Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Po nas tylko my. Co i jak PiS robi, żeby utrzymać się przy władzy

Mateusz Morawiecki w Wilnie, 2 maja 2023 r. Mateusz Morawiecki w Wilnie, 2 maja 2023 r. Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Jarosław Kaczyński niestety nie wyjawił, jaki ustrój proponuje na przyszłość, choć wiadomo, że nie będzie to na pewno liberalna demokracja. Parafrazując Margaret Thatcher, „najgorsze w tzw. dobrej zmianie jest to, co po niej zostanie”.

Madame de Pompadour, kochanka Ludwika XV, miała powiedzieć: „Po nas choćby potop”, i wyrazić w ten sposób upodobanie do hucznych zabaw w Pałacu Wersalskim za państwowe pieniądze. Wedle Słownika języka polskiego słowa te odnoszą się do osoby, której nie interesuje, co się będzie działo wskutek jej aktywności w danej sprawie, natomiast ważna jest tylko jej własna korzyść.

Często ocenia się w ten sposób polityków. Jak dobrze wiadomo, polityka jest na ogół dość amoralna – zgodnie z powiedzeniem lorda Johna Actona (XIX w.), „każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie”. Pierwsza część tej sentencji sugeruje, że rządzący zawsze ma coś za uszami. A ponieważ władza polityczna ma to do siebie, że jej dzierżyciele mają nieodpartą skłonność do poszerzania swego imperium (władztwa), niebezpieczeństwo progresu demoralizacji jest zawsze aktualne.

Politycy mają to do siebie, że tłumaczą się dobrem ogólnym (modne jest określenie „dobro wspólne”), ale bardzo często działają w myśl zasady wyrażonej przez Mme Pompadour. Twierdzi się, że demokracja jest zaporą dla potopu „po nas”, bo wprowadza, lepiej niż inne reżimy, efektywne zasady odpowiedzialności za postępki.

Z drugiej strony trzeba pamiętać o słowach Winstona Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu. Oznacza to m.in., że demokracja nie wyklucza własnej degeneracji, tj. przeradzania się w system niedemokratyczny czy nawet antydemokratyczny. Zdaniem obserwatorów światowej sceny politycznej typowym przykładem promotora erozji demokracji w swoim kraju jest p. Orbán, niegdyś piewca wartości demokratycznych, a teraz egzekutor ich ograniczania.

Po PiS tylko PiS

Politycy rzadko powiadają: „po nas choćby potop”, a znacznie częściej, że są nie do zastąpienia, bo skoro państwo to „my” (dobrozmieńcy w szczególności), to jak długo jest państwo, tak długo „my” musimy nim rządzić. Gomułka wołał: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Pomijając potoczne implementacje tego sloganu w wersji poznańskiej z 1956 r., gdańskiej z 1970 i w kopalni „Wujek” w grudniu 1981, zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego, wykładnia teoretyczna głosiła, że władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy, ponieważ to my jesteśmy depozytariuszami historycznych konieczności, działających dla dobra, szczęścia i wszelakiej pomyślności „ludu pracującego miast i wsi”. Ów lud może być zastąpiony przez Naród (oczywiście przez duże N), rasę, wyznawców jedynie słusznej religii itp.

Tego rodzaju postawa na ogół nie kojarzy się z potopem, który mógłby nastąpić po odejściu danej grupy politycznej na emeryturę lub wręcz do krainy wiecznych łowów. Znacznie lepszym wyrazem jest powiedzenie użyte w tytule: „po nas będziemy my”, gdzie „my” znaczy „my lub nasi następcy, wyznający te same poglądy, wartości i cele”.

Dość żartobliwym, ale też adekwatnym odzwierciedleniem tej postawy jest treść poselskiej ankiety personalnej p. Mularczyka, wiceministra spraw zagranicznych i głównego konstruktora reparacyjnych pretensji rządu wobec Niemiec, który wpisał „parlamentarzysta” w rubryce zawód. W filmie Barei „Poszukiwany, poszukiwana” jednym z bohaterów jest peerelowski prominent z awansu. Małżonka, zapytana, kim jest jej mąż, odpowiedziała z nieukrywaną dumą: „mój mąż jest z zawodu dyrektorem”. Pan Mularczyk piastuje mandat poselski już 18 lat i nic dziwnego, że planuje ciąg dalszy.

Kaczyński nie zadbał o sukcesję

Nadzieje p. Mularczyka mają solidną podbudowę w następujących słowach p. Kaczyńskiego: „W 2015 r. rozpoczęła się zmiana ustroju Polski, (...) także i politycznego. (...) Ale ten ustrój już w swoich założeniach miał elementy, które (...) można nazwać błędami”.

Niestety p. Kaczyński nie wyjawił, jaki ustrój proponuje na przyszłość. Wiadomo tylko, że nie liberalną demokrację. To bardzo niewiele, jak w każdym wyjaśnieniu poprzez negację, np. gdy mówię, że kolor tego kostiumu nie jest brązowy, to nic z tego wynika.

Tedy nie jest jasne, jaki ustrój ma towarzyszyć temu, co nie jest demokracją liberalną. Potrzebny jest jakiś domysł. Z uwagi na Jego Ekscelencję można optować za monarchią. Jest jednak pewien problem praktyczny, mianowicie sprawa sukcesji, ponieważ kandydat na dobrozmiennego monarchę tak wiele czasu poświęcił dla budowy społeczeństwa trwającego w Prawie i Sprawiedliwości, że nie zadbał o progeniturę. Można by brać pod uwagę jego bratanicę trojga postpanieńskich imion i ją uczynić bezpośrednią sukcesorką, a potem ukoronować jej potomstwo. Wszelako najprawdziwsi Polacy, zwłaszcza ci z Ordo Iuris i zbliżonych kręgów, mogliby mieć uzasadnione obiekcje z uwagi na ponadnormatywną liczbę nazwisk „po mężu”. Zgrabnym wyjściem byłaby adopcja. Kogo? – można i trzeba zapytać. Kandydatów jest wielu, ja proponuję p. Marka Suskiego, nieskazitelnego politycznie i dzieciatego. To byłby właściwy pomazaniec na czasy, gdy po „nas” tylko „my”.

Czytaj też: Kto zastąpi Kaczyńskiego? Zbliża się wielka sukcesja na prawicy

A może monarchia?

Skoro już mamy rozwiązany problem sukcesji, i to w tak spektakularny sposób, wypada zająć się bliżej charakterystyką monarchii, w której przyjdzie żyć kolejnym pokoleniom Polaków. Od razu można powiedzieć, że nie wchodzi w grę monarchia konstytucyjna. Wielka Brytania, Hiszpania, Dania, Norwegia, Szwecja, Belgia czy Holandia skompromitowały się paktem z liberalizmem (pardon, diabłem). Niektóre z nich, np. Belgia, Hiszpania, Holandia i Szwecja, ciałem i duszą służą Belzebubowi (jakby powiedziała p. Nowak, małopolska kurator oświaty), tj. UE, bo należą do tej wyimaginowanej wspólnoty, jak to trafnie ujął p. Duda. Inne, np. Wielka Brytania i Norwegia, blisko z nią współpracują. Doszło nawet do tego, że Baldwin I, król Belgów, abdykował na jeden dzień w 1990 r., żeby nie blokować ustawy legalizującej aborcję w kraju, którym rządził. Mienił się katolikiem, a skoro tak, to winien zrobić wszystko, aby stosowna ustawa nie weszła w życie. Jego polityczny, a także towarzyski pech polegał na tym, że nie miał przy boku kogoś pokroju mgr Przyłębskiej, a więc nie mógł nakazać, aby belgijski sąd konstytucyjny sprawę tak rozwiązał, jak to zrobiono w Polsce.

Wracając do tematu ustroju. Skoro nie monarchia konstytucyjna, to co? Wydaje się, że interesy dobrej zmiany właściwie zabezpieczy monarchia pozakonstytucyjna, ale mająca konstytucję. Może i tak się zdarzyć, że Polska nie będzie monarchią, ale pozostanie republiką, także pozakonstytucyjną (choć z ustawą zasadniczą). Wszelako dla kontynuacji tzw. dobrej zmiany ważne będzie to, że Trybunał Parakonstytycyjny, korzystając z dorobku mgr Przyłębskiej, zawsze będzie w stanie wykazać, że to, co niekonstytucyjne, jest konstytucyjne, a to, co konstytucyjne – niekonstytucyjne. Wszystko będzie grało zgodnie z zasadą, że władcy (władzy) przyszłej Polski nikt nie przekona, że białe jest białe, a czarne – czarne. I to jest podstawowa zasada ustroju pozakonstytucyjnego.

Czytaj też: Czy PiS odda władzę? Zachodzące procesy pokazują, że tak, ale...

Jak się wspomóc ordynacją

Jako się rzekło, pozakonstytucyjność jest dialektyczną syntezą konstytucyjności i niekonstytucyjności – w planie ogólniejszym mamy pozaprawność, czyli jedność tego, co prawne (zgodne z prawem), i bezprawne. Oto kilka przykładów tej jedności z pokaźnego zbioru (pomijam propagandę) z poletka PiS.

Kluczową sprawą dla „po nas tylko my” jest odpowiednia konstrukcja prawa wyborczego: aby zawód parlamentarzysty był trwały i nie przechodził w niepowołane ręce. Temu mają służyć sposoby zwiększania frekwencji tam, gdzie tzw. dobra zmiana może liczyć na sukces, i jej ograniczanie tam, gdzie spodziewa się porażki. Udział w głosowaniu jest prawem obywatelskim, więc działania na rzecz zwiększenia frekwencji są konstytucyjne, natomiast ograniczające ją – nie są.

Niemniej dialektyczną syntezę jednego i drugiego osiąga się dzięki przepisowi ustalającemu, że liczenie głosów może trwać tylko 24 godziny, a jeśli trwa dłużej, to przepadają. Tak się składa, że tzw. dobra zmiana nie jest nadmiernie popularna poza krajem, w zagranicznych okręgach wyborczych liczenie głosów jest dłuższe, nie ma możliwości głosowania korespondencyjnego, więc konsekwencja jest jasna – część głosów oddanych na opozycję zostanie uznana za nieważną. Ta pozakonstytucyjna synteza jest wspomagana przepisem niższej rangi niż znajdujący się w ustawie zasadniczej.

Aby prawo wyborcze działało należycie, tj. zgodnie z interesem PiS, potrzebna jest wiedza o obywatelach. Temu ma służyć inwigilacja rozmaitych służb z pomocą systemu Pegasus i podsłuchów w hotelach. Ważna jest też propaganda, czemu służą z kolei prywatne datki na partyjny fundusz wyborczy. To zrozumiałe, że jeśli chcesz należeć do „my po nas”, to musisz się stosownie opłacić.

A ostatecznym zabezpieczeniem ma być komisja ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–22, która będzie mogła pozbawić możliwości piastowania funkcji publicznych. Przepiękny przykład dialektycznej syntezy prawa i bezprawia.

Czytaj też: Dlaczego afery, skandale i przekręty nie szkodzą PiS

Sprawy Witek i Ziobry

Reguła wyrażona tytułem niniejszego felietonu działa nie tylko na poziomie ustrojowym, ale również w sprawach prywatnych. Mąż p. Witek, marszałkini Sejmu, ma kłopoty z oddychaniem, korzysta z respiratora i przebywa prawie dwa lata na oddziale intensywnej terapii (OIOM) w Legnicy. Miejsce jest przeznaczone dla osób, które natychmiast wymagają intensywnej terapii. Koszty pokrywa Narodowy Fundusz Zdrowia. Przeciętny czas pobytu wynosi kilka dni.

Pani Witek oświadczyła: „Oddałabym wszystko, żeby go stamtąd zabrać, żeby mógł samodzielnie oddychać”. To, czy pan Witek będzie samodzielnie oddychał, czy nie, jest kwestią medyczną, a nie zabrania go do domu. Pani Witek może zabrać małżonka do domu, nawet gdy nie może samodzielnie oddychać. Nie musi przy tym oddawać wszystkiego, może zrezygnować z marszałkowskiej posady lub wynająć opiekunkę. Pan Cieszyński na pewno użyczy jej jednego z respiratorów, nabytych jakiś czas temu od handlarza bronią, a jeśli miejsce składowania owych urządzeń nie jest znane, p. Niedzielski na pewno wystara się o respirator dla męża partyjnej koleżanki.

Pomijając osobiste losy małżeństwa Witków, ich sytuacja bardzo dobrze ilustruje sposób, w jaki „my” organizujemy życie, aby mieć profity również po „nas”. „My” nie mamy zamiaru płacić za „nas” – ma to robić państwo, teraz i w przyszłości. Zdarzyło się w Legnicy, że pewna kobieta wymagała natychmiastowej interwencji na oddziale intensywnej terapii. Nie było dla niej miejsca, zmarła. Rodzina wystąpiła o wszczęcie postępowania w związku z ponadnormatywnym okresem przebywania p. Witka na OIOM-ie. NFZ wyjaśnił, że wszystko jest w zgodzie z przepisami, a prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa. Nie przesądzając o winie kogokolwiek – nie wszystko jest w porządku, bo zwykły obywatel nie może liczyć na takie przywileje, jakie ma p. Witek i jej małżonek. Ważny aspekt tej sytuacji polega na tym, że aparat państwowy jest dialektycznie, tj. prawnie i bezprawnie, przyuczany, czasem przymuszany, aby sprzyjał „nam”, teraz i na wieki wieków.

Drugi przykład to sprawa śmierci p. Jerzego Ziobry, ojca p. Zbigniewa Ziobry. Pan Zbyszek (jak zwykle pardon za poufałość) publicznie, nawet z trybuny sejmowej, oświadczył, że z uwagi na pełnione funkcje wyłączył się ze sprawy wytoczonej przez jego rodzinę lekarzom za błąd w sztuce. Okazuje się, że minął się z prawdą, bo gdy Europejski Trybunał Praw Człowieka zajął się pozwem p. Kornickiej-Ziobro przeciwko Polsce i poprosił o stanowisko polskiego rządu, to przygotował je resort sprawiedliwości, a nie spraw zagranicznych, jak to zwykle bywa.

W owym dokumencie, który miał bronić interesu państwa polskiego, trudno doszukać się nadmiernej obrony Polski. Eksperci, w liczbie 15, powołani przez sąd dla wydania opinii, czy postępowanie lekarskie w sprawie J. Ziobry było poprawne, orzekli, że tak. Byli przesłuchiwani, ich mieszkania rewidowane, a sędzia, która nie podzieliła roszczenia rodziny Ziobrów, doznała, i nadal tak jest, rozmaitych negatywnych konsekwencji.

Otóż użycie aparatu publicznego, którego obowiązkiem jest troska o dobro publiczne, do realizacji interesu prywatnego, stanowi typowe zagranie na rzecz „nas” – po to, aby „my” mogli spokojnie kontynuować intratną sukcesję polityczną. Dialektyka tego, co prawne (każdy ma prawo domagać się wyjaśnienia okoliczności śmierci bliskiej osoby), i tego, co bezprawne, tj. szykan wobec lekarzy i sędzi, są instrumentem działającym na rzecz „my” po „nas”.

Czytaj też: Studenckie śledztwo Zbigniewa Ziobry. Ta sprawa obrosła już legendą

Co zostanie po dobrej zmianie

Innym narzędziem jest bardzo swobodne podejście do odpowiedzialności politycznej. Pan Kowalczyk zawalił w sprawie tranzytu ukraińskiego zboża. Podał się do dymisji (czytaj: został do niej skłoniony) jako minister, ale pozostał w rządzie jako wicepremier. Pan Buda, spektakularny minister od (niedo)rozwoju, oglądał program telewizyjny, w którym komentowano pierwsze rozporządzenie i zauważano, że nie wiadomo, czy import obejmuje tranzyt. Buda od razu wysłał tweet, że tak, drugi podpada pod pierwszy.

Dzień później tenże p. Buda, przy akompaniamencie impresywnego potakiwania głową przez p. Telusa, nowego ministra rolnictwa, wyjaśnił, że tranzyt nie jest jednak importem.

Te przypadki znaczą chyba tyle: „Słuchaj, kolego, możesz być mierny, ale musisz być wierny. Może się zdarzyć, że coś się omsknie i będziesz musiał zostać zdymisjonowany. Nie martw się, nie zostawimy cię w potrzebie”. Konsekwencją tej polityki jest to, że rząd p. Morawieckiego jest bodaj najliczniejszy w Europie. Musi tak być, skoro po „nas” tylko „my”.

Jeden z poprzedników p. Zbyszka (pardon itd.) podał się do dymisji z powodu samobójstwa więźnia – uznał się odpowiedzialnym za to zdarzenie. Niedawno psycholożka więzienna została zadźgana nożem przez aresztanta. Pan Ziobro powołał zespół – ale ten nie stwierdził „uchybień w działaniach funkcjonariuszy, które skutkowałyby wyciągnięciem konsekwencji”. I tak musi być, skoro po „nas” tylko „my”.

Wszystkich przebił p. Suski, mój kandydat na delfina w obozie tzw. dobrej zmiany, który stwierdził, że komisja ds. badania wpływów rosyjskich w Polsce jest wymierzona w bezpieczeństwo kraju. Były perukarz ma tzw. świntą rację, a skoro tak, to trzeba dobrozmieńców pogonić od rządzenia jesienią, gdyż tylko „my” po „nas” może doprowadzić do potopu w postaci zapaści państwa. Parafrazując Margaret Thatcher, „najgorsze w tzw. dobrej zmianie jest to, co po niej zostanie”.

Czytaj też: PiS zaorany przez zboże. Teraz próbuje przekierować tropy

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną