Kraj

MON Błaszczaka na zakupach. Jaki sklep wybierze?

Po przejęciu MON przez Antoniego Macierewicza nie doszło do zakupu od Francuzów 50 caracali. Po przejęciu MON przez Antoniego Macierewicza nie doszło do zakupu od Francuzów 50 caracali. Wikipedia
Czy Polska zarządzi zbrojeniowy powrót do Europy? Droga wiedzie przez Londyn i Rzym, ale wbrew Waszyngtonowi.

Pięć lat temu Polska zrezygnowała ze strategicznej współpracy zbrojeniowej na Starym Kontynencie, a dziś otwiera się możliwość powrotu via Londyn i Rzym. Stoimy przed kilkoma ważnymi decyzjami. Po etapie dominacji zakupów od amerykańskich firm MON ma szansę obrać bardziej europejski kurs.

Europejczycy poza sprawdzonymi rozwiązaniami oferują szerokie możliwości współpracy polskiego przemysłu zbrojeniowego z resztą kontynentu, a w każdym razie z najważniejszymi graczami. Czy skorzystamy z tej ścieżki? Okaże się w najbliższych miesiącach, najdalej w ciągu dwóch lat.

Decyzje, które mogą oznaczać zbrojeniowy powrót do Europy, dotyczą: systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu Narew, wielozadaniowych okrętów bojowych (fregat) Miecznik, lekkich, ale uzbrojonych śmigłowców Perkoz, niszczycieli czołgów Ottokar-Brzoza. To programy bardzo różne w zakresie skali, kosztów i wpływu na siły zbrojne i przemysł, ale łączy je silna pozycja europejskich firm. Nie przesądza to wcale, że polski rząd zdecyduje się na ten sprzęt, bo Amerykanie też mają propozycje. Ale przynajmniej otwiera się możliwość, którą warto zauważyć i ocenić. Zwłaszcza że mija „półokrągła” rocznica pierwszego zbrojeniowego rozbratu z Europą.

Czytaj też: Occasus napada na Polskę. Co robi NATO?

Złudne nadzieje Paryża

We wrześniu 2015 r. francuscy urzędnicy i menedżerowie Airbusa jeszcze mieli nadzieję, że mimo zmieniającego się na niekorzyść klimatu politycznego Polska skorzysta z oferty stania się filarem wielkiej europejskiej grupy lotniczo-zbrojeniowej. Kilka miesięcy wcześniej rząd PO-PSL zapewniał Paryż, że jeden z dwóch rozstrzyganych wtedy gigantycznych zakupów uzbrojenia przypadnie Airbusowi. Chodziło o 50 dużych śmigłowców różnego przeznaczenia, zbudowanych na bazie tej samej konstrukcji EC275 Caracal (później przemianowanej na H225M). Drugi wielki kontrakt musiał przypaść Amerykanom z powodów strategiczno-politycznych – Polska zdecydowała, że kupi za oceanem system obrony powietrznej i antyrakietowej Patriot, a nie francuski SAMP/T.

Francja kusiła nie tylko śmigłowcami. W ofercie były okręty nawodne, nawet supernowoczesne fregaty FREMM, budowane specjalnie dla nas satelity wysokiej rozdzielczości i wyrzutnie przeciwlotnicze krótkiego zasięgu Mica, a przede wszystkim broń ekskluzywna: okręty podwodne z pociskami manewrującymi dużego zasięgu (marzenie Antoniego Macierewicza, ale i poprzedniego ministra Tomasza Siemoniaka). Każda propozycja była obudowana pakietem możliwości współpracy polskiego przemysłu przy produkcji, czasem budowy u nas całych fabryk, pożądanego transferu technologii czy wymaganego przez wojsko offsetu – kompetencji technicznych do obsługi importowanego sprzętu.

Francja od lat prowadziła dialog z resortem obrony, przemysłem i wojskiem pod rządami PO, ale liczyła też na sympatię konserwatystów z PiS dla idei strategicznej samowystarczalności, samodzielności przemysłowej i technologicznej. Mogła to być atrakcyjna wizja dla polityków mówiących w kółko o wstawaniu z kolan bez oglądania się na innych. Francja liczyła również, że Polska już trochę poznała niechętne podejście Amerykanów do transferu technologii i współpracy przemysłowej przy okazji zakupu F-16, że nie chce się ponownie sparzyć i ma ambicje uczestnictwa w europejskim sektorze obronnym. Kalkulacji dopełniał rachunek strategiczny: w obliczu zagrożenia ze Wschodu, myślano w Paryżu, Polsce powinno zależeć, by żaden z przyjaciół na Zachodzie nie czuł się pominięty czy odrzucony.

Były dowódca wojsk USA w Europie: Rosja jest groźna

Za Macierewicza odleciało 50 caracali

Po pięciu latach wiemy, że tak się nie stało. Importowe zamówienia obronne zdominowali Amerykanie, na ogół nie oferując rozległej współpracy przemysłowej czy transferu technologii. Przemysł zbrojeniowy ma trudności, by dogadać się z dostawcami w sprawie realizacji wymaganego i podpisanego już offsetu. Owszem, tu i tam realizuje dla Amerykanów zlecenia produkcyjne na niewielkie partie relatywnie prostego sprzętu. Żaden strategiczny plan nie został zrealizowany. Nie kupiono okrętów podwodnych, nie uruchomiono budowy nowych fregat ani systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu. O własnych satelitach wojsko dawno zapomniało, korzysta z komercyjnej umowy z Włochami. Zamiast 50 caracali Polska zamówiła cztery amerykańskie black hawki z polskiej fabryki Lockheed Martina i cztery brytyjsko-włoskie śmigłowce morskie AW101, przez polską wytwórnię koncernu Leonardo, PZL-Świdnik.

Śmigłowce stały się za to narzędziem walki politycznej. Polska nie została filarem Airbusa, nie weszła w sieć powiązań technicznych i przemysłowych, jakie oferował Paryż. W efekcie nie liczy się w sektorze zbrojeniowym w Europie w momencie przypływu inwestycji i technologicznej rewolucji.

Czytaj też: Bombowce przeleciały nad krajami NATO. USA dały pokaz siły

Już nie tylko „buy American”?

Z drugiej strony Polska kupuje coraz śmielej. W ostatnich latach zainwestowała 15,6 mld dol. w uzbrojenie z USA: F-35, wyrzutnie rakietowe HIMARS czy systemy antyrakietowe Patriot. Konkretna ilość sprzętu jednak nie powala – 32 samoloty bez uzbrojenia, 16 wyrzutni patriotów z 200 pociskami, 20 wyrzutni HIMARS z 300 pociskami różnego typu i zasięgu. Jest jasne, że poza myśliwcami piątej generacji trzeba będzie dokupić i patriotów, i HIMARS-ów za kolejne kilka miliardów. Trzeba też będzie uzbroić nasze F-35. Zgoda, tych obronnych potrzeb Polska nie mogła zaspokoić bez Amerykanów. Jednak konkurencyjne oferty w niektórych obszarach składał zarówno przemysł europejski, jak i izraelski – na samoloty Eurofighter czy wyrzutnie rakietowe. A część odrzuconych propozycji uwzględniała ściślejszą formułę współpracy. Mimo to politycy PiS zdecydowali się na pozyskanie trzech ogromnych systemów uzbrojenia praktycznie z amerykańskiej półki, co wywołało i nadal wywołuje falę krytyki, nie całkiem zagłuszoną przez propagandę sukcesu ministra Błaszczaka. Tymczasem po kilku latach obowiązywania doktryny „buy American” MON przynajmniej sprawia wrażenie, jakby rozglądał się za czymś innym. Świadczą o tym śmielsze rozmowy z europejskimi firmami.

Krajobraz zmienił się o tyle, że nie ma już powrotu do planów snutych z Francją. Za duże narosły podziały i różnice poglądów. Kraje dzieli dziś tak wiele, że o strategicznej współpracy nie ma mowy, problemem jest zwykły dialog. Już kilka lat temu z Warszawy wyjechali lub przestali tu przyjeżdżać francuscy menedżerowie zbrojeniowi. Firmy obecne na stałe – jak Airbus Defence & Space – zmniejszyły biura, zrezygnowały z reprezentacyjnych lokali w centrum. We Francji współpraca obronna na strategicznym poziomie jest funkcją relacji politycznych. Gdy są złe, jak z Polską, biznes obronny widzi czerwone światło. Na szczęście ciągle utrzymano we francuskiej ambasadzie stanowisko zastępcy attaché obrony ds. zbrojeniowych, etat słynnej DGA, na której teraz MON chce wzorować swoją Agencję Uzbrojenia. Ale o niczym poważnym z oficerem w randze podpułkownika nikt z MON od dawna nie rozmawia.

Czytaj też: Amerykanie inwestują w bomby i nowe pociski

Cieplej z Londynem i Rzymem

Nie oznacza to, że europejski przemysł stracił nadzieję czy chęć współpracy z Polską, której budżet obronny i ambicje rosną. Rolę Francuzów wzięli na siebie Brytyjczycy i współpracujący z nimi Włosi. Oferta Londynu ma charakter rządowy, bazuje na traktacie obronnym z 2017 r. i zmierza do ustanowienia strategicznego partnerstwa. Z Włochami Polska takiej umowy nie ma, dlatego ich propozycje są głównie przemysłowe, związane z zamawianym lub budowanym wspólnie uzbrojeniem. Razem tworzą furtkę, przez którą Polska mogłaby wrócić do poważniejszej roli w europejskiej układance obronnej, gdyby zechciała. Oba kraje to może nie taka potęga technologiczno-obronna jak Francja (od lat trzecie miejsce po USA i Rosji na liście światowych eksporterów uzbrojenia), ale ich przemysły zbrojeniowe są na podium w Europie, a w dodatku mają liczne wzajemne związki. Ścieżka via Londyn i Rzym byłaby może trochę okrężna, ale i tak wiodłaby na Stary Kontynent.

Na przykład do grupy MBDA, wyspecjalizowanej w technologiach rakietowych i będącej w tej dziedzinie absolutnym liderem. W tym przypadku trudno byłoby ministrowi Błaszczakowi powiedzieć, że amerykańskie propozycje są „najlepsze na świecie”. Przeciwnie, pociski rakietowe MBDA przewyższają pod wieloma względami te amerykańskie. Kiedyś firmę w Polsce reprezentowali Francuzi, dziś Brytyjczycy. Zmiana w sumie niewielka, bo MBDA jest „jedną grupą, która posiada wszelkie prawa do wspólnych systemów, a wszystkie kampanie, w których uczestniczy, mają pełne poparcie zarządu i rządów”. To ważne oświadczenie, bo o ile oferowane Polsce w programie Narew rakiety przeciwlotnicze CAMM są produktem głównie brytyjskim, o tyle zawierają elementy z innych krajów. Udział w nich ma niechętnie widziany w Warszawie Berlin czy przychylnie postrzegany Rzym. MBDA to po prostu europejska firma rakietowa (własność wielonarodowego Airbusa, brytyjskiego BAE Systems i włoskiego Leonardo), niezależnie od tego, którą flagę narodową akurat wciąga na maszt.

Czytaj też: Trump uderza w Niemcy, NATO i Polskę. Prysły iluzje o forcie

Amerykanie kontratakują

Amerykańską kontrą dla europejskiej oferty w Narwi jest sprawdzony i kupiony chociażby przez Litwinów i Węgrów system NASAMS z dobrze znanymi lotniczymi pociskami AMRAAM (wspólne dzieło norweskiego Kongsberga i Raytheona). Ta propozycja była rozpatrywana w ostatnich latach przez polski przemysł i wojsko, ale nie została oceniona najwyżej. Leży na stole jako opcja, lecz nie preferowana. Tak samo jak izraelski pocisk Stunner, który wraca do gry w wersji krótkiego zasięgu, gdy praktycznie stracił jakiekolwiek szanse na uwzględnienie w systemie średniego zasięgu Wisła, gdzie występował pod marką SkyCeptor w ofercie Raytheona. Izraelski przemysł nie może się przebić mimo zaawansowania technologicznego i – przynajmniej deklaratywnie – szerokiej oferty. SkyCeptor w nowym wcieleniu pozostaje na marginesie zainteresowania Polski.

Powracającą ofertę mają też Amerykanie dla lekkich śmigłowców. Tu na arenę wchodzi ponownie dobrze znany Black Hawk, nawet uzbrojony, choć taki nie może być wprost oferowany przez polską fabrykę Lockheed Martina. Śmigłowiec ten dziś nazywany jest lekkim, mimo że startował w rywalizacji z Caracalem, gdy w grę wchodziła masa powyżej 10 ton (BH jest nieco lżejszy). Ale producent wykorzystuje fakt, że do tej pory MON nie przedstawił szczegółowych wymagań w sprawie maszyn poszukiwanych w programie Perkoz. Dlatego poza Lockheedem ofertę amerykańskich śmigłowców zgłasza inna legenda lotnictwa: firma Bell. Chodzi o mniejsze od Black Hawka maszyny typu 407 i 505, cywilne, lecz adaptowane na potrzeby wojska. Bell sprzedał już śmigłowce bojowe Viper i Venom Czechom, walczy o zamówienie w Rumunii, a chwali się, że jego maszyn używa korpus piechoty morskiej USA, czyli wojska wysyłane do walki, zanim na pole bitwy dotrze US Army ze swymi apaczami czy black hawkami.

Czytaj też: Mike Pompeo w Warszawie. Jak oceniać umowę z USA?

Od kogo pociski i śmigłowce?

Amerykanie napotykają na silną konkurencję ze strony europejskich potentatów, którzy do perfekcji opanowali budowę śmigłowców zróżnicowanych, jeśli chodzi o rozmiar i wyposażenie. Airbus Helicopters i Leonardo, które wchłonęło wytwórnię AgustaWestland, mogą zaproponować maszyny „na wymiar” i modułowo wyposażone. Włoska firma dysponuje przy tym atutem posiadania fabryki w Polsce – PZL Świdnik. Z ofertą śmigłowca AW139 Leonardo wiąże przyszłość zakładu pod Lublinem, kusząc MON wyłączną licencją na produkcję zmilitaryzowanej wersji, a trochę też sugerując, że jeśli umowy nie będzie, Świdnik może mieć problemy. Sytuacja polityczna wciąż najmniej sprzyja kojarzonemu z Francją Airbusowi, choć ten ma do zaproponowania relatywnie najnowsze konstrukcje i nowatorskie sposoby konfiguracji niewielkich śmigłowców. Wybór jest szeroki, MON zna każdego z partnerów, nic – tylko decydować.

Sytuacja z niszczycielami czołgów nieco przypomina tę z pociskami przeciwlotniczymi. Amerykanie z Lockheeda i Raytheona mają swoje starsze rozwiązanie: pociski Hellfire. Europejczycy z MBDA nowsze i zdaniem wielu wiarygodnych ocen lepsze Brimstony, które są gotowi posadowić na każdym wskazanym podwoziu, kołowym czy gąsienicowym. Gra więc toczy się nie tylko o relatywnie niewielkie zamówienie dla suwalskiego pułku artylerii przeciwpancernej, do którego mają trafić pojazdy nazwane na cześć przedwojennego oficera gen. Ottokara Brzozy-Brzeziny, ale o włożenie nogi w drzwi, które dziś uchylone, jutro mogą otworzyć się na inne rodzaje broni. Na przykład śmigłowce uderzeniowe, samoloty bojowe, wyrzutnie rakietowe na lekkich podwoziach – zastosowań jest mnóstwo. Oba anglosaskie pociski rywalizują przy tym w Polsce z najbardziej zasiedziałym konkurentem, rodziną izraelskich pocisków Spike, która od ich zakupu wraz z licencją produkcyjną ponad 15 lat temu znacznie się rozrosła.

Czytaj też: Co dalej z polityką obronną? Duda sprawił sobie „kłopot”

Amerykanie fregat nie budują

O ile pociski rakietowe i śmigłowce można uznać za obszar równej konkurencji Europy i Ameryki, to drugi co do wielkości projekt z rozważanych obecnie w MON – budowy fregat dla marynarki wojennej – jest w zasadzie rywalizacją ofert z naszego kontynentu. Amerykanie fregat nie budują, sami w niedawnym konkursie wybrali projekt francusko-włoski dla US Navy. Gdyby Polska chciała naśladować Amerykę, zwróciłaby się do francuskiego Naval Group lub włoskiego Fincantieri o fregaty FREMM, uznawane za najnowocześniejsze okręty tego typu na Zachodzie. Są jednak kosztowne, więc bardziej prawdopodobny jest wybór – najpewniej przez Polską Grupę Zbrojeniową – między propozycjami z Niemiec, Królestwa Niderlandów czy Wielkiej Brytanii. ThyssenKrupp Marine Systems to znany Polsce partner, twórca korwety Meko A100, czyli projektu Gawrona/Ślązaka. Teraz w grę wchodzi większy okręt Meko A200, fregata z powodzeniem sprzedawana na świecie. Holendrzy od Damena zapewne zaproponowaliby swoją sprawdzoną Sigmę, a może nawet wersję dużego okrętu bojowego MKS180, niedawno wybranego przez Niemcy (Damen pokonał nawet stocznie niemieckie). Ale jeśli Polska wybrałaby brytyjską drogę do Europy, wtedy skusiłaby się na wspierany przez Londyn i wybrany dla Royal Navy okręt na bazie duńskich fregat i jednostek wsparcia, reklamowany jako Arrowhead 140 przez konsorcjum Babcock. Brytyjczycy chcą je mieć jako „fregaty drugiej kategorii”, bo sami budują sobie lepsze i większe. Polska nie ma jednak globalnych ambicji i nie musi bronić Północnego Atlantyku przed Rosjanami, mogłaby więc poprzestać na lżejszych i mniejszych jednostkach.

Każdy wybór będzie inwestycją na dekady, bo budowa fregaty to minimum pięć lat, a jej użytkowanie – 40–50. Wyposażenie i uzbrojenie okrętu to zadanie dla kilkudziesięciu dostawców i paleta możliwości współpracy. Chyba że pójdziemy na skróty, przez Amerykę.

Jak napisałem, Amerykanie fregat dziś nie produkują. Ale mają w US Navy nieudane okręty podobnej klasy. Littoral Combat Ships są szybkie i zwinne, ale na tym chyba ich zalety się kończą. Były one efektem polityki redukowania dużych jednostek, jak niszczyciele i krążowniki. Nie sprawdziły się, dlatego choć w miarę nowe, od przyszłego roku będą wycofywane. Stąd pojawiły się pogłoski, niechętnie komentowane przez Amerykanów, że LCS-y używane mogą trafić do Polski, być może z opcją przebudowy i doposażenia. Polska już raz przymierzała się do przejęcia używanych fregat, również amerykańskich, ale z Australii. Pomysł prezydenta, uzgodniony z MON, został jednak storpedowany przez frakcję stoczniową PiS, która raczej nie może się pochwalić sukcesami. Dlatego okręty z amerykańskiego demobilu nie wydają się opcją realną, choć wykluczyć jej całkiem nie sposób.

Europejska konkurencja na polskim rynku zbrojeniowym ma dziś o wiele trudniej niż pięć czy dziesięć lat temu. Amerykanie rozgościli się u nas na dobre – z czego się tak bardzo cieszymy pod względem ich obecności wojskowej. Nie zamierzają jednak odpuszczać tego, co w ich rozumieniu „po prostu im się należy”. Wraz z rozciągnięciem parasola interesów strategicznych Polska została objęta tymi zwykłymi, wyrażonymi w dolarach. Dlatego polska droga powrotna do Europy w zamówieniach obronnych może być kręta, wyboista i pod górkę, a w każdym razie tak mogą ją opisywać najważniejsi rozmówcy MON. Niestety nie znam turystycznych preferencji Mariusza Błaszczaka, może jednak takie szlaki lubi?

Czytaj też: Amerykanie inwestują w bomby i nowe pociski

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną