Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Kraj

Jeszcze jeden mazur(ek). Czyli jak PiS liczb się chwyta

Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński, Beata Mazurek Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński, Beata Mazurek Krystian Maj / Forum
Pitagoreizmem politycznym można nazwać taki sposób spojrzenia na politykę, w którym matematyka odgrywa istotną rolę. Na obecnym etapie dziejów ojczystych takie podejście do kwestii społecznych święci niewątpliwe triumfy. Począwszy od prezesa Kaczyńskiego.

Pani Beata Mazurek, niegdyś rzeczniczka PiS, potem wicemarszałkini Sejmu, a teraz eurodeputowana, postanowiła wyjaśnić bieżące problemy ekonomiczne i uspokoić naród. Niemal jak w znanej pieśni patriotycznej, aczkolwiek trzeba nieco zmienić słowa, np. tak: „Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć inflacja świta, / Czy pocieszy pani Becia, / Już suweren pyta”.

Pani Mazurek spełniła prośbę i tak oświeciła ludzkość: „Benzyna tańsza, podobnie cukier, węgla nie zabraknie, magazyny gazu pełne, podatki obniżone, wkrótce czternastka dla emerytów, wyprawka szkolna zapewniona. Martwię się o samopoczucie opozycji, ale życzę miłego weekendu”.

Troska rzeczonej europosłanki o komfort psychiczny opozycji jest ujmująca, a życzenia miłego weekendu robią spore wrażenie. Szkoda, że p. Becia (ma nasza polityka pecha, pardon, farta do tego imienia, boć przecież „Beata” to tyle co „szczęśliwa”, a imię przecież noszą również panie Szydło i Kempa, też wielce zasłużone dla tzw. dobrej zmiany) nie ujawniła większej liczby pozytywów. Mogła przecież dodać: „Skoro benzyna tańsza, to podobnie taksówki, tudzież bilety tramwajowe, autobusowe, kolejowe, lotnicze, banki są pełne tanich kredytów, księgarnie pękają w szwach od tanich książek, a złoty poważnie umocnił się względem dolara, euro, franka szwajcarskiego i funta brytyjskiego”.

Zapewne pominąłem cały szereg przejawów tego, że żyjemy w kraju mlekiem, miodem i ciepłem płynącym, ale to, co podała sama p. Mazurek, i to, co pozwoliłem sobie uzupełnić, wystarczająco zaświadcza o tym, że Polska pod rządami Zjednoczonej Prawicy osiągnęła coś, i to pierwsza w skali całego globu, co filozof Leibniz nazwał życiem w najlepszym z możliwych światów. Oczywiście zaraz pojawili się malkontenci spod znaku zdradzieckich mord i zaczęli kwestionować dane przytoczone przez p. Mazurek.

Odpór dała p. Zalewska, też europosłanka, niegdyś ministra od edukacji dziatwy i młodzieży. Ta jejmość wyraźnie stwierdziła, że to, co twitnęła jej koleżanka, po prostu odpowiada faktom, a ewentualne „przejściowe” (skąd my to znamy?) kłopoty są spowodowane przez UE, przede wszystkim Niemcy. Wyraz oblicza p. Zalewskiej permanentnie wskazuje na to, że nie rozumie, że ktoś może się z nią nie zgadzać. W konsekwencji uznaje ona za stosowne przerywać w dowolnym momencie każdemu, kto bierze udział w dyskusji, w której ona uczestniczy. Wprawdzie większość dobrozmieńców stosuje podobną taktykę dyskusyjną, ale p. Zalewska jest prawdziwą mistrzynią w tym względzie. Ktoś zauważył, że przecież jako rutynowana nauczycielka powinna wiedzieć, że należy milczeć, jeśli ktoś inny mówi, ale inicjatorka dewastacji polskiego systemu edukacyjnego nie pojęła, o co chodzi.

Czytaj też: Niemca goń, goń, goń! Kaczyński potrzebuje zewnętrznego wroga

Liczby w służbie partii

Antyczny pitagoreizm to pogląd, że świat składa się z liczb, a dzisiejszy – że ma strukturę matematyczną. Stosownie do tego pitagoreizmem politycznym można nazwać taki sposób spojrzenia na politykę, w którym matematyka odgrywa istotną rolę. Na obecnym dobrozmiennym etapie dziejów ojczystych takie podejście do kwestii społecznych święci niewątpliwe triumfy, a nadto sprawia, jak każda aplikacja matematyki, że argumentacja nabiera niezwykłej wprost subtelności.

Wypada zacząć od samego szczytu, czyli Skromnego Prezesa. Jakiś miesiąc temu ujawnił, że lekarze i inni pracownicy służb medycznych rychło zaczną wracać na ojczyzny łono. Rzekł był: „Już dzisiaj nie przyjmują propozycji w Niemczech, bo tam się mniej płaci niż tu. (...) W Niemczech euro jest dużo mniej warte niż w Polsce, tylko 3 zł”. Moja bliska znajoma odwiedziła kiedyś (dokładnie w latach 80.) rodzinę (polską) w Republice Federalnej Niemiec. Pani domu, częstując ją kotletem, zauważyła: „Jesz mięso za 100 zł”. Jego Ekscelencja nie jest więc pierwszy w swoich pitagorejskich wizjach w relacjach pomiędzy walutą (tak niegdyś określano wszelkie „zachodnie” środki płatnicze) a złotówką.

Jest też dzielnie wspomagany przez telewizję publiczną, tak zwaną dla żartu. Pani Holecka, gwiazda tejże, kontynuując strategię swego politycznego zwierzchnika, poinformowała, że benzyna 95 kosztuje w Polsce 7,19, ale w UE 10,55 (Dania), 10,69 (Norwegia) i 10,71 (Szwajcaria). Pomijając już to, że Norwegia i Szwajcaria nie są w UE, ta arytmetyka przekonująco dowodzi, że u nas tanio, a u nich drogo.

Wracając do medyków, Naczelna Izba Lekarska od razu oświadczyła, że żadnej fali powrotów nie będzie: „Zarobki lekarzy poprawiły się, ale w porównaniu z krajami Europy Zachodniej, razem z warunkami pracy, wciąż nie są konkurencyjne”.

A oto przykład subtelności w argumentacji p. Kaczyńskiego na przestrzeni czasu (może nawet dziejów). W 2019 r. prawił: „W bardzo wielu wypadkach ludzie mogli podjąć różne decyzje. Choćby o zakupie smartfonu dla dziecka. Decyzje, których wcześniej nie mogli podejmować”, oczywiście z powodów finansowych, a nie dlatego, że wcześniej nie było smartfonów. Obecnie jest inaczej, tj. „młodzież jest pod bardzo wielkim wpływem smartfonów. Tu rzeczywiście my dużych możliwości nie mamy, ale będziemy prowadzili wielkie kontrakcje w tej dziedzinie i jakąś część młodzieży, bo jest demokracja, to zawsze chodzi o część, do siebie przyciągniemy. Mam takie wrażenie, daj Boże, że nieprawdziwe, że niewielu z nich przekonamy”.

Wprawdzie Skromny Prezes prowadził wywód jakościowo-ilościowy, o czym świadczy wielokrotne użycie słowa „wiele” i pochodnych, ale dał imponujący pokaz sprawności dialektycznej, przechodząc od tezy do antytezy i kończąc syntezą apelującą do sił nadprzyrodzonych.

Czytaj też: Konferencja Kaczyńskiego. Co to było?

Węgla nie ma, ale ma być

Jego Ekscelencja zaznaczył niejaki pesymizm w końcowej części swojej wypowiedzi. Inaczej p. Kurowska, posłanka z pocztu Solidarnej Polski. Tryska bezwarunkowym optymizmem w sprawach fundamentalnych. W ogólności damy radę (a więc wraca zawołanie p. Szydło), bo: „Zawsze coś jest. Polacy są mądrzy, wymyślą, co robić. Poradzą sobie”. Słowo „coś” z zacytowanego fragmentu odnosi się do materiałów opałowych, a przede wszystkim do węgla.

Zaraz pojawiła się matematyka, bo „mamy dostęp do tego surowca w naszym kraju. – 90 proc. węgla jest w Polsce, a my z niego rezygnujemy. A Chiny wydobywają. Inne kraje, Niemcy otwierają nowe kopalnie”. Rewelacja, niemal taka jak to, że dzięki zakupom p. Błaszczaka będziemy mieli więcej czołgów niż Niemcy, Francja i Wielka Brytania razem wzięte. Wprawdzie jest to informacja antycypująca, ale ilościowe podejście do sprawy dowodnie pokazuje potęgę myślenia matematycznego.

Wracając do p. Kurowskiej. Zaleca ona: „Węgiel trzeba nade wszystko wydobywać. Trzeba stopniowo otwierać kopalnie. Doprowadzić do tego, żeby spaliny z elektrowni węglowych były opanowane i czyste. W tym kierunku pójdźmy”. Póki co uspokaja: „Węgiel sprowadzany jest!”, a to pozwoli (damy radę – znowu zaszydłowała) przeżyć zimę. To pasuje do opowiadań p. Morawieckiego, że chociaż węgla nie ma, to ma być, nawet w nadmiarze (nadmiar ma wyraźną treść matematyczną), ale w kwietniu 2023 r., i to na zimę 2022/2023.

Pani Kurowska ma też wyjście awaryjne, bo w razie czego: „Wiele tych palenisk węglowych można też opalać drewnem. (...) Mamy znakomite Lasy Państwowe, które prowadzą najlepszą w Europie gospodarkę leśną i te zapasy drewna mają” – a więc motyw chrustu. Nie należy zresztą sprawy trywializować. Jeden z dobrozmieńców, chyba p. Smoliński, wyjaśnił, że to nie żaden chrust, ale tzw. gałęziówka, tradycyjnie polski rodzaj opału, od wieków pozyskiwany przez lud. Gdyby i to zawiodło, p. Kurowska ma jeszcze jeden „skuteczny” pomysł. Otóż sprowadzenie relikwii Andrzeja Boboli do Sejmu zmniejszyło napięcia na granicy polsko-białoruskiej, a Ukraińcy mają zapewnić sobie wolność i niepodległość przez modlitwę. Teraz już jest jasne, że słowa Jego Ekscelencji: „Mam takie wrażenie, daj Boże, że nieprawdziwe”, mają głębokie znaczenie profetyczne. Koło się zresztą zamyka także w innym sensie, bo pitagoreizm i teologia często szły w parze.

Czytaj też: Premier pilnie poszukiwany

Nie ma takich Polaków!

Kolejnym narodowym pocieszycielem z cyklu „jeszcze jeden mazur(ek) dzisiaj” jest p. Skurkiewicz, senator i wiceminister obrony narodowej. Jego oblicze wyraża niezwykle intensywną pracę myślową nad czymkolwiek, co znajdzie się w spektrum jego uwagi. Nic tedy dziwnego, że celuje w pitagoreizmie politycznym. Niedawno pewna dziennikarka zagadnęła go, co myśli o sytuacji, w której „Polacy dostają takie rachunki, że niektórzy mówią, że będą mieli 10 zł na dzień do przeżycia”, i jaka jest recepta obecnej władzy, aby jakoś pomóc ludziom przetrwać zimę.

Pan Skurkiewicz odparł: „Bądźmy poważni. Nie znam takiej osoby. Proszę mi przedstawić taką osobę, to chętnie się z taką osobą spotkam, która mówi w ten sposób, że będzie miała 10 zł miesięcznie na przeżycie”. Od razu zwraca uwagę wyobraźnia matematyczna p. Skurkiewicza. Ktoś mu mówi o 10 zł dziennie, a on drogą arytmetycznej abstrakcji zamienia dzień na miesiąc. To świadectwo wyjątkowej maestrii argumentacyjnej, bo przecież znacznie trudniej przedstawić senatorowi-wiceministrowi osobę, której zostaje 10 zł miesięcznie po opłaceniu czynszu, niż taką, która zaspokaja swoje potrzeby dychą dziennie.

Pan Skurkiewicz słusznie zaapelował, aby „mówić o rzeczach realnych”. Gdy dziennikarka podtrzymywała, że mówi o konkretnej osobie, znanej z imienia i nazwiska, która wypowiedziała się w telewizji TVN, usłyszała: „Zapraszam tę panią, niech się ze mną skontaktuje. Ja chętnie jej pomogę. Chętnie jej udzielę wsparcia, również ze swojego uposażenia, jeżeli jest w tak dramatycznej sytuacji. (...) Daję możliwość rozwiązania tej pewnie trudnej sytuacji dla tej osoby”.

Ludzkie panisko, trzeba od razu zauważyć. I tak należy docenić, że nie zarzucił rzeczonej stacji kłamstwa w interesie Tuska, czyli niemieckim. Dziennikarka pytała o rozwiązania systemowe. Usłyszała, że rząd podejmuje szereg działań (tak prawiła też p. Zalewska i z podobnie zamyślonym obliczem), a w szczególności: „Teraz mamy 3 tys. zł dla tych, którzy opalają węglem. Za chwilę będzie zmiana w przepisach antyinflacyjnych związanych np. z innymi energetycznymi walorami, które związane są z ogrzewaniem mieszkań, domów, również innych instalacji. Zdajemy sobie sprawę, że sytuacja jest bardzo trudna”.

I bardzo dobrze, że p. Skurkiewicz i inni aktywiści tzw. dobrej zmiany zdają sobie sprawę z trudnej sytuacji. Tak jest w przypadku p. Girzyńskiego, który uważa, że skoro jest nadzieja na opał, to znajdzie się. Załóżmy, że owa nadzieja jest bardziej matematyczna niż empiryczna, że będą 3 tys., ale nie będzie węgla. Trudno przypuścić, aby sterta banknotów długo funkcjonowała jako rzeczywisty opał. Od czego są jednak sposoby, o których powiada p. Kurowska? Skoro kiedyś się ponoć zdarzyło, że woda została przemieniona w wino, to może teraz pieniądze zostaną przekształcone w opał?

Czytaj też: Czy Polsce grozi blockout? Mroczna tajemnica bloku 910

Siłom i godnościom osobistom

Wiele szumu ostatnio narobiła sprawa podwyżek pensji dla rządzących. Ostatecznie z niej zrezygnowano – sam Skromny Prezes tupnął nogą i zablokował tę inicjatywę, jasne, że wymierną liczbowo. Jest w tym posunięciu zapewne ukryta głębsza myśl, bo trzeba przekonać naród, aby należycie zachował się w czasie kolejnych wyborów i zapewnił dobrozmieńcom dalsze intratne spółkowanie. Nie ma przecież wątpliwości, że zapowiadana podwyżka jest znacznie mniej warta od innych źródeł dochodów, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę dłuższy okres.

Wiadomo, podwyżki zje inflacja, natomiast umiejętne spółkowanie jest znacznie wydajniejszym sposobem przeciwdziałania matematycznej obniżce wartości pieniądza. Co bardziej przewidujący aktywiści dobrej zmiany (notabene teraz wiadomo, co znaczą w tym kontekście słowa „dobra” i „zmiana”) rozumieją powagę sytuacji i sposobią się do nadchodzących zapasów elekcyjnych.

Pan Sobolewski, sekretarz generalny PiS, niewątpliwy wirtuoz w spółkowaniu, zapowiada, że czas wytoczyć działa (widać, że p. Błaszczak zbroi się nie bez powodu) w obronie suwerenności przed brukselskim okupantem, a Jego Ekscelencja proklamuje: „Musimy zorganizować wielki ruch społeczny dla ochrony tych wyborów, bo patrząc na tych, którzy tutaj też przyszli pod tę szkołę, oni się zjawią nie pod lokalami wyborczymi, tylko w lokalach wyborczych. I tam będą nie tyle kontrolować, co wszczynać awantury. Dlatego my musimy być silni, my musimy tam też być i być w stanie się temu przeciwstawić”.

Można to rozumieć bardzo różnie, również tak, że czysto matematyczne wyniki głosowania mogą być niewłaściwe, tj. trzeba będzie ewentualnie przeciwstawić im się „siłom i godnościom osobistom”, jak kiedyś mówiono w kabarecie Dudek. Niemniej notujemy kolejny esencjalny związek pomiędzy matematyką a polityką.

Czytaj też: Koszyki drożyzny. Szczytu wzrostu cen wciąż nie widać

Strzeżonego Duda strzeże

Arytmetyczne podejście występuje także w poczynaniach na poziomie prezydenckim. Przystąpiono do formowania Izby Odpowiedzialności Zawodowej Sądu Najwyższego, mającej zastąpić Izbę Dyscyplinarną. Procedura jest dwuetapowa – najpierw losuje się 33 kandydatów w imieniu Kolegium SN spośród prawie wszystkich sędziów tego gremium (w przypadku obecnej procedury pula wynosi 82 osoby). Potem prezydent RP wybiera 11 osób. Red. Patryk Michalski tak to ujął: „Sędziowski totolotek. Bęben maszyny losującej jest pusty, następuje zwolnienie blokady i rozpoczynamy losowanie kandydatów, spośród których prezydent wybierze członków Izby Odpowiedzialności Zawodowej”.

Mistrzynią ceremonii była p. Manowska, prezeska SN, która wrzucała kule do urny (jej własne porównanie) „jak jajka z niespodzianką. Siedem razy w jedną stronę, siedem w drugą”. Tak się złożyło, czego matematycznie nie można wykluczyć, że wylosowano 16 „starych” sędziów i 17 tzw. neosędziów, a więc matematyka nie sprawiła niespodzianki politycznej. Pan Duda ma dokonać wyboru niezwłocznie, ale nie wiadomo, co to znaczy – z dotychczasowej praktyki wiadomo, że np. niektóre ustawy podpisywał w nocy po głosowaniu, a inne „hołubił” czas jakiś.

Jestem w niejakim kłopocie, gdyż może się zdarzyć, że prześlę niniejszy tekst do redakcji przed prezydencką decyzją, a ukaże się po jej podjęciu. A priori przypuszczam, że wśród 11 nominatów będzie więcej neosędziów niż starych sędziów. Podstawą tej prognozy jest od początku obserwowalna piecza p. Dudy (można powiedzieć, że strzeżonego Duda strzeże), aby proporcje (znowu pojęcie matematyczne) w Izbie Odpowiedzialności Zawodowej były właściwe z punktu widzenia tzw. dobrej zmiany. Główny cel jest przecież taki, aby ograć Komisję Europejską w sprawie kasy przy pomocy matematycznych trików pozorujących obiektywność.

Powyższe (tj. cały niniejszy felieton) nie jest kpiną z matematyki. Proszę traktować to jako ostrzeżenie przed uleganiem pisiej chytrości i propagrandzie. Parafrazując słowa de Tocqueville’a: „Demokracja kończy się, gdy władza zauważy, że lud można przekupić tylko przy pomocy arytmetyki”.

Czytaj też: Gra prezesa. Jak Kaczyński zarządza swoim politycznym chórem?

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną