Klasyki Polityki

Nil desperandum

Nie ma co rozpaczać, wszystko jest możliwe.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 28 lutego 2009 r.

„Nil desperandum” – „Nie trzeba rozpaczać” – tymi słowami pociesza w „Pieśniach” Horacy przyjaciela Planka, który zraził się ostatecznie do rzymskiego życia politycznego i wyroków losu. Z biegiem wieków sens sentencji się rozszerzył i zaczęła ona perswadować: „Nie ma nic straconego” – w tym znaczeniu używa jej Władysław Reymont w trylogii „Rok 1794” lub, jeszcze powszechniej (jak u Borisa Viana): „Nie ma co rozpaczać, wszystko jest możliwe”. Możliwa jest na przykład (co bardzo by mi się przydało) wygrana w totolotka. Jest to jednak przykład pokrętny. Oczywiście, że wypełniając kupon mam jedną szansę na ileś tam milionów. Skądinąd jednak skreśla pracowicie cyferki właśnie ileś tam milionów, więc obiektywna, zbiorowa, narodowa szansa na wygraną (czyjąś wygraną) jest omal jak jeden do jednego. Innymi słowy, moja wygrana w totolotka byłaby dla mnie subiektywnie wydarzeniem niebywałym; jednak wygrana w totolotka jako taka jest sama w sobie rzeczą banalnie cotygodniową. Fakt, że „wszystko jest możliwe” i z tego powodu nil desperandum poświadczony być więc może tak, by przekonująco i mnie, w moim jednostkowym bycie, dawał nadzieję, tylko przez zdarzenie indywidualne, cud w tym rozumieniu cudowny, że wykraczający poza wszelkie reguły rachunku prawdopodobieństwa. Ot, że na przykład Pałac Kultury i Nauki, jedyny skądinąd autentyczny zabytek w Warszawie, wywróci się do góry nogami, stanie na iglicy i zamacha beztrosko Salą Kongresową na wiosennym wietrze. Ktoś powie, że to niemożliwe, a jednak się zdarzyło. Może nie w bezpośrednim odniesieniu do Pałacu Kultury i Nauki, ale w równym poniżeniu rachunku prawdopodobieństwa, jakim by była taka niebywała pałacowa akrobacja.

Oto 6 lutego bieżącego roku (co ujawniono z dziesięciodniowym opóźnieniem, bo najstarsze chłopy nie mogły w to uwierzyć) na Oceanie Atlantyckim dwieście metrów pod jego powierzchnią francuska atomowa łódź podwodna „Triomphant” zderzyła się z angielską atomową łodzią podwodną „HMS-Vanguard”. Śpiewał kiedyś, zachęcając do spożywania napojów wyskokowych, Włodzimierz Wysocki: „Poszli na dno, kak podwodnaja łodka”. Ale, na miły Bóg, tu nie o pół litra chodzi. Powierzchnia Oceanu Atlantyckiego wynosi ponad 106 mln km kw. Jeśli podzielić go na plasterki co pięćdziesiąt metrów, tak żeby jeden okręt podwodny mógł przepłynąć nad albo pod drugim, przyjmując zaniżoną średnią głębokość dwóch kilometrów, będzie to już 4240 mln km kw., czyli bezmiar, kosmos i niewyobrażalność. I w tym kosmosie dwa nasze dzielne okręty, oba z głowicami nuklearnymi na pokładzie, znalazły sposób, żeby się znaleźć, stuknąć i sojusznik sojusznika uszkodzić. Czym przy tym igła w stogu siana, do której co najwyżej sięga nasza wyobraźnia, cóż jeden Chińczyk pośród półtora miliarda Chińczyków, cóż ziarnko w korcu maku, o mojej wygranej w totolotka nie wspominając...

A przecież pionowe i poziome wymiary Atlantyku to tutaj jeden tylko aspekt sprawy. Oba okręty naszpikowane były wszakże elektroniczną aparaturą jakości sto razy wyższej od najwyższej. Sonory, radary, komputery tysięcznej generacji – jak je zwał, tak zwał. Faktem jest, że i „Triomphant”, i „HMS Vanguard” pływając po Morzu Północnym mogły jednocześnie, jeden i drugi, dzięki satelitom, które zakryły gwiazdy (Kant powiedziałby dzisiaj: „Sputniki nade mną i porządek moralny we mnie”, ale do czego by go to doprowadziło?) obserwować lot jaskółki z Tahiti w kierunku Nowej Zelandii. Tyle że siebie nawzajem, swoich tłustych stalowych cielsk nie zaobserwowały i nie odkryły. Jak to być może? Admiralskie nieskazitelnie białe mundury wyjaśnią nam już w ciągu najbliższych tygodni, że był to właśnie wielki sukces technologii militarnej. Bo jaskółka jest głupia. Lata to sobie i daje się wyśledzić byle komu. Natomiast nasze antysonory, antyradary, antykomputery tysięcznej i pierwszej generacji osiągnęły tę doskonałość, że i „Triomphant” i „HMS-Vanguard” były niewidzialne nawet same dla siebie. O resztę się nie troszczcie i miejcie pełne zaufanie do waszych sił zbrojnych. Ktoś czuwa, żeby spać mógł ktoś. Szerzej rzecz ujmując, nasza technologia jest na najwyższym, nieomylnym poziomie, a kto tego nie rozumie, ten wariat.

Wolna telewizja tego nie pokazała, ale niesforni dziennikarze utrwalili na kliszach, jak do szkockiej bazy Faslane wpływał „HMS-Vanguard” z mocno powgniatanym kadłubem, zaś do bazy na Ile-de-Longue wlókł się eskortowany przez fregatę niezatapialny „Triomphant”. W podmuchu wiatru Sala Kongresowa odłączyła się od pałacowego korpusu, odleciała w dal i zawirowała nad Teksasem, gdzie obserwatorzy amatorzy, a także wyspecjalizowane teksańskie placówki naukowe upewniły się w istnieniu UFO. Potem wprawdzie Pałac Kultury (acz już bez Sali Kongresowej) przestawił się do poprzedniego pionu, w niczym jednak nie mogło to już umniejszyć mojej radości. „Triomphant” to znaczy „Zwycięzca”, „Triumfator”; „Vanguard” przetłumaczyć można jako „Awangardzista”, „Najnowocześniejszy”. No i stuknął „Najnowocześniejszy” „Triumfatora” albo „Triumfator” „Najnowocześniejszego”. Kto kogo albo kogo kto wyjaśnią odpowiednie kompetentne komisje, które już powołano, a które dają sobie parę miesięcy do namysłu i jeżeli nie stwierdzą, jak przewidują, że był to triumf militarnej i technicznej myśli XXI w., będą musiały uznać fakt, że wszystkiemu winne układy i Lew Rywin.

Ekolodzy płaczą już oczywiście, że oba okręty miały na pokładach głowice atomowe, więc gdyby „Zwycięstwo” puknęło mocniej w „Nowoczesność” albo „Nowoczesność” w „Zwycięstwo”, mogłoby być nieprzyjemnie. Nawet sympatycznie konserwatywne „Figaro” straszy ewentualnością „wycieku radioaktywnego”. Dobry to przykład negatywnego i defetystycznego spojrzenia na świat. Zawsze suponować najgorsze, postrzegać w zdarzeniach tylko drugorzędny aspekt negatywny, nie zostawiając miejsca dla szczęścia i nadziei.

A ja się właśnie cieszę, raduję i łykam optymizm wielkimi haustami. Okazało się przecież, że co niemożliwe, jedno na milion, jest jednak możliwe. I to jest już dzisiaj fakt, któremu nie da się zaprzeczyć. W takim zaś razie nil desperandum – wszystko jest możliwe. I to, że wspaniała trąba powietrzna odniesie Kaczory gdzieś (życzę im wszystkiego najlepszego) na bezludną wyspę, pełną kokosów i ananasów, że ojciec Rydzyk odwoła krucjatę, a poseł Jarosław Gowin zamilknie. Wszystko jest możliwe od czasu, kiedy „Triumf” puknął się z „Najnowocześniejszością”. A tak się właśnie stało. Nil desperandum!

Polityka 9.2009 (2694) z dnia 28.02.2009; Stomma; s. 96
Reklama

Czytaj także

Kraj

Polityczna historia polskiego Kościoła: od Wyszyńskiego do Jędraszewskiego

Stanisław Obirek, profesor nauk humanistycznych, teolog, antropolog kultury, historyk, były jezuita.

Joanna Podgórska
12.09.2021
Reklama