Polacy kochają defilady. Ponad 100 tys. osób podziwiało wojsko i jego sprzęt
Politycy spuścili z tonu, sojusznicy zrobili niespodziewany prezent. Po święcie wrócą jednak bolesne pytania: co dalej z modernizacją i nakładami na wojsko.
Centralne obchody uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego
Maciek Jaźwiecki/Agencja Gazeta

Centralne obchody uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego

Minął ledwie rok, a czuć było, jakby minęła cała epoka. Od czasu gdy prezydent – konstytucyjny zwierzchnik sił zbrojnych – musiał przypominać, że Wojsko Polskie nie jest niczyją prywatną armią i że nie można różnicować rodzajów wojsk, do przemówień, w których dominowały słowa wdzięczności, szacunku i podziwu za służbę dla ojczyzny. Od wypatrywania gestów znamionujących ostry konflikt do poszukiwania jakiejkolwiek oznaki rozdźwięku między prezydentem a ministrem obrony. A przede wszystkim od tłocznej alei w sercu miasta do szerokiej arterii szczelnie wypełnionej ludźmi. To była defilada zupełnie inna niż wszystkie poprzednie i zapewne rekordowa.

Rekordowa defilada

Mimo obaw o zmianę trasy, wyrażanych także przeze mnie, wybór Wisłostrady zamiast Alej Ujazdowskich okazał się strzałem w dziesiątkę. Prezydent Andrzej Duda twierdził po południu, że defiladę obserwowało 120 tys. ludzi. Takie same informacje podaje MON. Nawet jeśli było trochę mniej, choć mogło być równie dobrze trochę więcej, tłumy ciągnące na defiladę, zgromadzone po obu stronach Wisłostrady, na mostach, na przeciwległym brzegu Wisły, były olbrzymie i na pewno liczniejsze niż do tej pory. Pogoda dopisała, nie było ani za gorąco, ani za chłodno, deszcz popadał przez chwilę, ale burza nie przeszkodziła defiladzie powietrznej. „Zdecydowanie lepsza lokalizacja” – słychać było wśród zmierzających na defiladę. Półtoragodzinny pokaz wojsk i sprzętu był imponujący i obejrzała go prawdopodobnie rekordowa liczba Polaków.

Zapowiedź 2,5 proc. PKB na wojsko

Na stulecie niepodległości władzom właśnie o to chodziło i to się udało, ale trzeba przyznać, że politycy spuścili z tonu: nie chwalili się własnymi osiągnięciami, nie potępiali poprzedników, skupiali się na wojsku, jego zasługach i potrzebach. Prezydent postawił poprzeczkę niezwykle wysoko: zasugerował, że Polska powinna szybciej podnieść wydatki obronne do 2,5 proc. PKB, niż to zaplanował rząd – już w 2024, a nie 2030 r.

Andrzej Duda musi mieć świadomość, że w ten sposób z jednej strony zyskuje sympatię wojska, ale z drugiej może się konfliktować z rządem, dla którego wydatki obronne są ważne, ale raczej nie najważniejsze. Duda, stojąc na trybunie wraz z Mateuszem Morawieckim i Mariuszem Błaszczakiem, zastrzegał, że przyspieszenie wzrostu wydatków zależy od możliwości gospodarki. Czyli de facto zostawił decyzję rządowi – bo przecież to rząd, a nie prezydent, decyduje o budżecie, czyli wyznacza realne cele polityczne. Owszem, są na świecie kraje słabiej radzące sobie gospodarczo od Polski, a przeznaczające na wojsko relatywnie więcej. Ale na razie trudno sobie wyobrazić hiperpodwyżkę, choć gdyby nastąpiła, byłaby przełomem.

Problemy i potrzeby polskiej armii

Potrzeb jest dużo, za dużo na obecny budżet. Część była widoczna i na rekordowej defiladzie. Gdy Wisłostradą szły czołgi, tylko w czasie przejazdu Leopardów obu typów można było wytrzymać. Twarde już wymagały wytrzymałości, bo dymiły niezwykle – a to zapewne widać i na polu walki, nie tylko na defiladzie. PT-91 oceniane są przez wojskowych dobrze, jako stosunkowo lekkie i niskie sprawdzają się zwłaszcza w polskich warunkach terenowych i tak naprawdę potrzebują „tylko” lepszego silnika i lepszej amunicji. Może w tym roku coś się zdarzy, może w przyszłym.

Czołgi to na tle innych potrzeb i tak obszar względnej nowoczesności. Dużo gorzej jest z obroną powietrzną, naziemnymi, mobilnymi wyrzutniami rakiet. Wisłostradą szły tylko Osy, New nawet nie pokazano. Amerykanie, co było niespodzianką, przysłali wyrzutnię Patriotów, ale nie w takiej wersji, jaką kupuje Polska. Takiej wersji bowiem jeszcze nie ma. Nie ma też niestety nowoczesnych wyrzutni obrony powietrznej krótkiego zasięgu, nie ma rakiet ziemia-ziemia. Dopiero niedawno MON uznał, że ścieżka zakupu rakiet ziemia-ziemia Homar poprzez PGZ jest ślepą uliczką i chce je kupić – teoretycznie szybciej i taniej – bezpośrednio od USA.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj