Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Farmazony Kaczyńskiego. Bawią, straszą, a na pewno upokarzają

Prezes PiS Jarosław Kaczyński w Szczecinie Prezes PiS Jarosław Kaczyński w Szczecinie Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
„Węgla nie zabraknie”. „Za PO-PSL ludzie zbierali po lasach kartofle”. I jeszcze szkalowanie Niemiec. Dyskurs, którym nas raczy Kaczyński, łączy cyniczny przekaz partyjny z autentycznymi przekonaniami tego osobliwego człowieka.

Biedni Polacy, uciskani przez Tuska, wyjadali dzikom kartofle? Tak twierdzi człowiek, który może w każdej chwili zmienić premiera (i dowolnego innego urzędnika bądź prezesa ważnego sądu) albo nakazać złamanie konstytucji, lecz jednocześnie wyzywa od idiotów ludzi nazywających go dyktatorem. Farmazony Jarosława Kaczyńskiego trochę bawią, trochę straszą, a na pewno upokarzają. Wszyscy bowiem jesteśmy postaciami jego wyobraźni. A jego wyobraźnia ma nader realny wpływ na nasze życie.

Kto zbawcy narodu zabroni?

Niedawno usłyszeliśmy od prezesa, że pensja lekarza w Polsce ma większą siłę nabywczą niż lekarza w Niemczech, a w Smoleńsku był zamach. Waga tych dwóch idiotyzmów jest oczywiście zupełnie różna, lecz w obu przypadkach rodzi się pytanie: czy on wierzy w to, co mówi? Wygląda na to, że jednak wierzy. Ktoś mu „wcisnął kit” z lekarzami, ktoś inny przekonał go, że skrzydło nie może się złamać na brzozie, a upadający samolot rozpaść na tysiące części. I to wystarczy. Przecież nie będzie siedział w internecie i czytał mądrych artykułów w poważnej prasie. Swoje wie. Je, co lubi, ogląda, co lubi, i wie to, co lubi wiedzieć. Kto zbawcy narodu zabroni?

Jarosława Kaczyńskiego dyscyplinująco-motywujący objazd tzw. struktur (partyjnych), pod pretekstem „spotkań z mieszkańcami”, dostarcza wyjątkowej sposobności zapoznania się z zawartością jego umysłu, stanem jego wyobraźni i emocji. Ma on bowiem skłonność do dygresji i wynurzeń, którymi chętnie dzieli się z publicznością. Słuchanie prezesa jest frustrującym, lecz również bardzo interesującym zajęciem. Dyskurs, którym nas raczy Kaczyński, łączy bowiem cyniczny i załgany przekaz partyjny, pracowicie produkowany każdego dnia przez wynajętych piarowców (jak się zdaje, nawet on jest im posłuszny), z autentycznymi przekonaniami tego osobliwego człowieka.

Osobliwy jest pod wieloma względami, jakkolwiek szczególne miejsce pośród jego dziwactw zajmują fantazmaty, w których z lubością się pogrąża, uwodzony i manipulowany przez swoich stałych rozmówców (z konfabulującym premierem Morawieckim na czele) i swoje lektury. Słuchając mitomanów, czytając partyjne biuletyny udające gazety i oglądając partyjną telewizję, staje się zakładnikiem głupstwa i kłamstwa, które ze swoim środowiskiem generuje. Dlatego jego szczere wynurzenia, tak absurdalnie odklejone od rzeczywistości i w wielu przypadkach bezkrytyczne, a nawet złośliwie przewrotne, pokazują, w jaki sposób za pośrednictwem partyjnych dygnitarzy rządzi nami tzw. dyskurs – mieszanina faktów, uprzedzeń, idei, kłamstw, argumentów i sofizmatów, w sposób bardziej lub mniej produkowanych na użytek sondaży i wyborów.

Jak dyktator albo jak dziecko

Obłędne szkalowanie Niemiec – obok kłamstwa smoleńskiego będące z pewnością najniebezpieczniejszą i najbardziej odrażającą częścią retoryki Kaczyńskiego – to prymitywna odpowiedź na wstrzymanie Krajowego Planu Odbudowy przez Komisję Europejską i jej niemiecką przewodniczącą. Ta wulgarna propaganda jest potrzebą chwili, lecz nieustanne powtarzanie andronów na temat Niemiec przez Kaczyńskiego sprawia, że po pewnym czasie sam zaczyna w nie wierzyć, tak jak jego wyborcy. Być może bardziej rządzi nami nie Kaczyński, lecz brednia bezwstydnie panosząca się na partyjnych konwentyklach i w partyjnych mediach.

Gdy Kaczyński opowiada, że Polska jest ostoją demokracji, a PiS gwarantuje niezawisłość sądów, to wie, że mówi bzdury. A gdy twierdzi, że nie jest dyktatorem, bo PiS nie kontroluje części samorządów, to tylko odsłania się ze swoim marzeniem o pełni władzy – marzeniem na tyle jeszcze niespełnionym, że zapewne faktycznie dokucza mu niedosyt poczucia, że naprawdę jest dyktatorem. Swoją drogą, gdy internet przypomina nam wypowiedź Kaczyńskiego sprzed ćwierć wieku, w której ostrzega przed nadmierną koncentracją władzy w jednych rękach, to widzimy, jak bardzo zmienia się punkt widzenia w zależności od „punktu siedzenia”. Dyktator to zwykle nie jest wróg demokracji, lecz ktoś, kto sądzi, że akurat w jego przypadku trzeba zrobić wyjątek.

W Stargardzie i innych miejscach Kaczyński wychwala stan polskiej gospodarki. PiS zdobył ogromne środki z powodu „uszczelnienia VAT”, dzięki czemu zlikwidował głód na wsi. To nie żarty – tak mówił. Wielkie inwestycje, takie jak Centralny Port Komunikacyjny czy przekop Mierzei Wiślanej, rozruszają gospodarkę, a przecież już dziś „jesteśmy państwem kolejnym po Japonii, jeśli chodzi o wysokość płac”.

Czy Kaczyński naprawdę wierzy, że port w Elblągu będzie zarabiać, a zmniejszenie o połowę (co się bardzo chwali!) „luki vatowskiej” fundamentalnie odmieniło sytuację gospodarczą? Czy naprawdę ktoś mu powiedział, że jesteśmy już jeśli nie „drugą Japonią”, to na pewno „drudzy po Japonii”? Zapewne tak i bardzo możliwe, że był to sam Mateusz Morawiecki. I Kaczyński naprawdę w to uwierzył. Cóż, jak to dyktator, chciałoby się rzec. Gdyby chociaż umiał coś sobie „wrzucić do googli”, jak każde dziecko... Ale nie, tego chyba nie potrafi. Dlatego jest bezbronny jak dziecko, a może i bardziej. Więc może faktycznie nie jest dyktatorem, lecz zdezorientowanym starszym panem, z którym kilku cwaniaków robi, co chce – właśnie tak jak z dzieckiem?

Rządzi nami zagubiony mitoman

Jedno z zaklęć powtarzanych przez Kaczyńskiego to „węgla nie zabraknie”. W Koszalinie powiedział, że kupiliśmy trzy razy tyle węgla, ile potrzebujemy do pieców, bo po sortowaniu zostanie jedna trzecia takiego, który się do domowych pieców nadaje. Z tym sortowaniem to i owszem, ale naprawdę daleko jeszcze do tego, abyśmy sprowadzili wystarczające ilości węgla, a wieloletnia obstrukcja PiS wobec przechodzenia na odnawialne źródła energii właśnie teraz się mści.

W Kołobrzegu nasz Pan Prezes znów odniósł się do tego, co chyba naprawdę nie daje mu spokoju, czyli do swojego statusu dyktatora. Porównał się z Piłsudskim, który, jak wiemy, rządził Polską w sposób nieformalny. Kaczyński uważa, że to za mało, żeby być nazwanym dyktatorem. Dobrze, że przynajmniej ma się tę pozycję co Piłsudski, prawda? Niechcący Kaczyński odsłonił się z tym, jak widzi swoją rolę. On naprawdę sądzi, że sam czy też w tandemie z bratem stanowią „nowego Piłsudskiego” polskiej polityki. Cóż, dobrze, że nie są nowym Kazimierzem Odnowicielem. Zresztą wszystko przed prezesem – wszak dzisiejsza siedemdziesiątka to dawna sześćdziesiątka.

Wracając na koniec do dzików, o których mówił Kaczyński w nomen omen Szczecinie. Dzięki wnikliwym badaniom red. Adama Zadwornego z „Gazety Wyborczej” wyjaśniło się, co prezes PiS miał na myśli, wypowiadając niewątpliwie „memiczne” zdanie: „W okresie rządów PO-PSL ludzie zbierali po lasach kartofle zasadzone dla dzików przez leśników. Tak było”. Otóż podobno leśnicy faktycznie sadzą dla dzików nieco podobną z wyglądu roślinę bulwiastą, zwaną topinambur albo słonecznik bulwiasty. Jak się zwierzyna tego naje, to zostawia pola w spokoju. Nie wiem, jak Państwo, ale ja z ciekawości jedną taką egzotyczną bulwę też bym dziczkowi podebrał. A mówiąc poważnie, Kaczyński naprawdę wyobraża sobie, że to jego władza dźwignęła polski lud z biedy, w której tkwiła beznadziejnie pod rządami niemiecko-ruskiego kondominium. Niesamowite! Rządzi nami zagubiony w rzeczywistości mitoman i megaloman – i to wcale nie jest śmieszne.

Czytaj też: Prezes zjeżdża do bazy. PiS jest osłabiony, jesień będzie nerwowa

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną