Kraj

„Stop aborcji” tango down

Czarny Protest wygrał. Koniec marzeń Kaczyńskiego o władzy nad całym społeczeństwem?

Prawo i Sprawiedliwość / Flickr CC by 2.0
Koniec złudzeń o „demokratyczności” rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Czarny Protest wygrał. Projekt Ordo Iuris został odrzucony 352 głosami, 58 posłów chciało jego wdrożenia. Jarosław Kaczyński po raz pierwszy pochylił głowę przed społeczeństwem i jego różnorodnością. Beata Szydło zapowiedziała pakiet ustaw wyrażających szacunek dla życia (wsparcie dla kobiet „w trudnej ciąży” i rodziców niepełnosprawnych dzieci, kampanię światopoglądową i zarezerwowanie na to wszystko środków w budżecie od 1 stycznia 2017 r.).

Kompromis został utrzymany, choć pewnie szczekaczki Ordo Iuris odtwarzające taśmy o horrendach odbywających się za pieniądze ze składek zdrowotnych się nie zmarnują. Możemy liczyć na program pomocowy 500++ i zapewne specjalne kontrole, komu się należą. Pękający w szwach budżet pęknie jeszcze troszeczkę. Ale kompromis został utrzymany.

Jednak pewnych rzeczy, które zobaczyliśmy, nie da się już „odzobaczyć”. Wczorajszą parodię debaty sejmowej przy okazji drugiego czytania ustawy przygotowanej przez Ordo Iuris wspólnie oglądały uczestniczki Czarnego Protestu, chętnie komentujące wydarzenia na wspólnych stronach. Dla wielu z nas był to szok – pierwsze zetknięcie z procedurami sejmowymi, ale też uświadomienie sobie, że kiedy prof. Krystyna Pawłowicz pisze, iż „episkopat upoważnił PiS do odrzucenia ustawy Stop Aborcji”, to opisuje polskie polityczne realia.

Dla wielu z nas szokiem było skwitowanie przez marszałka Tyszkę (Kukiz’15) wczorajszych protestów Ewy Kopacz – byłej premier, z wykształcenia lekarki. Wystąpiła przeciwko nazywaniu lekarzy z mównicy sejmowej „mordercami”. Wicemarszałek Stanisław Tyszka wyłączył mikrofony w połowie zdania Kopacz, komentując, iż „państwo posłowie z PO i Nowoczesnej robią cyrk z tej izby. Ja tego cyrku tolerować nie będę”.

Szokiem dla wszystkich, także posłów, były naruszenia procedur, przede wszystkim przy zwoływaniu komisji i ekspresowym skierowaniu projektu pod obrady, ale także odmówienie posłom szerszej niż tylko stanowiska klubów debaty.

Zdumiało zamknięcie przestrzeni sejmowej dla obywateli.

Wszystko to było komentowane i odbiło się szerokim echem w internecie. Razem z informacjami o odrzuceniu nie jednego, a dwóch projektów, bądź co bądź obywatelskich, rozwiało wiele pokutujących jeszcze złudzeń o „demokratyczności” rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Najciekawsze dla mnie jednak jest to, że gdy z mównicy schodził po złożeniu wniosku o odrzucenie projektu w całości Jarosław Kaczyński, zawnioskował zarazem o przerwę w obradach „na ochłonięcie”. Tymczasem marszałek Kuchciński prowadzący obrady Sejmu niemal bez potknięcia przeszedł nad tą prośbą do wystąpienia premier Szydło. Czy to rzeczywiście „koniec marzeń, panowie”? Marzeń Kaczyńskiego o bezapelacyjnej władzy nad społeczeństwem? Marzeń o twardym liderze, który się nigdy nie myli?

Bo przecież w końcu to premier Szydło wysłuchiwała skandowanych pod Sejmem i Teatrem Polskim haseł „Beata, niestety, twój rząd obalą kobiety”. To ona ponosi pełną polityczną odpowiedzialność za cudze decyzje, cudze sny, cudze błędy. Może Strajk Kobiet zyskał nieoczekiwaną sojuszniczkę?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama