Klasyki Polityki

Uwagi o samotności

Czym jest samotność?

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 7 lutego 2004 r.

1. Wyższość samotności nad nie – samotnością polega na tym, że jest ona (samotność) prawdziwa. Jak człowiek jest samotny, jak jego samotność jest ewidentna, widzialna, całodobowa i ściśle pojedyncza – to jest w tym prawda. W nie – samotności takiej prawdy nie ma, bo przecież nawet ekstremiści nie – samotności miewają chwile samotności. W tym znaczeniu każda nadzieja na zażegnanie samotności jest wewnętrznym przyzwoleniem na rezygnację z prawdy, czyli na kłamstwo.

2. Samotność – słowo klucz poprzedniego stulecia, które wydało „Sto lat samotności”, „Samotność długodystansowca”, „Samotność we dwoje”, „Samotny tłum”, „Zosię Samosię”, „Samoobronę” i tysiąc innych samotności. „Takie wielkie miasto, a ja taka samiutka” – powiada jedna z postaci Hrabala. List i wywiad z typową „samiutką z wielkiego miasta” drukują ostatnie „Wysokie Obcasy”. Tytuł materiału: „Salsa dla samotnej”. „Salsa to dobry taniec, bo nie potrzeba partnera”.

3. Czym jest samotność? Dokładniej: czym jest według mnie samotność? Albo inaczej: jaki jest – według mnie – konieczny, wystarczający i kanoniczny warunek samotności? Otóż konieczny, wystarczający i kanoniczny warunek samotności jest według mnie taki, żeby nikt do mnie nie gadał. Wybór samotności jest wyborem ciszy albo wyborem takich nadawców, których arbitralnie i natychmiastowo mogę uciszyć. Należą do nich radio, telewizor, adapter i w pewnym sensie telefon. Innych nadawców unikam, jak mogę.

4. Fragmenty „Salsy dla samotnej”. „Wstaję o godzinie 6.15, prysznic, makijaż. Ubieram się i jadę do szkoły. Wracam o 14–15, jem obiad, idę na spacer. Potem trochę popiszę na komputerze, przygotuję się do pracy, poczytam. We wtorki, czwartki i soboty mam basen, w poniedziałki – salsę. Ale wieczorkiem chciałabym gdzieś wyjść... W sobotę jest jeszcze co zrobić. Budzę się, włączam »Trójkę«, jem owoce w łóżku i idę po zakupy. Poczytam gazetę, posprzątam. No, ale niedziela jest fatalna. Najgorsza. Nikt nie ma czasu, nikt się nie spotka, nie zadzwoni nawet, bo niedziela to dzień dla rodziny. (...) Oglądanie wystaw, gdy nie można się podzielić wrażeniami, też za bardzo nie jest przyjemne. (...) Ile można samemu chodzić po parku albo jeździć rowerem? Mam teraz swój najlepszy czas, jestem wolna przed trzydziestką, kilka razy w tygodniu chciałabym gdzieś wyskoczyć i nie mam z kim”.

5. Pewnie – a nawet nie pewnie, a z całą pewnością – nie tylko ja czytam te kawałki ze ściśniętym sercem, nie tylko ja rozumiem, co znaczy czarna i absolutna, też w sensie dosłownym, bezwyjściowość niedzieli, gorycz nieskończonych spacerów po wymarłym w weekend mieście, trupi blask witryn zamkniętych sklepów, dygot serca, kiedy po porannej kawie i lekturze gazety dzień już w zasadzie dobiegł końca, choć obiektywnie i zbytecznie dopiero się zaczyna. Prawda samotności ma upiorne dekoracje.

6. Samotność rozumiana jako nieobecność drugiego człowieka, jako głód drugiego człowieka, jako tęsknota za drugim człowiekiem, jako egzystencjalne niespełnienie jest, ma się rozumieć, przykra. Jest prawdą, ale jest to prawda trudna do zniesienia. Ale gorsze od głodu jest oszukiwanie głodu. Ale gorsze od tęsknoty jest frajerskie zapewnianie samego siebie, że już się nie tęskni. Ale gorsze od prawdziwego niespełnienia jest spełnienie pozorne. O te wszystkie fiaska niepojęcie łatwo, bo jak pod wieczór kolejnej czarnej niedzieli aura się samobójczo zagęści, łatwo w tej gęstwinie cień postaci wziąć za prawdziwą postać, echo słów za rozmowę, przypadkowy trop za wymowny znak. I wreszcie, wreszcie jest to, o czym się latami marzyło: wreszcie jest gdzie wyjść i wreszcie jest z kim wyskoczyć wieczorkiem. I się wychodzi i się wyskakuje. Tyle że na ogół tam, gdzie się wychodzi, i tam, gdzie się wyskakuje, jest dopiero strasznie. A ten, z którym się poszło, to dopiero debil. Prawda samotności ma upiorne dekoracje. Ale zmiana dekoracji nic w życiu nie daje.

7. „Prawdziwa samotność raz i definitywnie wybrana – wynagradza”, Czesław Miłosz. Nie każdy jest Miłoszem. Ale próbować można.

8. Liczne napływające na mój konkurs opowiadania są świadectwem samotności i są rezultatem samotności. W pisaniu, w ogóle w uprawianiu sztuki bez samotności, bez świadomie wybranej samotności, bez kultu samotności nie dojdzie się do niczego. Owszem, jest to trudne, ale prawdziwa samotność jest jak każdy Wielki Głód: niebywale wyostrza zmysły. Widać każdy szczegół, słychać każdy szept. Samotność prowadzi do twórczości. Twórczość ratuje przed samotnością. Splot ten jest nieusuwalny.

9. Przeciwieństwem samotności jest – w moim rozumieniu – jak ktoś do mnie bezkarnie gada. A gadają wszyscy, gada całe miasto, gada cały świat. Nieustannie ktoś zagaja bez sensu, ktoś się zwierza, pyta, opowiada historie bez perypetii, bez pointy i bez humoru. Nieustannie słyszę głosy, języki, słowa i zdania. Toteż wybieram mało uczęszczane ulice, wyludnione knajpy, milczących taksówkarzy i puste przedziały.

10. Unikam – powtarzam – nadawców, których nie mogę natychmiast skasować. Jak się trafi ktoś, kogo uniknąć żadną miarą nie daję rady, rozwiązuję problem w ten sposób, że wpierw wchodzę z nim w więź bliską, a nawet intymną, a następnie korzystając z owej więzi zmuszam go, by cały czas trzymał mordę zamkniętą na kłódkę. Nie jest to żaden cynizm, ale finezyjna lekcja. On ma mordę zamkniętą na kłódkę i w oczach jego wzbiera coraz wyraźniejsza i coraz rozpaczliwsza tęsknota. Jest to najszlachetniejsza z tęsknot. Tęsknota za samotnością mianowicie. Tęsknota za prawdziwą samotnością. Tak. W jego oczach wzbiera wiedza, że samotna jazda rowerem po parku to może nie jest wszystko, ale bywa dużo.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama