Klasyki Polityki

Hulajnoga, hulaj dusza

Jako dumny posiadacz ważącego dokładnie 2,76 kg modelu JDBUG, a dziecko już tylko mentalnie, muszę z godnością i kulturą osobistą znosić rozliczne pukania się w głowę, gdy mijam warszawskich pieszych i samochody. Jako dumny posiadacz ważącego dokładnie 2,76 kg modelu JDBUG, a dziecko już tylko mentalnie, muszę z godnością i kulturą osobistą znosić rozliczne pukania się w głowę, gdy mijam warszawskich pieszych i samochody. Leszek Zych / Polityka
Dziś w kilku miastach Polski można wypożyczyć elektryczne hulajnogi, ale dopiero niespełna 20 lat temu tak naprawdę polubiliśmy ten sprzęt.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA we wrześniu 2000 r.

W USA, Australii, Japonii i Europie Zachodniej producenci nie nadążają z dostawami. W Kalifornii klienci czekają w kolejkach już przed otwarciem sklepów. Idąc po Manhattanie, przez centrum Londynu lub Berlina trzeba uważać na śmigających we wszystkie strony maniaków najnowszego światowego szaleństwa. A raczej bardzo starego, tylko podanego w wersji na miarę XXI wieku – poczciwej hulajnogi. Wariactwo dociera powoli do Polski.

Zaczyna się tak samo. Widzisz człowieka mknącego na czymś dziwnie wyglądającym, co przy bliższym wejrzeniu okazuje się wspomnieniem z dzieciństwa. Tylko że tamta hulajnoga była duża, ciężka, niezgrabna, często samoróbka zmontowana ze skrzynki po jabłkach i kija od szczotki, no i jeździły na niej szczeniaki. Sprzęt ten był uwłaczający dorosłości już jedenastolatka. Teraz mignie przed tobą dobrze ubrany 40-latek, zaś jego maszyna to prawdziwy cud techniki. Błyszcząca deska z superlekkiego kosmicznego metalu, wściekle kolorowe przeciwwstrząsowe kółeczka, takież uchwyty kierownicy. Najpierw dostajesz niepohamowanego ataku śmiechu, a potem dochodzisz do wniosku, że w zakorkowanym do nieprzytomności mieście jest to prawdziwie genialny wynalazek.

Bo hulajnogę tę w piętnaście sekund możesz złożyć do rozmiarów teczki. Z rowerem nie wejdziesz do sklepu, kina czy biura. Z rolkami to samo. Trzeba by za każdym razem się przebierać. A hulajnoga, proszę bardzo, kilka chwil i twój środek transportu ląduje pod pachą albo w torbie. I nawet kompletna oferma posiądzie sztukę jazdy w trzy minuty. Frajda jest z tego nieprzytomna. Aż się człowiek pali, żeby zaofiarować rodzinie skok do sklepu po zapomniany chleb. No i jak się cieszysz, kiedy inni na twój widok się cieszą tak, jak ty się cieszyłeś na widok innych. Nawet jeśli ktoś ma za daleko do pracy lub szkoły – bo jednak po paru kilometrach nogi zaczynają pobolewać, to można uprawiać transport kombinowany. Pojechać samochodem do centrum, a dalej już załatwiać sprawy w kolejnych punktach na hulajnodze. Albo podjechać parę przystanków autobusem lub kolejką i przesiąść się na ulubioną zabawkę.

Hulajnoga zbliża pokolenia. Na Zachodzie jeżdżą dzieci od 3 do 80 roku życia. Na hulajnogach uganiają się deputowani po korytarzach Bundestagu. Jeżdżą pielęgniarki długimi szpitalnymi korytarzami. Studenci dojeżdżają na uczelnie. Japiszony do pracy. Dzieciaki do szkoły.

Od korków się zaczęło. Wkurzony berliński inżynier Sieghart Straka zbudował siedem lat temu prototyp dzisiejszego przeboju, by szybko i bezproblemowo dojeżdżać do pracy. W 1995 r. pokazał Ciro, jak nazwał swoją hulajnogę, na zjeździe inwestorów w Norymberdze. W tym samym czasie nad swoją wersją pojazdu pracował Szwajcar Wim Ouboter. Panowie nawet się spotkali i przez czas jakiś pracowali razem, ale kiedy drogi ich się rozeszły, Szwajcar okazał się szybszy rozpoczynając produkcję. Jego dwukołowy model Micro stał się natychmiastowym klasykiem gatunku i zaczął podbijać świat. Najpierw w zeszłym roku moda opanowała Japonię, później Australię. W październiku rozpoczęła się inwazja na Wyspy Brytyjskie, dziś największy rynek hulajnogowy w Europie. Na ubiegłorocznych targach rowerowych na Tajwanie hulajnogi zobaczyli Amerykanie. Eksplozja nastąpiła na przełomie zimy i wiosny i dzisiaj eksperci szacują, że do końca roku Amerykanie kupią od dwóch do pięciu milionów „skuterów”, jak je określają. Najpopularniejszy model Razor (amerykańska wersja Micro) kosztuje od 100 dol. (w Europie zazwyczaj jest droższy o 50 proc.), mamy więc do czynienia z interesem wartym przynajmniej 200 mln dol. Sprzedawcy za oceanem mówią, że nie pamiętają takiego szaleństwa. Sceptycy twierdzą, że to fanaberia jednego sezonu, która umrze śmiercią naturalną po Bożym Narodzeniu. Przypominają manię hula-hoop. Ale tamta zabawka była absolutnie niepraktyczna, zaś hulajnogi oprócz dostarczania przedniej zabawy są właśnie niezwykle praktyczne. I dlatego tak pokochali je zabiegani dorośli.

Amerykańskim firmom rowerowym zaczyna brakować części zapasowych, bo produkujące je chińskie fabryki skupione są teraz tylko na produkcji hulajnóg, a i tak nie nadążają z zamówieniami.

Amerykanie natychmiast wypuścili na rynek wersję bardziej luksusową zwaną Xootr (400 dol.). Ma większe kółka, a więc jest szybsza, ma większą deskę, na której mieszczą się obydwie stopy (co jest niemożliwe na Razorze-Micro) i wyposażona jest w ręczne hamulce (w Razorze-Micro hamujemy naciskając błotnik nad tylnym kółkiem). Co ciekawe, nie sprawdziły się przewidywania, że Xootry kupować będą przede wszystkim studenci. Okazało się, że hulajnóg tych najliczniej dosiedli ludzie między 25 i 35 rokiem życia. Typowy jest obraz brokera z Wall Street, który w pędzie kupuje naraz trzy egzemplarze: dla siebie, dla dziecka i dla babci.

Pojawiły się również modele z napędem (co najmniej 600 dol.) spalinowym lub elektrycznym. Wieczorem na Manhattanie trzeba mocno uważać, żeby nie paść ofiarą przytulonej parki, która pomyka na takim stworze. Ale królują Razory (Brzytwy). Już nawet się mówi, że ktoś „brzytwuje” do pracy czy na uczelnię. Hulajnoga pozwala też na mikroobserwacje kulturowe. W Stanach proporcjonalnie częściej niż w Europie jeżdżą na nich dorośli. W Polsce to na razie bardziej zabawa dzieci.

Jako dumny posiadacz ważącego dokładnie 2,76 kg modelu JDBUG, a dziecko już tylko mentalnie, muszę z godnością i kulturą osobistą znosić rozliczne pukania się w głowę, gdy mijam warszawskich pieszych i samochody.

– Mamo, mamo – krzyczą dzieciaki szarpiąc rodzica za rękaw – a na czym ten pan jedzie?

Na hulajnodze – pada odpowiedź i zazwyczaj w głosie da się wyczuć dozę politowania. Albo ktoś wprost zapyta: – Panie, ile masz pan lat? Ale na przykład element trunkowy stolicy pozdrawia mnie z dużą życzliwością. I coraz więcej osób dopytuje się, gdzie to dziwo można kupić.

Warszawski sklep z zabawkami Świat misia Buro rozpoczął sprzedaż Micry na przełomie kwietnia i maja. Poszło na razie około 15 sztuk. To niewiele, ale hulajnoga kosztuje 590 zł, pokaźny wydatek w Polsce, za tę sumę w supermarkecie można kupić nie najgorszy rower. Ale w nadmorskich kurortach widok człowieka na hulajnodze nie należy już do rzadkości.

Pozostaje więc problem, czy jazda na hulajnodze podlega jakimś przepisom. – A na deskorolki są przepisy? – odpowiada pytaniem oficer dyżurny wydziału ruchu drogowego Komendy Stołecznej Policji. – Nie wiem. – No to panu mówię, że nie ma nic o tym w przepisach. Proszę nie jeździć po jezdni tylko po chodniku i mieć baczenie na pieszych.

Trzeba mieć jeszcze baczenie na psy. Z bliżej niewyjaśnionych powodów większość czworonogów panicznie boi się człowieka na hulajnodze. Niejaki Bajkał wpada wręcz w histerię. Ale to może tylko nasze Burki takie zacofane. Amerykanie wpadli na jak zwykle niezwykle praktyczny pomysł i swoje psy po prostu do hulajnóg zaprzęgają.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Skąd się bierze inteligencja

Czy inteligencję mamy z genów, czy ze środowiska.

Magdalena Kaczmarek
14.05.2019
Reklama