Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Wina Tuska za mocne dla dobrozmieńców

Jarosław Kaczyński objeżdża polskie gminy. Jarosław Kaczyński objeżdża polskie gminy. Prawo i Sprawiedliwość / Facebook
Propaganda p. Kaczyńskiego i spółki mogłaby być nawet traktowana jak kabaret mikromana pretendującego do roli politycznego olbrzyma (makromana), gdyby nie aktualna sytuacja polityczna i gospodarcza.

Niedawno „Wiadomości TVP” podały taką informację: „Poseł PiS Przemysław Czarnecki zawieszony w prawach członka partii. Decyzję podjął prezes Jarosław Kaczyński po informacjach o tym, że polityk miał spędzić noc w izbie wytrzeźwień”. Na pasku u dołu ekranu cały czas był napis: „Marcin W.: Dałem łapówkę Tuskowi”.

Kontrast pomiędzy tymi enuncjacjami jest wyraźny. Pan Przemysław, syn eurodeputowanego o ksywie Obatel, a więc niejako Obatelek, „miał spędzić noc” w izbie wytrzeźwień, z czego nie wynika, że tak było, aczkolwiek wedle ogólnie dostępnych informacji był nieprzytomny od upojenia alkoholowego (miał 2 promile we krwi), gdy go znaleziono nieopodal przystanku autobusowego w Wilanowie.

Natomiast „Wiadomości” zasugerowały, że Marcin W. „dał” (a nie „miał dać”) łapówkę Tuskowi (synowi), chociaż na razie są to tylko słowa wspólnika p. Falenty, niewykluczone, że równie kryształowego co domniemany sprzedawca taśm nagranych w restauracji Sowa i Przyjaciele (i innych lokalach).

Tytuł niniejszego felietonu nie jest oryginalny, wykorzystałem komentarz „po prostu pił wina Tuska” (seniora) do pozostawania Obatelka w pozycji horyzontalnej na chodniku. Pan Kaczyński zawiesił p. Czarneckiego (juniora) w prawach członka PiS i skierował sprawę do partyjnych instancji dyscyplinarnych. Tak rzecz ujął: „Nie twierdzę, że jesteśmy partią aniołów, też się różne rzeczy mogą zdarzyć. Tylko my z góry zakładamy, że będziemy na to ostro reagować i ostro na to reagujemy. Choćby ostatnio pewien młody poseł, że tak powiem, nie dał rady – to już, można powiedzieć, wisi, znaczy został zawieszony w prawach członka partii, choć zdaje się, że do domu było już niewiele”.

Poczekamy, zobaczymy, np. może się okazać, że Obatelek zasłabł na przystanku, boć przecież nie miał powodu, aby tam przebywać, skoro był blisko domu. A wtedy jeszcze raz się sprawdzi, że co ma wisieć, nie utonie, bo „nie dał rady” w ustach Jego Ekscelencji wcale nie znaczy, że się upił. W końcu nie można wykluczyć, że syn jest mniej odporny na trudy tego świata niż rodzic, który wykazał się zaiste żelaznym zdrowiem, gdy w mroźne dni zimowe podróżował kabrioletem od Bieszczad po Strasburg dla ratowania, na trzeźwo, Europy przed lewactwem.

Czytaj też: Czarneccy i inne polskie dynastie polityczne

Wawrzyk, czyli polskie szkoły bez kuchni

Wyjaśnienie przypadku Obatelka przez przypuszczenie, że nadużył trunków z piwnicy Tuska, może być wykorzystane do wytłumaczenia, dlaczego dobrozmieńcy mówią to, co mówią. Sam p. Przemysław jest niezbyt elokwentny jako parlamentarzysta, ponieważ, jak wieść niesie, wypowiedział się tylko raz w debacie plenarnej, a więc skąpi perełek swojego intelektu, czego należy żałować.

Na szczęście jest wyjątkiem – inni szczodrze obdarzają nas produktami swych niepospolitych talentów logiczno-oracyjnych. Weźmy chociażby p. Wawrzyka. Jak wiadomo, pretendował do funkcji Rzecznika Praw Obywatelskich – warunkiem objęcia tej funkcji jest bezpartyjność. Rzeczony, niegdyś członek PSL, potem poseł z list PiS, ale bez członkostwa w tej partii, zapewniał o swojej niezłomnej woli pozostania bez przynależności partyjnej, ale Senat RP nie dał wiary jego obietnicom i odrzucił jego kandydaturę.

Stało się to w lutym 2021 r., a miesiąc później p. Wawrzyk stał się członkiem PiS, zapewne dla utulenia żalu z powodu niemożności ofiarnej i partyjnie niezależnej obrony praw obywatelskich. Nie tak dawno wystąpił w programie emitowanym pod czujnym okiem p. Rachonia w TVP(Dez)Info. Posłanka Lewicy twierdziła, że kilkaset tysięcy polskich dzieci głoduje w szkołach. Nie wiem, czy to prawda, czy nie. Reakcja p. Wawrzyka (zagrzewanego do boju przez p. Rachonia m.in. przez elastyczne użycie słów „Panie Profesorze”) była bezcenna. Odpalił tak (cytuję z pamięci, gdyż nie mogłem znaleźć oryginału): „Pani posłanka chce powiedzieć, że po to przyjmujemy milion dzieci ukraińskich w Polsce, aby kilkaset tysięcy polskich dzieci głodowało”.

Rzeczona posłanka wyjaśniła, że tego nie chciała powiedzieć, ale p. Wawrzyk (nadał inspirowany słowami „co Pan Profesor na to?”) wykoncypował: „Pani posłanka chce powiedzieć, że w polskich szkołach nie ma kuchni, w których gotuje się posiłki dla dzieci”. Kwestia głodowania może być łatwo sprawdzona przez odwołanie się do statystyk, a wtedy się okaże, czy stwierdzenie rzeczonej posłanki jest prawdziwe czy fałszywe, zupełnie niezależnie od tego, ile jest dzieci ukraińskich w Polsce i czy polskie szkoły są wyposażone w kuchnie. Trudno przypuścić (chociaż nie jest to wykluczone), aby p. Wawrzyk i p. Rachoń nie pojmowali tak prostej rzeczy. Zwykle tłumaczę tego rodzaju popisy oratorskie „przerostem dobrozmiennych gruczołów politycznych” (dla porządku dodam, że podobne przypadłości są dość powszechne wśród polityków), ale teraz dodałbym, że wina Tuska okrutnie szumią w głowach aktywistów tzw. dobrej zmiany.

Kaczyński: gospodarczy futurysta

Tak się składa, że sam Prezes the Best dostarcza znakomitych przykładów filtrowania przemówień trunkami Tuska – nie tylko wtedy, gdy opowiada o „atatojlahu” (samym sobie?) i smartfonach. W Radomiu (26 października) w pewnym momencie oświadczył: „Dowiedziałem się z telewizji, której nie oglądam...”. To stwierdzenie, zapewne dotyczące TVN, można interpretować na dwa sposoby.

Po pierwsze, że Jego Ekscelencja wyłącza wizję, natomiast zostawia fonię i w ten sposób pozyskuje wiadomości. Po drugie, że mocą swych przyrodzonych zdolności epistemicznych nie otwiera telewizora, ponieważ z góry wie, co w rzeczonej telewizorni gadają. Jest tutaj pewien problem, ponieważ Prezes the Best nie jeden raz oznajmiał, że TVN kłamie. Trudno w tej sytuacji opowiadać „dowiedziałem się”, jeśli przez wiedzę rozumie się prawdziwe i uzasadnione przekonanie, chociaż taka definicja wiedzy wygląda na obcą p. Kaczyńskiemu.

Sprawa wygląda bardziej realistycznie, gdy zamiast o TVN będziemy myśleli o TVP, nawet niekoniecznie (Dez)Info. Jego Ekscelencja nie musi oglądać tzw. telewizji publicznej, aby dowiadywać się, co tam propagrandują, gdyż sam (pośrednio lub nawet bezpośrednio) ordynuje to, co w tym medium podaje się do wiadomości. Wszelako interesuje mnie tutaj nie tyle takie lub inne telewizyjne źródło wiadomości rozpowszechnianych przez szefa tzw. dobrej zmiany, ile wartość tego, co Najlepszy Prezes głosi.

Weźmy chociażby taki przykład. Pan Kaczyński wiele ostatnio prawił o rozwiązywaniu problemów z opałem. Omawiał rozmaite surowce dające ciepło, np. węgiel brunatny, a nawet opony samochodowe (ich nie zalecał, przynajmniej na razie). W końcu wyprodukował epokową koncepcję, wedle której „poprzez inne zabiegi zdołamy doprowadzić do stanu, w którym cena węgla będzie tak skonstruowana, iż – to pewna przenośnia – ten węgiel tani, polski, będzie pomieszany – nie fizycznie – z tym węglem dużo droższym z importu. Razem wziąwszy, doprowadzimy do tego, że ci, którzy będą kupowali te trzy tony, będą płacili w gruncie rzeczy tyle mniej więcej co w przyszłym roku. Tysiąc złotych dopłaty i ok. 2 tys. zł za węgiel, czyli wychodzi na to samo”.

Chyba jednak wychodzi na to, że Jego Ekscelencja tak przejął się winami Tuska, że nie dał rady i wyszło mu, że bilans musi wyjść na zero, aczkolwiek przy założeniu, że w tym roku będzie się płacić za węgiel tyle co w przyszłym, co łatwo obliczyć, zważywszy na zapewnienia p. Glapińskiego na temat spadku inflacji (w ostatnich dniach wzrosła do 17,9 proc.). Wizje p. Kaczyńskiego można określić jako ekonomiczny futuryzm. O ile futuryści w malarstwie korzystali z natchnienia artystycznego, o tyle gospodarcza wersja tego kierunku nie może obejść się bez win Tuska.

Czytaj też: Zmiana wiatru? W obozie PiS zapachniało porażką

LGBT i 80 innych liter

Sprawy obyczajowe stanowią ostatnio ulubiony temat Prezesa the Best. Oto cztery wyimki z jego produkcji na spotkaniach z wyborcami Zjednoczonej Prawicy. (1) „Pan o imieniu Donald zwraca uwagę na sprawy takie jak kwestie życia rodzinnego, ale jakie? Aborcji albo związane z możliwością zmiany płci – ale nie zmiany poprzez zabiegi lekarskie, operacyjne, bo to jest czasem potrzebne, gdy ludzie mają jakieś wady psychiczne albo nawet fizyczne, tzw. obojnactwo, tym ludziom oczywiście trzeba pomóc, ale chodzi o zmianę płci na zasadzie decyzji. Na przykład że od [tutaj orator zerknął na zegarek] za dwadzieścia siódma pan marszałek [zwrócił się do mężczyzny na widowni, prawdopodobnie chodziło o marszałka województwa śląskiego] ma na imię Zofia”; (2) Tu na sali widzę jedynie kobiety i mężczyzn. Ale oni są tacy, że twierdzą, że pan Kosztowniak [były prezydent Radomia z PiS – red.] może jutro się obudzić i stwierdzić, że ma na imię Anna. I wszyscy będą musieli do niego tak mówić – mówił z uśmiechem na twarzy. – Ja panu wierzę, że pan taki nie jest. Ale w niektórych miejscach na ewidentnego chłopaka trzeba mówić jak do kobiety, bo tak sobie życzy”; (3) „W Anglii mężczyzna, który powie, że para homoseksualna nie może mieć dzieci, może pójść do więzienia. To zaczyna się też u nas, szczególnie na uczelniach i w teatrach. To może nas zniszczyć. (...) Wmuszają nam te LGBT i 80 innych liter, choć przecież alfabet nawet tylu nie ma”; (4) „Sam wiele razy próbowałem bronić dzieci przed oddawaniem ich cudzoziemskim ojcom, najczęściej Niemcom, nawet jeżeli byli totalnymi degeneratami. Sędziowie leżą plackiem przed byle kim z Niemiec, choć także ludźmi z innych krajów”.

Dwa pierwsze anonsy dają się zrozumieć chyba tylko przy założeniu, że przemiany biologiczne odpowiednio datowane „za dwadzieścia siódma” i „jutro po obudzeniu się” są doznawane po wyjątkowo intensywnej konsumpcji win Tuska, co marszałkom z ramienia PiS może (nie musi – wyjaśniam z ostrożności procesowej) się przytrafić, ponieważ nie jest to partia aniołów. Mam przy tym nadzieję, że Prezes the Best niedługo rozstrzygnie teologicznie niejasny problem płci aniołów.

Odnośnie do wypowiedzi nr 3 – pozyskiwanie wiedzy o Anglii, uczelniach, teatrze i obliczanie zasobów alfabetu zademonstrowane przez Jego Ekscelencję zaszło chyba w piwnicy osoby o imieniu Donald. I wreszcie (4) razi zbytnim posybilizmem, ponieważ budzi zdziwienie, że p. Kaczyński tylko próbował, a nie obronił, zwłaszcza że chodzi o totalnych degeneratów z Niemiec. Pewnym wytłumaczeniem jest to, że kasta sędziowska, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi, utrudniła Jego Ekscelencji efektywną obronę z powodu leżenia plackiem pod wpływem win Tuska.

Czytaj też: Wuj to wuj, a demokracja to demokracja

Misie z PiS są za małe

Patron win przewijał się w powyższych rozważaniach niejako pośrednio, ale Jego Ekscelencja od dawna specjalizuje się w bezpośrednim nawiązywaniu do rzeczonej osoby. Jak zapewnia p. Fogiel, rzecznik PiS, Prezes the Best czyni to z prawdziwym umiarem i łagodnie. Oto dokumentacja: „Ale ja nie dostrzegam szczucia na Donalda Tuska. (...) Dostrzegam u pana próbę takiego niesprawiedliwego rozłożenia win i zasług, bo jednak jest jedna strona sporu politycznego, która odpowiada za ten dzisiejszy język nienawiści w Polsce. To nie zwolennicy PiS gromadzą się na spotkaniach z Donaldem Tuskiem, plują i obelżywie atakują uczestników tych spotkań, tylko jakimś dziwnym trafem w ten sposób są atakowani uczestnicy spotkań z Jarosławem Kaczyńskim”.

Chyba jednak p. Fogiel osłabił swoje dostrzeganie nadmiernym spożyciem win Tuska, ponieważ ma kłopoty ze zrozumieniem, że szczucie na X przez Y i atakowanie zwolenników tego drugiego to dwie różne sprawy. Nowogrodzki „Wuc” przebił jednak swego podwładnego i zapodał: „W UE wiedzieli, że [Tusk] nie nadaje się na przewodniczącego KE, nawet w porównaniu z tym przewodniczącym, który miał różne kłopoty, nazwijmy je zdrowotnymi. Jednak to stanowisko dostał, chociaż cena dla nas za to była bardzo wysoka, bo niczego tam nie załatwił dla Polski, a w pewnym momencie zaczął mocno szkodzić”.

Z tego bajdurzenia wynika, że p. Tusk został przewodniczącym Komisji Europejskiej, na które to stanowisko nigdy nie kandydował – został wybrany szefem Rady Europejskiej. Pan Kaczyński, najwyraźniej zauroczony winami Tuska, zapomniał, jak to sam witał kwiatami w Warszawie p. Szydło po jej „zwycięstwie” w stosunku 1:27 w głosowaniu nad kandydaturą p. Saryusza-Wolskiego na przewodniczącego RE. Nie potrafiłem znaleźć stosownego cytatu, ale pamiętam, że Jego Ekscelencja przywoływał przykład swego ś.p. brata, któremu miano proponować znacznie wyższe stanowisko niż p. Tuskowi, ale nie zostało ono przyjęte z powodów patriotycznych. Gdyby nie to, że p. Waszczykowski powołał do życia San Escobar dopiero w 2017 r., można by sądzić, że patron Via Carpatia (tj. Lech Kaczyński) miał zostać cesarzem tego mocarstwa.

Zacytowane uwagi Prezesa the Best są wmontowane w kontekst międzynarodowy, taki mianowicie: „Mamy u nas partię polską, czyli Zjednoczoną Prawicę, i partię niemiecką, czyli opozycję. (...) Dalsze losy tego, co się działo w Polsce, wskazują na to, że to było tak. Tym czynnikiem były przede wszystkim Niemcy, a Rosja była dlatego, że Niemcy chciały dobrze z Rosją, to oczywiście Polska też musiała dobrze z Rosją, a jaka była motywacja poza tą ogólnopartyjną? Także niewątpliwie indywidualna. Tusk chciał być dużym misiem”.

Dowiadujemy się również, że, o zgrozo, p. Ławrow, minister spraw zagranicznych Rosji, czyli państwa, z którym Polska utrzymuje stosunki dyplomatyczne, kontaktował się z polskimi ambasadorami. Dla kontrastu to, że p. Kaczyński spotkał się z p. Miedwiediewem, prezydentem Rosji, na pogrzebie swego ś.p. brata, a potem wystosował list „Do przyjaciół Rosjan”, ma zapewne świadczyć o tym, że polska prawica czyni przygotowania do zbrojnej rozprawy z państwem ze stolicą w Moskwie. Dziwne, że mimo siedmiu lat rządów nie doszło jeszcze do sfinalizowania tej opcji „imperialnej”. Czyżby dobrozmienne misie były za małe?

Czytaj też: Czy PiS już przegrał, czy tylko trochę. Trzy scenariusze

Polska PiS radzi sobie sama

Przedstawiona wyżej propagranda p. Kaczyńskiego i spółki mogłaby być traktowana jak kabaret mikromana pretendującego do roli politycznego olbrzyma (makromana), gdyby nie aktualna sytuacja polityczna i gospodarcza. Nie zamierzam twierdzić, że polityka UE wobec Putina była racjonalna, ale co się stało, to się nie odstanie, niezależnie od opowieści dobrozmieńców o ich proroczych wizjach nieprzeszkadzających im w ożywionym handlu z Rosją i torpedowaniu europejskich inicjatyw energetycznych.

Problemem głównym jest to, jak uniezależnić się od rosyjskiego szantażu surowcowego lub nawet przygotować się do ewentualnej agresji militarnej ze Wschodu. Jasne, że Polska sama nie może stawić czoła tym zagrożeniom. W tej sytuacji konflikt z przeszło połową własnego społeczeństwa i prawie całą UE godzi w fundamenty bytu narodowego. Zapewnienia p. Błaszczaka, że nie dopuści do tego, aby najmniejszy skrawek naszego terytorium był okupowany przez wroga (nie odda nawet guzika), i radocha z odkrycia włoskiej donny Giorgii, że ktoś jest Andrzejem i mężczyzną, trzeba traktować jako oznaki braku trzeźwości, mniejsza o to, pod wpływem jakiego trunku.

Czytaj też: Sprawdzamy, czy i jak można ukarać ludzi PiS

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną