Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Rosyjski pocisk pod Bydgoszczą. Władza nuci: „Polacy, nic się nie stało”. Ale to nie koniec

Narada w BBN w sprawie rosyjskiego pocisku pod Bydgoszczą, 18 maja 2023 r. Narada w BBN w sprawie rosyjskiego pocisku pod Bydgoszczą, 18 maja 2023 r. Jakub Szymczak / Kancelaria Prezydenta RP
Po odkryciu rosyjskiego pocisku pod Bydgoszczą dymisji w wojsku ani rządzie najprawdopodobniej nie będzie, ale sprawa się nie zakończyła. Prezydent z BBN usiłują godzić, ale do gry wszedł też aktor mniej przewidywalny.

Jeśli to miało być publiczne zakopanie topora wojennego między ministrem obrony a najwyższymi dowódcami wojska, to jeszcze wystaje. Słowa szefa BBN Jacka Siewiery nie wskazują, by doszło do spektakularnego pojednania ponad podziałami, o które w nietypowej formie apelował rano szef sztabu generalnego. Na oficjalnym profilu dowództwa gen. Rajmund Andrzejczak umieścił w czwartek taki cytat z gen. Władysława Andersa: „Odrzućmy wszystko, co nas dzieli, i bierzmy wszystko, co nas łączy w pracy i w walce o wolność i niepodległość Polski”.

Cytat z dowódcy II Korpusu pasuje jak ulał, bo właśnie mija 79. rocznica jego najsłynniejszej bitwy o Monte Cassino. To dość wyraźne nawiązanie do obecnej napiętej sytuacji między ministrem a wojskowymi, której kulminacją było publiczne oskarżenie dowódcy operacyjnego gen. broni Tomasza Piotrowskiego o zaniedbania, a później równie bezprecedensowa filmowa odezwa do Polaków, czyli odpowiedź generała. „Wojsko nie zna takiego pojęcia jak konflikt” – upierał się w czwartek Siewiera. Dał do zrozumienia, że generałowie z ministrem podali sobie ręce, i zapewnił, że „współpracują ze sobą, są w stałym kontakcie telefonicznym w bieżącej działalności operacyjnej”. Upublicznione po naradzie zdjęcie pokazuje siedzących za stołem – po jednej stronie – m.in. Mariusza Błaszczaka i generałów, a naprzeciwko prezydenta Andrzeja Dudę ze swoimi urzędnikami.

Po minach uchwyconych na jednej klatce trudno odczytać nastrój trzygodzinnego spotkania. Siewiera i inny naoczny świadek mówią o atmosferze konkretnej i profesjonalnej – bez uszczypliwości czy fochów. Tematyka była zbyt poważna. Większość czasu miały pochłonąć przygotowania Polski do szczytu NATO w Wilnie, konsultacje z sojusznikami regionalnymi i strategicznymi, kwestia polskiego stanowiska i kierunków adaptacji Sojuszu. Mówił zresztą o tym w czwartek rano na konferencji PISM Strategic Ark szef sztabu, występując razem z głównodowodzącym sił sojuszniczych, amerykańskim gen. Chrisem Cavoli. Choć publicznie nie wspominali o sytuacji na szczytach polskiego dowództwa, trudno sądzić, że między sobą jej nie poruszali.

Sprawa pocisku była też jednym z tematów rozmowy prezydenta z sekretarzem generalnym NATO. Wpadka – a trudno tak nie odczytywać sytuacji, gdy rosyjski pocisk w czasie wojny pokonuje granicę NATO i przepada na kilka miesięcy na terytorium kraju członkowskiego – w pewnym sensie obciąża i dotyczy też Sojuszu: jego systemów, procedur, komunikacji (jej braku) i sposobu zarządzania kryzysem. To, że w Polsce zwyciężyła strategia wyciszania, nie znaczy, że pytania o „rosyjską rakietę” nie pojawią się w gremiach, gdzie odpowiedzi trzeba jednak będzie udzielić. I nie chodzi tu tylko o konferencje prasowe sekretarza generalnego Jensa Stoltenberga.

Czytaj też: Tajemniczy pocisk pod Bydgoszczą. Prysły zapewnienia Błaszczaka

Sukcesy i porażki Błaszczaka

Polityczność tego pocisku przebija z każdym dniem. Po kilku dniach ewidentnej defensywy PiS postanowił zamienić go w broń przeciw opozycji i przez kampanijne konferencje oraz prorządowe media podsuwa narrację, że pocisk byłby wykryty i zestrzelony, gdyby poprzednicy inwestowali w obronę powietrzną. Argumenty te mogłyby być częściowo słuszne, bo polska obrona powietrzna domagała się wymiany od dekad, ale nie uwzględniają kontekstu historyczno-geopolitycznego, który do niedawna pozwalał rządzącym pomijać kwestie obronne i nie wydawać setek miliardów na rakiety, pociski, drony i samoloty. Z tej koniunktury w przeszłości korzystał i PiS: w czasach pierwszych rządów w latach 2005–07 trudno się doszukać szczególnych wydatków obronnych, przełomowych decyzji czy zakupu nowych systemów obrony powietrznej. Sytuację niewiele zmieniają podjęte w tym czasie negocjacje z USA o „tarczy Busha” w Polsce i Czechach. Każda ekipa ma na sumieniu zaniedbania, rząd PiS nadrabia je dopiero od 2018 r., po tym jak spędził dwa lata na prześwietlaniu i korektach kierunkowych decyzji poprzedników.

Gdy dziś, po ostatniej bitwie obrony powietrznej nad Kijowem, okazuje się, że i starszej generacji patrioty doskonale radzą sobie z najnowszymi rosyjskimi kindżałami, można stawiać pytania, czy Polsce potrzebna była ich najnowsza wersja, dopiero budowana i przez to bardzo kosztowna. Ale w perspektywie kolejnych dekad służby tego systemu inwestycja w nowe rozwiązania wydaje się słuszna. Na szczęście w obronie polskiego nieba dziś wydatnie pomagają sojusznicy, w tym – o zgrozo dla pisowskiej propagandy – Niemcy z deprecjonowanymi często przez PiS zestawami dokładnie takimi, jakie zostały wysłane na Ukrainę. Dla jasności: Amerykanie wcale nie rozmieścili w Polsce lepszych, a mimo to są „królami” partyjnej, rządowej i medialnej narracji.

Minister Błaszczak kupił zaledwie dwie z planowanych ośmiu baterii nowoczesnych patriotów i nadal (!) nie dokupił brakujących sześciu. Co prawda zawarł ramową umowę na 23 baterie systemu krótkiego zasięgu Narew, ale nie kupił dla niego brytyjskich rakiet CAMM. Zdecydował się na opcję prostszą – doposażenie w CAMM-y polskich systemów Pilica, jednak tu liczba wyrzutni i pocisków będzie istotnie mniejsza. Najłatwiej idą MON zamówienia na rozwiązania „znane i lubiane”, jak Grom i Piorun na różnego typu wyrzutniach, czasem, jak w Pilicy, zintegrowanych z działkami. Ale jest warte zauważenia, że inwestycje w obronę powietrzną ostatnio promują głównie rakiety z importu, a nie z Polski.

Radary zamawiamy głównie w polskim przemyśle (PIT-Radwar z grupy PGZ), ale kilka sztuk rocznie. Na szczęście zakontraktowany w grudniu 2015 r. system bliskiego zasięgu Poprad, a więc taki, jaki mógłby bez trudu zestrzelić rosyjski pocisk manewrujący, został w postaci 77 mobilnych wyrzutni dostarczony wojsku w grudniu 2021. Ale już Pilica, przeznaczona do ochrony obiektów stacjonarnych, zamówiona w 2016 r., miała mniej szczęścia.

Ten obraz sytuacji warto mieć w głowie przed oceną, jak jesteśmy w stanie odpowiedzieć na rzeczywisty rosyjski atak pociskiem manewrującym i jak postrzegamy polityczno-wojskowe gry związane z odnalezieniem pocisku wystrzelonego chyba jednak przypadkiem.

Czytaj też: To nie był atak na Polskę. Co to była za rakieta? Wyjaśniamy

Czy będzie porozumienie

Ta rozgrywka weszła właśnie w etap zarządzania polityczno-kryzysowego. Andrzej Duda, konstytucyjny zwierzchnik sił zbrojnych, otrzymał z MON raport w sprawie znalezienia rosyjskiego pocisku, zapoznał się z nim i przekazał do analizy w BBN. Analiza chyba wciąż trwa, bo o jej zakończeniu nie dowiedzieliśmy się po nadzwyczajnym czwartkowym spotkaniu. Ale to, że Duda zdołał posadzić za jednym stołem Błaszczaka i gen. Piotrowskiego, któremu minister zarzucał serię zaniedbań, świadczy o determinacji zwierzchnika sił zbrojnych, by wokół wojska zapanowało znowu wrażenie normalnej współpracy. Piotrowski na spotkanie przyjechał „z obstawą” szefa sztabu generalnego, jednym samochodem. Jak wiadomo, obaj generałowie prezentowali publicznie inną wersję wydarzeń od wersji szefa MON, a prezydent starał się jakoś je godzić i wszystkich usprawiedliwiać. Duda uspokajał, że błędy w nadzwyczajnej sytuacji mogą się zdarzać, a wojsko z każdego wyciąga wnioski. Zachęcał też, by nie eskalować emocji, co zostało odebrane jako apel o wyciszenie konfliktu na szczycie systemu bezpieczeństwa państwa.

Szef BBN Jacek Siewiera mówił w środę w TVN24, że jeżeli będą stwierdzone błędy i zaniechania, to będzie wyciągnięta odpowiedzialność i nie będzie taryfy ulgowej. Podkreślał zarazem, że sprawa nie jest prosta. Dziś do wyciągania konsekwencji już nie nawiązywał. Czy wszystko zostało wyjaśnione za zamkniętymi drzwiami pokoju na pierwszym piętrze przypominającego bunkier budynku BBN? Prezydent już w swojej pierwszej publicznej wypowiedzi na poligonie w Ustce wskazywał, że nie wszystko może być ujawnione, i szef BBN podtrzymuje te słowa. W środę miał chyba jednak nadzieję, że nastąpi jakaś publiczna zgoda. Z czwartkowej wypowiedzi Siewiery wynika, że do takiej sytuacji jest bliżej, ale wciąż może być daleko. Szef BBN najwyraźniej traktuje tę okazję jako kolejną, w której może się pokazać jako nowy aktor na scenie publicznej, człowiek obdarzony zaufaniem prezydenta, a zarazem podejmujący samodzielne inicjatywy.

Jako patron porozumienia ma jednak tę wadę, że zależy od autorytetu prezydenta, tylko chwilowo wzmocnionego przez załamanie wizerunku Błaszczaka. Szef BBN politykiem PiS nie jest i chyba nie zamierza na razie być, nieznana jest jego relacja z Jarosławem Kaczyńskim. Dla Błaszczaka, od dwóch dekad bliskiego prezesowi, nie jest równorzędnym partnerem i nie może mu stawiać warunków. Dlatego czwartkowe spotkanie było bardziej testem możliwości niż jakąś rzeczywistą próbą mediacji. Obie strony już wcześniej uznały, że trzeba ten spór jak najszybciej zakończyć, choćby tymczasowo. Dobitnie świadczą o tym wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego, który w poniedziałek uznał, że w sumie z rosyjskim pociskiem nic się nie stało, bo takie przypadki zdarzały się w przeszłości. Wsparł Błaszczaka, choć kilka tygodni wcześniej zdawał się go wzywać do wzięcia odpowiedzialności za incydent.

Zaufanie do Błaszczaka wyraził w końcu Kaczyński, który o sprawie pocisku do tej pory milczał. W wypowiedzi dla Polskiego Radia był pytany o dymisję Błaszczaka i postawił sprawę jasno: „Mariusz Błaszczak wykonuje swoje zadania bardzo dobrze. Jeśli ktoś przedstawia takie propozycje, to działa na rzecz Kremla”. Jakby na potwierdzenie tych słów minister obrony w jednym dniu, we wtorek, odebrał dwie nagrody na regionalnych kongresach wspieranych przez państwowe spółki, instytucje i władze.

Czytaj też: NATO musi zacisnąć pięść, niekoniecznie atomową

Pojawia się element niepewny

„Polacy, nic się nie stało” – zabrzmiało więc z telewizorów pokazujących gadające głowy rządzących polityków. Nie należy oczekiwać dymisji generałów czy szefa MON ani kogokolwiek na najwyższym szczeblu.

W tym przewidywalnym układzie pojawia się jednak nieprzewidywalny czynnik. Najwyższa Izba Kontroli, kierowana przez skłóconego z PiS Mariana Banasia, wszczęła kontrolę w MON i podległych mu dowództwach. To sygnał w tym konkretnym momencie istotny, choć jego konsekwencje trudne są do przewidzenia. Wcześniejsze kontrole NIK w MON dawały mediom pożywkę na maksimum dwie doby, ale nie kończyły się niczym istotnym. Mało tego, są przypadki, że zapowiedziane „naloty kontrolerów” były odwoływane, jak w przypadku głośnej swego czasu zapowiedzi sprawdzenia zakupu samolotów F-35.

Dlaczego więc Marian Banaś wchodzi do gry z Błaszczakiem i generałami, za którymi dość jednoznacznie opowiedział się prezydent? Przypomnijmy w tym miejscu, że minister powoływał się w którejś kolejnej krytyce gen. Piotrowskiego na nieopublikowane, ale dostarczone mu na biurko wyniki kontroli systemu obrony powietrznej. Czy szef NIK, zwany „żelaznym Marianem”, chce mieć teraz dostęp do informacji i możliwie z pierwszej ręki dowiedzieć się o sprawie, która stała się na chwilę tematem numer jeden i potencjalnie obciąża wiele osób i struktur? Jak informacje te wykorzysta? Czy, tak jak Zbigniew Ziobro nadzorujący prokuraturę, prowadzącą w sprawie pocisku śledztwo, może być podejrzewany o własną grę?

Jeśli natomiast założyć, że prezes NIK działa w imieniu obywateli i chce dogłębnie wyjaśnić sprawę, powinien co do minuty prześledzić wydarzenia z 16 grudnia, co do godziny prześwietlić wydarzenia dni następnych, a potem – w oparciu o rozmowy i dokumenty – spróbować odtworzyć mechanizm reakcji wojska i innych służb oraz powody braku kontynuacji poszukiwań. Ale to może przekraczać możliwości, a nawet kompetencje NIK, takie może mieć jakaś komisja śledcza, a w idealnym świecie praworządny wymiar sprawiedliwości. To właśnie o nim wspominał wszak gen. Piotrowski w swojej pamiętnej odezwie. Wygląda na to, jakby było kilku chętnych, by wystąpić w roli sprawiedliwych. Ta historia jeszcze się nie skończyła.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną