Kraj

Duda, Trump, dwa bratanki. Obaj mogą przegrać w tym roku

Andrzej Duda spotkał się w Białym Domu z Donaldem Trumpem, 18 czerwca 2020 r. Andrzej Duda spotkał się w Białym Domu z Donaldem Trumpem, 18 czerwca 2020 r. Jakub Szymczuk / Kancelaria Prezydenta RP
Polska od dawna jest amerykocentryczna i nie chodzi tylko o sojusz między krajami. W 2020 r. łączy je zaskakująco dużo podobieństw w polityce.

Nie przypadkiem tuż przed pierwszą turą wyborów Andrzej Duda poleciał na spotkanie z Donaldem Trumpem. Wbrew szumnym zapowiedziom, po których nastąpił brak konkretów, nie chodziło o podtrzymanie czy rozwój sojuszu. Tym bardziej – to temat na inną analizę – że jest on ważniejszy dla Polski. Duda zdawał sobie sprawę, że zostanie w Białym Domu dobrze przyjęty, porozmawia z jego rezydentem w przyjaznej atmosferze, przy okazji prezentując się jako wiarygodny przywódca z międzynarodowymi kontaktami. Tym razem takie spotkanie mogło być oddechem też dla Trumpa, coraz mocniej krytykowanego za działania – a raczej ich brak – podczas pandemii koronawirusa.

Czytaj też: W USA pandemia nie gaśnie. A Trump wciąż bez maseczki

Duda i Trump na jednym wózku

Sytuacje obu prezydentów są całkiem podobne. Obaj mają przed sobą wybory, które zdecydują o ich dalszej karierze. Obaj nie mogą być całkowicie pewni sukcesu. Zastosowali tę samą strategię, chociaż z różnych powodów. Duda rozpętał nagonkę na społeczność LGBT+, by ewentualnie przyciągnąć – raczej w drugiej niż pierwszej turze – wyborców Krzysztofa Bosaka. Wbrew obowiązującej od lat doktrynie Jarosława Kaczyńskiego, według której na prawo od PiS może być tylko ściana, nie udało mu się zapobiec powstaniu Konfederacji. Zwolennicy tej partii, która poczyna sobie coraz śmielej, mogą dać prezydenturę albo Dudzie, albo Rafałowi Trzaskowskiemu. Dlatego ten pierwszy dowodzi, że jest silnym konserwatystą, obrońcą Polski przed „obcymi ideologiami”.

Trump też mobilizuje wyborców, tworząc lub wskazując wroga. Różnica polega na tym, że w amerykańskim systemie dwupartyjnym nie znajduje nikogo bardziej radykalnego od siebie. Ale może bać się utraty poparcia osób, które dały mu władzę cztery lata temu. Więc także zaatakował społeczność LGBT+, choć w typowy dla siebie, schizofreniczny sposób. Z jednej strony w rocznicę strzelaniny w klubie w Orlando usunął zakaz dyskryminacji w ochronie zdrowia dla osób transpłciowych (co szybko anulował Sąd Najwyższy), z drugiej – Biały Dom upomniał Dudę w związku z jego wypowiedziami o LGBT. Trump atakował też ruch Black Lives Matter protestujący po zabójstwie George’a Floyda. Wysłanie policji do tłumienia w większości pokojowych demonstracji czy zapowiedź uznania Antify za organizację terrorystyczną miały go pokazać jako przywódcę silnego, broniącego społeczeństwa przed „zakusami liberałów”.

Trump i PiS to nie były wypadki przy pracy

Wiele wskazuje, że zabiegi zarówno Dudy, jak i Trumpa mogą się obrócić przeciw nim. Działa prosty mechanizm: radykalne hasła i działania nie tylko mobilizują wyborców, ale też oburzają i zwiększają determinację strony przeciwnej. Atakowanie słabszych może przelać czarę goryczy i sprawić, że wybory prezydenckie wygrają – daleko nieidealni – Rafał Trzaskowski i Joe Biden. Podobne metody, podobna porażka? Przekonamy się wkrótce.

Tu dochodzimy do drugiej kwestii, która wyraźnie teraz łączy Polskę i USA. Załóżmy, że rzeczywiście prezydentem Polski zostanie Rafał Trzaskowski, a Ameryki – Joe Biden. Załóżmy nawet, że u nas wydarzenie to spowoduje przedterminowe wybory parlamentarne, w których PiS straci władzę. W obu krajach po stronie opozycji będzie to rodzić pokusę uznania, że sprawa została załatwiona. Demokraci mogą powiedzieć, że Trump był wypadkiem, który nie powinien się zdarzyć, ale koniec końców system zadziałał prawidłowo i naprawił błąd. Platforma Obywatelska będzie zapewne sobie wyobrażać, że należy wrócić do tego, co było.

A to pułapka. Wynikająca w pierwszej kolejności z niezrozumienia tego, dlaczego do klęski doszło. Elity partyjne demokratów i PO muszą sobie uświadomić, że to wcale nie był przypadek, lecz naturalna konsekwencja. Zarówno Polska, jak i Stany Zjednoczone wymagają dużych reform. I tu, i tam konieczne jest dofinansowanie, usprawnienie, a niekiedy zbudowanie od nowa systemu usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia, edukacja, mieszkalnictwo. I tam, i tu trzeba pochylić się nad kwestią praw mniejszości. I tu, i tam trzeba walczyć z nierównościami, zreformować system podatkowy, ukrócić – zwłaszcza w USA – władzę wielkich korporacji. Innymi słowy, konieczna jest likwidacja czynników, które sprawiają, że ludzie muszą bać się o pracę, zdrowie, przyszłość.

Ani w Stanach, ani w Polsce nie da się wrócić do business as usual. Świat się zmienił, przed nami wielkie wyzwania, największym są zmiany klimatyczne; do nich też się trzeba przygotować w sposób zdecydowany i przemyślany. Innymi słowy, w obu krajach konieczna jest silna korekta modelu kapitalizmu, tak aby był sprawiedliwszy i równościowy. Co więcej, propozycje we wszystkich tych kwestiach politycy tacy jak Trzaskowski i Biden powinni zgłaszać już teraz. Ten drugi zaczął to robić, przejmując część postulatów lewicowego skrzydła demokratów, które dzięki staraniom Berniego Sandersa czy Alexandrii Ocasio-Cortez zyskało silniejszy głos. Biden nie musi się aż tak bać o losy demokracji w swoim kraju – Trump robi, co może, by niszczyć jej fundamenty, ale systemowi zwykle udaje się obronić.

Czytaj też: Nasi publicyści o realnej stawce wyborów 12 lipca

Polska w stronę Węgier, USA w stronę Brazylii

Sytuacja w Polsce wygląda gorzej. Twierdzenie, że najpierw trzeba odsunąć PiS od władzy, a potem przyjdzie czas na inne sprawy, to niedziałające zaklęcie. Po pierwsze, jest powtarzane od pięciu lat i do tej pory niczego nie zmieniło. Ba, PiS przyciąga w wyborach coraz więcej ludzi. Po drugie, nie zapominajmy, że to już się kiedyś udało. W 2007 r. przedterminowe wybory wygrała PO, która rządziła przez osiem lat, głównie niepodzielnie. Nie udało się ochronić Polski przed powrotem PiS do władzy. Może czas wyciągnąć wnioski i zrozumieć, że postulat obrony czy wręcz odtworzenia demokracji – jakkolwiek słuszny – nie wystarczy? Że co komu po demokracji i trójpodziale władzy, jeśli wiele osób będzie mieć problem z pracą, mieszkaniem?

To lekcja, którą opozycja i w USA, i w Polsce musi odrobić. W innym przypadku potencjalne zwycięstwo, o ile nastąpi, może być krótkotrwałe. Skutki zaś będą katastrofalne. Gdyby władzę w Polsce utrzymał PiS lub gdyby kryzysowa fala za jakiś czas okazała się pomyślna dla Konfederacji, to już nic nie uchroni nas przed całkowitym podążeniem ścieżką węgierską. Viktor Orbán i jego Fidesz (notabene również atakujący ostatnio społeczność LGBT+) zmienili system tak, że w zasadzie nie mogą przegrać wyborów, a ekspansja ich władzy trwa: teraz zagrożone są samorządy. Wykorzystując pandemię, Orbán pozbawia je źródeł finansowania, a machina propagandy oskarża je o wszystkie potknięcia związane z koronawirusem.

2020 rok, ostatni dzwonek

W USA prezydentem dalej może być Trump, a po nim może przyjść ktoś jeszcze gorszy. Kraj mógłby podążyć śladem Brazylii – a przy Jairze Bolsonaro Trump wygląda jak umiarkowany polityk centrum. W Polsce i USA zostało niewiele czasu. Możliwe, że 2020 to ostatni rok, kiedy jest szansa na zmianę władzy, ale też stworzenie i wprowadzenie w życie nowej umowy społecznej, która w przyszłości będzie lepiej chronić oba te państwa przed prawicowym populizmem.

Oby i tu, i tam usłyszano ostatni dzwonek. Na mówienie „byliśmy głupi” potem będzie zwyczajnie za późno.

Rozmowa Żakowskiego: Od populizmu do autorytaryzmu

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną