Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Kraj

Płotem w wojnę hybrydową. Jak politycy PiS grają na groźnych emocjach

Szef MON Mariusz Błaszczak na polsko-białoruskiej granicy. 23 sierpnia 2021 r. Szef MON Mariusz Błaszczak na polsko-białoruskiej granicy. 23 sierpnia 2021 r. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Gazeta
Atak Białorusi i Rosji, wojna hybrydowa, dywersja migracyjna – w powietrzu fruwają słowa, które mogą wywoływać niepokój i strach. Jednak za chwilę okazuje się, że dla ekipy premiera Mateusza Morawieckiego i szefa MON Mariusza Błaszczaka najlepszą obroną przed tym armagedonem jest… płot.

Są takie momenty, gdy przedstawiciele władzy czują potrzebę wybrania się na miejsce jakiegoś kryzysu, przebrania się w odpowiedni do sytuacji strój i wygłoszenia kilku podobnych zdań dla pokazania spójnej i aktualnej linii politycznej. Takim miejscem jest teraz m.in. Usnarz Górny na granicy polsko-białoruskiej, przebraniem polowy mundur, a przesłaniem – wojna. Na razie bez rakiet, czołgów i samolotów, za to podstępna i niebezpieczna – hybrydowa.

Czytaj też: Zasieki na uchodźców. Operacja w stylu Błaszczaka

Ochroni nas płot?

Ta rządowa opowieść idzie dalej tak: zaatakowano nas ze spodziewanego kierunku, choć w nietypowy sposób – Putin i Łukaszenka nasłali (podobnie jak wcześniej na sąsiednią i sojuszniczą Litwę) grupę migrantów, by zdestabilizować nasze spokojne życie. Co prawda tych uchodźców na razie jest u naszych granic garstka, ale gdy ich wpuścimy, runąć ma lawina, a Polska stanie w zgliszczach po serii zamachów. Trzeba się więc bronić, nie wolno ustąpić na krok reżimowi Łukaszenki i Putina, którzy przeciwko nam, Europie i Zachodowi użyli żywych pocisków.

Taki przekaz na samej pierwszej linii tej wojny ogłosili minister obrony Mariusz Błaszczak i premier Mateusz Morawiecki. Być może prezydenta nie było tam z nimi tylko dlatego, że go nie ma w kraju, przed wylotem do Kijowa zdążył się jednak naradzić z generalicją i najwyższymi urzędnikami władz cywilnych, a także porozmawiać z przywódcami sąsiednich państw narażonych na podobną presję: nie ma na nią zgody, żadnych migrantów nie wpuścimy, a od sąsiada – agresora – się odgrodzimy. Płotem. Kolejne wypowiedzi towarzyszące głównemu przesłaniu sugerują, że tych, którzy mają inne zdanie lub są krytyczni wobec opowieści rządzących, uznać trzeba za współpracowników Kremla i Łukaszenki, idiotów mniej lub bardziej pożytecznych, a w ostatecznym rozrachunku za wrogów wewnętrznych.

Ten skrótowy opis tylko z pozoru wygląda zabawnie. Mamy do czynienia z niespotykanym w ostatnich latach nasileniem retoryki o zagrożeniu bezpieczeństwa państwa, i to z ust osób bezpośrednio za to bezpieczeństwo odpowiedzialnych (to oni mają wszelkie potrzebne narzędzia, m.in. środki rozpoznania wywiadowczego czy siły zbrojne). W tej atmosferze łatwo o kreowanie podziałów, szufladkowanie i stygmatyzację na tle różnic w ocenie zagrożenia, metod jego opanowania czy stylu wypowiedzi. Różnice, normalne w demokratycznej debacie, w tych dniach stają się powodem ataków. Strasząc się wojną hybrydową, sami ze sobą zaczynamy prowadzić wojnę wewnętrzną. Politykom w polowych ubraniach udziela się frontowa atmosfera, może czują się jak w okopie, wypatrując wrogów. Wyjątkowo łatwo oberwać.

Adam Szostkiewicz: Wojna hybrydowa nie usprawiedliwia braku empatii

Błaszczak gra na emocjach

Gdy prześledzić ostatnie „polowe” wypowiedzi ministra obrony czy premiera, widać, że lepiej czują się, atakując czy odpierając ataki przeciwników dobrze znanych, a najważniejszym frontem pozostaje ten wewnętrzny, polityczny, nie zewnętrzny. Celów mają pod dostatkiem, bo język opozycji bywa nadzwyczaj ostry, tak jak głośna wypowiedź z ostatnich dni Władysława Frasyniuka w TVN o żołnierzach i funkcjonariuszach straży granicznej (jedni politycy opozycji go krytykowali, inni nie pozwalali za nic przepraszać). Kiedy więc Błaszczak stanął przy pasie granicznym w polowej bluzie, w towarzystwie szpaleru wojska i z dwugwiazdkowym generałem u boku, zaraz po podziękowaniach dla nich przystąpił do ataku – ale najpierw nie na Łukaszenkę, lecz na Frasyniuka, tytułując go „gwiazdą TVN”. Zagrożenie atakiem z zewnątrz zyskało dobrze znane logo i twarz. Gra na emocjach dopiero się zaczynała.

„Mamy do czynienia z wojną hybrydową, mamy do czynienia z atakiem na Polskę. Jest to próba wywołania kryzysu migracyjnego” – mówił szef MON. Szybko przeszedł do wskazania przeciwników: „Nie zgadzamy się na to, by to wszystko, co jest wykonywane niewątpliwie przez reżim Łukaszenki, zatriumfowało. (...) A wszyscy doskonale wiemy, że reżim Łukaszenki jest bardzo mocno, bardzo blisko związany z Kremlem, a więc to, co się dzieje w Mińsku, niewątpliwie ma swoje związki z tym, co dzieje się na Kremlu”.

Żeby być jeszcze bardziej dosłownym, Błaszczak sięgnął po odwołanie do sekwencji rosyjskiej agresji: „Politykę rosyjską znamy, pamiętamy, co wydarzyło się w Gruzji w 2008 r. albo na Ukrainie w 2014. Nie pozwolimy na stworzenie szlaku przerzutu imigrantów przez Polskę do Unii Europejskiej, na forsowanie granicy, na otwieranie granicy Polski”.

To, co nam grozi, też w przemówieniu Błaszczaka było. „To są konsekwencje dramatyczne dla bezpieczeństwa” – mówił. „Bo – tutaj narażę się oczywiście poprawnym politycznie – za kryzysem migracyjnym idą zamachy terrorystyczne. To wszystko, co działo się w Belgii czy we Francji, jest konsekwencją właśnie tego kryzysu migracyjnego, jaki dotknął Europę Zachodnią. Obronimy Polskę przed tymi konsekwencjami, wzmacniamy – jeszcze raz to podkreślam – wzmacniamy granicę zarówno, jeżeli chodzi o ogrodzenie, jak i jeżeli chodzi o liczbę służących żołnierzy wspierających straż graniczną”. Bo służby cywilne i wojsko to nie ostatnia linia obrony, za chwilę stać ma na granicy najlepsza zasłona… płot.

Wojsko na budowie zarabiać nie musi

Tu cała narracja o śmiertelnym zagrożeniu traci powagę. Okazuje się, że ogrodzeniu musiała być poświęcona narada na najwyższym szczeblu: „Pan prezydent Andrzej Duda przeprowadził odprawę dotyczącą bezpieczeństwa; jednym z elementów tej odprawy, dyskusji z udziałem również premiera Mateusza Morawieckiego, była sprawa szczelności granicy. Podjąłem się tego wyzwania jako minister obrony narodowej i razem z dowódcami Wojska Polskiego omówiliśmy szczegóły, jak taka konstrukcja powinna wyglądać”.

Co do tych szczegółów sytuacja okazała się nie tak jasna. Minister mówił o skorzystaniu ze wzoru węgierskiego (co nie dziwi, biorąc pod uwagę ideologiczną bliskość ugrupowań rządzących w Warszawie i Budapeszcie oraz fakt, że Węgry były prekursorem odgradzania szlaków migracyjnych w latach 2015–16). Ale jednocześnie Błaszczak wskazywał na zwoje drutu ostrzowego koncertina, już wcześniej ułożone przez wojsko: „Płot będzie wysokości 2,5 m, będzie budowany z zasieków, tylko ułożonych pierścień na pierścieniu. Będzie stanowił w naszej ocenie – rozmawialiśmy na ten temat – solidną zaporę” – wyjaśniał szef MON. To, co już leży – dziś dowiedzieliśmy się od premiera, że to już 130 km zasieków – ma pozostać, a nowy płot ma być drugą linią zabezpieczeń.

Dokładny przebieg nie został podany, Mateusz Morawiecki zapowiedział, że najpierw ogrodzenie stanie na 180-kilometrowym odcinku granicy lądowej, ale dał do zrozumienia, że później stanie też nad brzegiem granicznego Bugu i innych rzek, by cała granica została odgrodzona. Nieznany jest też koszt. Premier udzielił wymijającej odpowiedzi, że bezpieczeństwo jest warte każdych pieniędzy. Litwini dziś podali, że na swoje 500 km płotu zamierzają wydać 150 mln euro, budowę zlecili państwowej firmie. U nas ma być krócej i może taniej, bo wojsko na budowie zarabiać nie musi.

Pytania do MON. Bez odpowiedzi

Według Błaszczaka płot stawiać będzie 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana. Błaszczak nie tylko powierzył im tę budowę, ale skierował w większej liczbie do granicznych patroli: „Niebawem podwoimy liczbę żołnierzy służących na granicy polsko-białoruskiej do 2 tys. Pan generał Radomski, dowódca 16. dywizji zmechanizowanej, jest na to przygotowany”. Generał stał obok w bojowym rynsztunku, w hełmie i kamizelce kuloodpornej. Nie sprawiał wrażenia, by rola budowniczego płotów była spełnieniem marzeń dowódcy odpowiedzialnego za północno-wschodni kawałek Polski, w tym szczególnie istotny dla NATO przesmyk suwalski. Ale generał nie został dopuszczony do głosu, zgodnie z tradycją szef MON poprzestał na wygłoszeniu swojego oświadczenia, nie było oczywiście możliwości zadawania pytań.

A tych nasuwa się wiele. Czy rzeczywiście płot to kwestia, która musi zajmować najważniejszych rangą urzędników i być priorytetem najwyższych rangą wojskowych? Czy nie ma w kraju innych podmiotów, które na zlecenie rządu szybko i tanio taki płot postawią (jeśli rzeczywiście stawiać go trzeba)? Czy skierowanie do patroli tysiąca, a teraz 2 tys. żołnierzy jednostek operacyjnych nie odbije się negatywnie na stopniu gotowości kluczowej dywizji w czasie podwyższonego napięcia tuż przed ćwiczeniami Zapad? Czy „węgierski wzór” jest istotnie najlepszy, kto go wybrał, jak testował i czy sprawdzi się on w polskich warunkach? Wreszcie: czy spore inwestycje sprzętowe, jakie poczyniono w ostatnich latach na rzecz straży granicznej, były trafne i wystarczające, czy trafiły tam, gdzie są dziś najbardziej potrzebne?

Pewnie samo zadanie takich pytań byłoby przez władze potraktowane jako atak lub zmowa.

Ewa Siedlecka: Władza legalizuje tortury?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Guru strategii i willa na Żoliborzu

Jacek Bartosiak to prawnik i popularny w PiS geopolityk amator. Głosi nieufność wobec Zachodu, twierdzi, że Polska bez pomocy NATO może wygrać z Rosją. Jego kancelaria adwokacka przez siedem lat działała w domu żony Rogera de Bazelaire. To były dyrektor finansowy kremlowskiego oligarchy Michaiła Fridmana.

Tomasz Piątek
17.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną