Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Weekend kampanii. Nerwowość w obozie Jarosława Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński na dożynkach w Paradyżu koło Łodzi, niedziela 20 sierpnia 2023 r. Jarosław Kaczyński na dożynkach w Paradyżu koło Łodzi, niedziela 20 sierpnia 2023 r. Tomasz Stańczak / Agencja Wyborcza.pl
Drugi weekend już oficjalnej kampanii wyborczej zdradzał nerwowość obozu Jarosława Kaczyńskiego. Partie demokratyczne unikały ostrzejszych spięć między sobą i wypadały lepiej.

W cyklu komentarzy „Weekend kampanii” dziennikarze i publicyści „Polityki” co tydzień podsumowują najważniejsze wydarzenia kampanii, omawiają ich skutki oraz zmiany notowań partii.

Gdy PiS odgrzewał nieświeże kotlety, Koalicja Obywatelska zwierała szeregi. Pogoda służyła wielkodusznie i Kaczyńskiemu, i Donaldowi Tuskowi. Szczęśliwie nigdzie nie odnotowano aktów przemocy, ale w Gorlicach (jeszcze w piątek) w obawie przed protestami podczas wizyty Mateusza Morawieckiego zmieniono jego spotkanie z wyborcami z otwartego na zamknięte. Premier i tak został wygwizdany.

Skąd te nerwy w PiS?

Nerwowość PiS ma konkretne powody: tematy, które proponuje, nie rezonują tak, jakby sobie życzyli sztabowcy i propagandyści tej partii. Poseł Marek Ast wywołał w obozie konsternację, gdy przyznał, że do „lex Tusk” trzeba będzie powrócić po wyborach. Donald Tusk natychmiast poczuł krew i ogłosił, że to kapitulacja. Chaosu na ten temat w obozie Kaczyńskiego nie dało się ukryć. Sam prezes-wicepremier rzucił w niedzielę zdawkowo, iż „sądzi, że komisja będzie”.

Nie rezonowało też hasło wyborcze ogłoszone przez Kaczyńskiego: „Bezpieczna przyszłość Polaków”. Opozycja od razu je zdekonstruowała: Polska weszła w recesję (PKB kwartał do kwartału skurczył się o 3,7 proc.), a 2 mln Polaków żyje w skrajnym ubóstwie. Nadal nie płyną do nas fundusze na KPO. Szef klubu KO Borys Budka oznajmił, że Polska jest ekonomiczną „czerwoną wyspą” w Unii Europejskiej.

Obietnice i dusery

Opozycja ma powody do zadowolenia z weekendu. Dobrze wypadła nienachalna konwencja Lewicy, bez baloników, konfetti i gigantycznych ekranów, za to z konkretnymi hasłami: świeckość państwa, gwarancje dla praw kobiet, wolności mediów i kultury. Robert Biedroń wiwatował, że Lewica to prawdziwa trzecia siła w polskiej polityce. Tyle że realizacja jej ambitnego programu wymaga zdobycia władzy i sformowania sterownego rządu koalicyjnego. Dotyczy to zresztą wszystkich partii. Rytuał składania wyborczych obietnic weryfikuje werdykt wyborców.

Obietnice obozu Kaczyńskiego, choć zwykle to gruszki na wierzbie, tym się różnią od obietnic opozycji, że może on nadać im realny bieg jeszcze przed wyborami. Kaczyński w Paradyżu, w asyście, a jakże, kobiet w strojach ludowych, zapowiedział, że niedługo będzie wypłacona 14. emerytura w wysokości 2200 zł netto. Hm, czyli inflacja nie jest jednak wymysłem Tuska.

Premier Morawiecki prawił z kolei dusery seniorom w Waplewie Wielkim, by zatrzymać przy PiS starszy elektorat, uzależniony w znacznym stopniu od pomocy państwowej. Nie zmarnował oczywiście okazji, by w scenerii „pogodnej jesieni z PiS” przyłożyć Tuskowi, swemu dawnemu pryncypałowi, za „darwinistyczne rządy liberałów, co się teraz w ornat przebrali”. Nawrócony na socjalny populizm bankier i obszarnik to jest coś.

Rosną „trzecie siły” i Kołodziejczak

Co do „trzeciej siły”, to temat nabiera intensywności. Hasło podkradli Szymonowi Hołowni i Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi nie tylko politycy lewicy, ale i skrajnej prawicy konfederackiej. Wszystkie te ugrupowania przekonują same siebie i wyborców, że to one będą rozdawać karty po wyborach. Na razie więc to tylko pobożne (lub niepobożne, jak kto woli) życzenia.

Z pewnym rozbawieniem obserwuję, jak lider Agrounii urósł politycznie po śmiałej (i ryzykownej) decyzji Donalda Tuska, który zaprosił Michała Kołodziejczaka i jego kandydatów na listy KO. PiS stanął na razie w rozkroku. Z jednej strony chciałby uderzyć Kołodziejczakiem w Platformę, z drugiej walczy o głosy wsi, a tam Kołodziejczak się liczy w niektórych środowiskach. Na razie kampania go niesie.

Sam premier Morawiecki brzydko ćwierknął o nim, że tylko agent lub idiota może podważać sojusz Polski z USA. Funkcjonariusz PiS Radosław Fogiel poszedł za ciosem: wezwał Tuska do odcięcia się od lidera Agrounii i… usunięcia go z list KO. O Boże, a co by było, gdyby tak Tusk zażądał usunięcia kogokolwiek z list Zjednoczonej Prawicy? Dodajmy, że antyamerykańska wypowiedź Kołodziejczaka została wyciągnięta przez sztab PiS z głębokiego archiwum. A szczególnie fajne jest wrzucanie przez pisowców klipów z Kołodziejczakiem i Robertem Bąkiewiczem, promowanym i zasilanym finansowo nacjonalistycznym pieszczoszkiem obecnej władzy.

Co z referendum?

Z kampanii ludowców warto odnotować kontrlistę pytań referendalnych przedstawioną przez Kosiniaka-Kamysza w Nowym Dworze Mazowieckim: czy jesteś za importem zboża z Ukrainy, za finansowaniem in vitro, zdjęciem podatku od emerytury i części składek z przedsiębiorców? Mnie nie przekonuje sam pomysł referendum pod łże-pretekstem „demokracji bezpośredniej”.

Referendum powinno dotyczyć tylko ważnych spraw ustrojowych i zawierać tylko jedno, jasne pytanie. Wiadomo, że jednak się odbędzie według pomysłu Kaczyńskiego. Czekamy na wyraźne stanowisko opozycji demokratycznej, czy jej elektorat powinien przykładać do tego rękę. Na razie linia demokratów wydaje się taka, żeby każdy obywatel sam sobie odpowiedział. Nie jest to ekscytujące, ale wynika prawdopodobnie z pragmatycznej kalkulacji: wezwanie do bojkotu mogłoby być na rękę obozowi Kaczyńskiego. Im niższa frekwencja, tym większe jego fiasko.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną