Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Polska armia kupuje „kosmiczne oczy”. Wojna w Ukrainie pokazała, że są niezbędne

Francuski satelita z konstelacji Pléiades Neo Francuski satelita z konstelacji Pléiades Neo Airbus Space / mat. pr.
Oficjalny komunikat jest lakoniczny i zastrzega niejawność szczegółów. Dowiadujemy się z niego jednak, że w pakiecie satelitarnym chodzi faktycznie o dwa porozumienia: umowę budowy i dostawy (tzn. wyniesienia na orbitę i połączenia ze stacją naziemną w Polsce) dwóch optoelektronicznych satelitów obserwacyjnych najnowszej generacji.

Trwało to dłużej niż wysłanie człowieka na Księżyc i jeszcze potrwa. Od rzuconego przez JFK hasła-apelu do pierwszej misji Apollo upłynęło osiem i pół roku. Od postawienia celu pozyskania minimum dwóch satelitów obserwacyjnych dla wojska do jego realizacji, na razie w postaci umowy, minęło ponad dziesięć lat. Do chwili uzyskania „narodowych” zdolności kosmicznych upłynie kolejnych pięć: dostawy zbudowanych według wymagań Polski satelitów rozpoznawczych zaplanowano na 2027 r.

Czytaj też: Walka z Rosją będzie długa i ciężka. Kluczowe są rezerwy

Niezbędne „kosmiczne oczy”

Wszystko to dzieje się w czasach, gdy nie tylko kolejne konflikty zbrojne, ale ogólny postęp technologiczny sprawił, że wyjście wojska w kosmos wydaje się i potrzebą, i oczywistością. A jednak latami trwały przymiarki, analizy, studia wykonalności i wstępne rozmowy. Rozwiązaniem tymczasowym była umowa z Włochami z 2014 r., gwarantująca dostęp do danych z ich konstelacji satelitów radarowych Cosmo Sky-Med. Ale to urządzenia o innej specyfice, nie tak dokładne jak bardzo wysokiej rozdzielczości aparatura optyczna. A takiej, zdolnej do widzenia szczegółów drobniejszych niż 30 cm, poszukiwało wojsko. Z Francuzami, ostatecznymi dostawcami technologii kosmicznej, byliśmy już kiedyś „po słowie”. Ale wiadomo, jak z nimi szły nam ostatnio zakupy obronne – tym bardziej znacząca jest zmiana podejścia MON Mariusza Błaszczaka, nawet jeśli jednorazowa.

Wojna w Ukrainie po raz enty udowodniła nieodzowność systemów rozpoznania satelitarnego i potwierdziła przewagi wynikające z możliwości skierowania „kosmicznych oczu” niemal w dowolny punkt globu. Zdjęcia satelitarne (oraz dane z innych czujników orbitalnych) okazywały się niezbędne dla rozeznania w ruchach przeciwnika, w tym wykrycia i analizy charakteru koncentracji wojsk Rosji na granicach Ukrainy. Co pozwoliło tzw. społeczności wywiadowczej na dokonanie oceny, iż nie są to żadne ćwiczenia, a przygotowania do wojny. Już w trakcie konfliktu do katalogu udogodnień zapewnianych przez satelity doszła identyfikacja i wskazywanie celów poprzez zwiad kosmiczny, co jest już „wyższą szkołą jazdy”, bo wymaga znacznego skrócenia czasu między zleceniem takiej misji, otrzymaniem i analizą danych oraz wydaniem na ich podstawie decyzji o użyciu uzbrojenia. Na końcu zaś satelity okazały się superprzydatne w ocenie skutków uderzeń, aktów sabotażu czy wybuchów licznych „niedopałków”, które prześladowały rosyjskich agresorów nieraz bardzo daleko od teatru działań wojennych. Dzięki zdjęciom z kosmosu liczyliśmy dziury w mostach wykonane rakietami z HIMARS-ów, ocenialiśmy uszkodzenia okrętów po tajemniczych atakach czy widzieliśmy rozmieszczenie rosyjskiego sprzętu na Wyspie Węży.

Najlepszym przykładem użycia satelitów do oceny strat są jednak niedawne zaskakujące ataki starych poradzieckich bezzałogowców na strategiczną bazę lotniczą Engels pod Saratowem, odległą o setki kilometrów od najbliższego miejsca, z którego Ukraina mogła taką broń odpalić. Jest to również miejsce w zasadzie niemożliwe do podejrzenia tradycyjnymi, powietrznymi środkami rozpoznania (samolotami czy bezzałogowcami), które przypuszczalnie zostałyby wykryte i unieszkodliwione przez obronę powietrzną Rosji. Zwiad satelitarny tak naprawdę rozwinął się zresztą po takim głośnym incydencie zimnej wojny – zestrzeleniu samolotu „szpiegowskiego” U-2 nad ZSRR w maju 1960 r.

Początki były trudne – kapsuły z filmami musiały być zrzucane z orbity na ziemię, a w locie na spadochronie przechwytywane przez samoloty. Część się gubiła, a Pentagon za znalezienie pojemnika dawał nagrody. Lotnictwo nie dawało za wygraną, stawiając na szybkość niedoścignionych nawet dla rakiet samolotów rozpoznawczych SR-71, najszybszych seryjnych maszyn latających w historii. Ale miniaturyzacja optoelektroniki, cyfrowe metody zapisu obrazu i przekazywania danych okazały się jeszcze szybsze i w sumie tańsze pomimo kosztów wyniesienia kosmicznego ładunku. Już w latach 80. XX w. satelitarne podglądanie strategicznych przeciwników dominowało nad lotami atmosferycznymi. Ziarniste, czarno-białe odbitki zastąpiły wysokiej rozdzielczości slajdy, a później pierwsze zdjęcia cyfrowe. To kosmiczne szpiegostwo napędzało rozwój fotografii cyfrowej u jej zarania.

Dziś zdjęcia satelitarne (oraz obrazy w różnych spektrach elektromagnetycznych, nie tylko światła widzialnego) to powszechna komercyjna usługa, na którą stać w zasadzie każdego i którą da się zastosować w bardzo wielu obszarach gospodarki, usług czy życia codziennego (jak choćby nakładka w Google Maps). Niezliczone aplikacje i biznesy już bazują na zdjęciach z orbity, wojsko bez nich obejść się też nie potrafi. Polskie musiało czekać nieco za długo, ale się doczekało.

Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

Dwudrzwiowa lodówka na orbicie

Oficjalny komunikat Agencji Uzbrojenia jest lakoniczny i zastrzega niejawność szczegółów, co jest od jakiegoś czasu „nową normą” w MON. Dowiadujemy się z niego jednak, że w pakiecie satelitarnym chodzi faktycznie o dwa porozumienia: umowę budowy i dostawy (tzn. wyniesienia na orbitę i połączenia ze stacją naziemną w Polsce) dwóch optoelektronicznych satelitów obserwacyjnych najnowszej generacji, których nie ma, dopiero będą zbudowane. Najnowszymi satelitami tego typu oferowanymi przez dostawcę, firmę Airbus Defense & Space, są urządzenia z konstelacji Pléiades Neo, krążące nad Ziemią na wysokości 700 km, zdolne zmieniać trajektorię i wykonujące zdjęcia powierzchni planety z rozdzielczością minimum 30 cm.

W praktyce na zdjęciach, nawet tych komercyjnie udostępnianych, widać szczegóły drobniejsze. W konstelacji są teraz cztery satelity i do nich Polska ma otrzymać dostęp od razu, w czasie gdy będzie oczekiwać na własne aparaty. Przy czym nikt nie wspomina o rezygnacji z systemu włoskiego, a zatem polskie zdolności kosmiczne niemal z dnia na dzień istotnie się wzbogacą, a z czasem uzyskają przymiot suwerenności. Już od stycznia mamy mieć możliwość „zadaniowania” (określenie z komunikatu) francuskiej konstelacji satelitów, a zatem wyznaczania im misji do wykonania, na wyłączność. Resort obrony podkreśla, że takie rozwiązanie – wejście jako udziałowiec do wielonarodowej konstelacji – jest korzystne, bo zwiększa możliwości rozpoznania. Nie mówi, ale wydaje się to jedną z przesłanek, że podłączenie się do Francji – mocarstwa atomowego – zwiększa poziom bezpieczeństwa polskich zasobów kosmicznych przed rosyjską bronią antysatelitarną. Teoretycznie możliwe strącenie satelity z takiej konstelacji wymuszałoby reakcję Francji, a to stanowi już inny poziom kalkulacji strategicznej. Ważne, że korzystać z satelitów ma nie tylko wojsko, a również inne instytucje rządowe. Dane będą analizowane przez wywiad, służby, urzędy, a być może również firmy i instytucje pozarządowe, które dotychczas musiały zamawiać zdjęcia satelitarne na komercyjnych zasadach.

To wszystko – i zapewne więcej niejawnych korzyści – za, bagatela, 575 mln euro, czyli ponad 2,5 mld zł netto (w zaokrągleniu). Jak na skalę obecnych umów MON to drobiazg. Niestety, nie słychać nic o jakimkolwiek zaangażowaniu polskiego przemysłu kosmicznego w to przedsięwzięcie. „Duże” satelity to jeszcze nie polska skala możliwości. U nas, w prywatnych firmach, trwa praca nad satelitami klasy nano i mikro – urządzeniach wielkości kostek od 10x10 cm do pół na pół metra – które kiedyś wzbogacić mają narodową konstelację. Gdy poprosiłem przedstawiciela Airbusa o obrazowy opis wielkości Pléiades Neo, usłyszałem coś o dwudrzwiowej lodówce. Zresztą dwie takie „lodówki” Airbus całkiem niedawno utracił. Próba wyniesienia urządzeń nr 5 i 6 konstelacji Pléiades Neo 20 grudnia zakończyła się po 144 sekundach katastrofalną awarią silnika rakiety Vega-C i decyzją o zniszczeniu statku kosmicznego razem z ładunkiem. Zdarzenia tego typu są coraz rzadsze, ale wciąż mają miejsce. Na szczęście dotyczą lotów bezzałogowych, więc koszt to tylko pieniądze, a nie ludzkie życie. Można jednak ocenić, że dwa utracone satelity i rakieta to grube setki milionów euro, które z dymem spadły do Atlantyku u wybrzeży Gujany Francuskiej. Zapewne również z kosmodromu CSG, zwanego także „europejskim”, wystartują na orbitę polskie satelity.

Najbliższe pięć lat do ich wystrzelenia upłynie na budowie systemu wykorzystania kosmicznych danych. Choć filmowe scenariusze podpowiadają, że chodzić może o jakiś wielki ekran w podziemnym bunkrze i fotele dla generałów, prezydenta i premiera, tak naprawdę użycie zdjęć satelitarnych wymaga przede wszystkim tego, czego nie widać – łączności. Liczy się czas między zleceniem misji, wykonaniem zdjęcia, jego analizą i podjęciem decyzji, np. o użyciu uzbrojenia albo pokazaniu tego, co się widzi. Bo doświadczenia ostatnich dekad dowodzą, że dane z rozpoznania – lotniczego i satelitarnego – mogą też być bronią polityczną.

Wspomniany na początku tekstu JFK zrobił tak ze zdjęciami lotniczymi radzieckich rakiet na Kubie. Dowódcy NATO demaskowali przez zdjęcia satelitarne rosyjskie plany ataku na Ukrainę w 2021 r., choć w 2014 nieco się z tym spóźnili. W polskim przypadku, kraju sąsiadującego z obwodem kaliningradzkim, z opanowaną wojskowo przez Rosję Białorusią i wciąż walczącą Ukrainą, dysponowanie niezależnym od dobrej woli sojuszników oglądem sytuacji warunkuje możliwość właściwego zrozumienia zamiarów wroga i zaplanowania adekwatnej odpowiedzi. A najpierw pokazania, że się te zamiary widzi, co pozbawia zaskoczenia i może zmienić kalkulację napastnika.

Czytaj też: Amerykańska broń jądrowa w Polsce? Nie łudźmy się

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną