki jest dłużej na rynku elvisowym w Polsce, ma wygląd, ma głos i nie musi farbować włosów, bo ma kruczoczarne jak sam Król. Gra na gitarze z rockandrollową manierą, czyli ostro i chropowato.

Adam Kucharski i jego menedżer Tomek siedzą na wersalce w łódzkim mieszkaniu i oglądają film z Elvisem w roli głównej. Adam co chwila cofa, żeby zwrócić uwagę na stylowe zachowanie idola. Elvis Presley na filmie nie przestając śpiewać kulturalnie całuje dziewczynę z widowni. Elvis z Łodzi dostał na to pozwolenie od żony, byleby tylko całował z podobną kulturą i niewinnością. Adam, jego żona i menedżer muszą rozgraniczać rzeczywistość na scenie i poza nią, bo Adam jest Elvisem zawodowo, tak zarabia na życie. W szarej codzienności Elvis ma 37 lat, pomaga ojcu w firmie budowlanej, chodząc ulicami grzywkę nosi opuszczoną na czoło, aby uniknąć obciachu. Scenicznie odnajduje się na przełomie lat 60. i 70.

Zespół nadaje beat, Adam robi trwający godzinę i dwadzieścia minut show wart cztery tysiące plus koszty dojazdu. – Muzykę mam w sobie, ruchy też – zapewnia i pokazowo wykonuje „Love Me” na tle fototapety przedstawiającej jesienny las. Głos Elvisa płynie przez otwarte drzwi balkonowe na ulicę. Dla lepszego efektu można czasem naoliwić gardło małym piwkiem.

Pierwsza usłyszana piosenka Króla wywarła kiedyś na Adamie wrażenie porównywalne z rąbnięciem w głowę. – To śpiewa Elvis Presley, król rock and rolla – wyjaśniła mama. Następne rąbnięcie w głowę: letni dzień, w radiu powiedzieli, że Elvis umarł. A potem, po latach, scena w klubie na japońskiej wyspie Okinawa: Elvis z Łodzi przez pół roku udowadniał, że Elvis z Memphis żyje. Japończycy i amerykańscy żołnierze z miejscowej bazy byli Adamem zachwyceni.

Elvis zwielokrotniony

– Kurde, to nie do wypowiedzenia, Elvis nie musiał śpiewać, wystarczyło, że się pojawił. Nie musiał rwać panienek, bo same na niego leciały. No, a poza tym ten jego murzyński głos – zachwyca się Rysiek Peszko, lat 39, Elvis z Warszawy, który kiedyś handlował meblami, a obecnie sprzedaje prasowe ogłoszenia. Rysiek siedzi na tyłach sceny w Mrągowie, ubrany w skóry od stóp do głów zupełnie jak Król w 1968 r. Na scenie Pikniku Country występują Elvisi, bo to koncert „Elvis żyje w Polsce” wymyślony przez Marię Szabłowską, dziennikarkę i wielbicielkę rock and rolla, a tu Rysiek, mimo że ma podpisany kontrakt na bycie Elvisem w Szwajcarii i własnym sumptem wydał płytę, nie zaśpiewa. Jurorzy powiedzieli, że za mało jest medialny. „It’s Now Or Never” śpiewa więc dla kilku słuchaczy swym pięknym elvisowym głosem i dodaje: szołbiznes jest pojebany.

Zanim doszło do koncertu, Maria Szabłowska i panowie ze stołecznego fanklubu Elvisa Presleya „Raised On Rock” obejrzeli i wysłuchali kilkudziesięciu kandydatów w kategoriach „wyglądam jak Elvis”, „śpiewam jak Elvis” oraz w obu naraz. Pomysłodawczyni mówi, że paradoksalnie okazało się, że im dłużej Elvis nie żyje, tym bardziej żyje. Pomijając tych, którym się jedynie wydawało, że są Elvisami, na przesłuchanie zgłosili się nawet przypominający i zachowujący się jak Król emeryci, a Rafał Kuliński, prezes fanklubu, postulował poszerzenie formuły konkursu o kobiety-Elvisów. Ostatecznie na mrągowskiej scenie stanęło do konkursu sześciu Elvisów męskich, od jedenastolatka do Zygi Szymańskiego z Australii, który para się elvisowstwem od 1977 r.

– Jestem najlepszym polonijnym Elvisem – przedstawia się Zygi Szymański, lat 52, prywatnie właściciel firmy ochroniarskiej w Melbourne. Zygi, czyli Zygmunt. Naśladuje Elvisa z końcowego etapu kariery, kiedy utył, szył sobie szerokie stroje z cekinami i nosił wielkie okulary przeciwsłoneczne. W Internecie Zygi zamieszcza wspomnienie z pierwszego koncertu, który odbył się cztery dni po śmierci Króla: „Zygi po raz pierwszy zaśpiewał dwie piosenki Elvisa, które publiczność (ku jego zdziwieniu) przyjęła z wielkim entuzjazmem, musiał bisować i bisować”. Zygi brał udział w spotkaniu Elvisów na Hawajach, występował na Bali, gdzie widziało go dwa tysiące ludzi. – Myślałem, że to już TO – zwierza się.

Zygi Szymański jest zawodowcem, ma napięte terminy. Nagrał trzy płyty, występował w telewizji i radiu, dziś zaśpiewał w Polsce, a jutro musi już być w Kanadzie. Grał koncerty na pomoc polskim powodzianom i charytatywnie dla dzieci. Wcale go nie peszy tak duże nagromadzenie Elvisów w jednym miejscu, chociaż woli być jedynym Elvisem wieczoru. Mama Arka Witkowskiego, Elvisa z Gdańska, widziała koncert Zigi’ego 20 lat temu w Australii. Arek, lat 29, wrócił z Australii do Polski po 10 latach i śpiewa w zespole rockandrollowym. Mimo że bazą muzyczną zespołu jest Elvis, Arek nie jest ortodoksem, nie ma Elvisa wypisanego na czole, specjalnie na Mrągowo zapuszczał baczki. A jak już zapuścił, zatańczył i zaśpiewał, to okazało się, że ma Elvisa we krwi.

Elvis dobrotliwy

Kiedy Wojciech Janusz, malarz z Poznania, będzie umierał, przyjdą po niego we śnie tata i Elvis. Do tej pory przychodził Elvis bez taty, więc wszystko z panem Wojtkiem w porządku. Przychodził i trzy razy ściskał za piętę na znak, że to on, Elvis Presley, Król rock and rolla.

Czterdziestoczteroletni Wojciech Janusz, do malarstwa dorabiający jako ochroniarz w supermarkecie, nie jest do Elvisa podobny, nie za bardzo zna się na jego twórczości, ale namalował już ze czterysta portretów Króla. Zaczęło się, gdy miał 11 lat – siostra wklejała fotosy do specjalnego zeszytu, a brat opisowo ruszał biodrami i machał łapą jakby grał na gitarze. Elvis, Król – tłumaczyli.

W 1977 r. Wojtek przeżył swoje największe doznanie duchowe związane z Elvisem. – Umarł wtedy dla świata, a dla mnie się narodził – mówi. To było w więzieniu, Wojtek z kolegą rąbnęli pół kilo złota, dostali cztery i pół roku. W celi grało radio i szybko okazało się, że istnieje tajemniczy związek piosenek Elvisa ze szczęściem Wojtka. Kiedy tylko Król śpiewał, Wojtek dostawał paczkę albo miał widzenie. Jeśli długo nie nadawali Elvisa, Rysiek, kolega z celi, musiał Wojtka emocjonalnie reanimować: skakał na pryczę, stawiał kołnierz państwowego ubrania, kręcił biodrami i krzyczał do kremu do golenia jak do mikrofonu. Wtedy prasa publikowała wiele fotosów zmarłego, na każdym zdjęciu Król był piękny i miał spokój w oczach. Tchnął dobrocią.

Elvis długo nie śpiewał w radiu, więc Wojtek nie miał żadnych szans na wyjście warunkowe. Oznajmił w celi, że jeśli Elvis da mu znak, to na pewno wyjdzie na wolność. W dniu, w którym stawał przed komisją, Elvis zaśpiewał, chyba było to „Love Me Tender”. Kolega z celi ryczał jak bóbr: to jest ten znak! Wojtkowi przyznali warunkowe. – Biegłem do celi płacząc, rzuciłem się na kolana przed radiolą i krzyczałem: dzięki ci Królu! – mówi Wojciech Janusz. – Odtąd Elvis mnie prowadzi przez życie.

Zawsze kiedy Elvis przychodzi ubrany w strój estradowy z końca lat 60., siada koło wersalki w pokoju. Kariera plastyczna Wojtka, wywiady i wystawy, zaczęły się właśnie od takiej wizyty – Elvis prosił Wojtka, żeby malował jego portrety ku radości ludzi. Wojtek nawet nie wiedział, że potrafi trzymać pędzel.

Ostatnio Elvis Presley długo nie odwiedzał Wojciecha Janusza. Czasem ukażą się Jim Morrison, Humphrey Bogart, Marilyn Monroe. Smutno tak bez Elvisa.

Elvis odtwórczy

I pomyśleć: mimo iż wszystkie biografie piszą, że kiedy Elvis był mały, chciał dostać gitarę, on chciał rower, mówi Krystian Maliszewski, Elvis z Pabianic. Gdyby mu kupili ten rower, mogłoby nie być legendy.

Krystian Maliszewski nie wyłącza komórki, bo w każdej chwili mogą zadzwonić koledzy z zespołu, którzy koncertują na Wybrzeżu, żeby do nich wpadał. Tak to jest: zespół gdzieś gra i chwali się, że ma Elvisa w Pabianicach. Czasem jest zapotrzebowanie, Krystian pakuje do walizki strój w stylu późnego Presleya uszyty przez babcię i rusza pociągiem w dal jak w archetypie bluesowego śpiewaka. Śpiewa na festynach albo na prywatnych imprezach, ostatnio w zakładach mięsnych, gdzie gośćmi były same VIP-y. Pociągiem, bo Ford Thunderbird ma pojemność silnika sprzed kryzysu paliwowego i potrzebuje 60 l benzyny na setkę. To ten sam egzemplarz, który przybył do Polski jako prezent dla kardynała Stefana Wyszyńskiego. Kardynał nigdy w nim nie siedział, za to fajnie w nim wygląda Elvis z Pabianic. Kiedyś stanął na światłach i zagapił się na niego ochroniarz z dyskoteki. Zapaliło się zielone, a ochroniarz krzyczał nabożnie za Thunderbirdem: – Elvis, ty żyjesz!

Krystian ma dokładnie te same wymiary co Elvis Presley. Wygląda i zachowuje się jak Elvis, włosy już same układają mu się w kaczy kuper z nawisem nad czołem, wszyscy mówią do niego Elvis, a tu Elvis czuje się Krystianem. – Może go przypominam i zachowuję się jak on, ale jestem sobą – oznajmia. Tak samo Elvis z Łodzi nie ma wątpliwości, że jest Adamem Kucharskim. Odtwarzam postać Elvisa, mówi o sobie.

Właściwie z każdym Elvisem jest ten sam problem: im większe odnosi sukcesy imitując Króla, tym bardziej chce być rozpoznawany jako artysta z własnym nazwiskiem. Dlaczego nie wymyśli własnego wizerunku oraz repertuaru? Zygi Szymański wyjaśnia kładąc upierścienione ręce na piersiach: – Bo Elvis jest w nas.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Schematy z rodzinnego domu

Małżeństwo: jak odgrywamy w nim role wyuczone jeszcze w dzieciństwie.

Agnieszka Paczkowska
04.08.2015
Reklama