Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Życie po PiS, czyli złudne poczucie potęgi. 5 wyzwań w obronności dla nowego rządu

Mariusz Błaszczak odchodzi z resortu obrony, nowym szefem MON zostaje lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. 13 grudnia 2023 r. Mariusz Błaszczak odchodzi z resortu obrony, nowym szefem MON zostaje lider PSL Władysław Kosiniak-Kamysz. 13 grudnia 2023 r. Maciej Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Wymiar propagandowy musi ustąpić realnym, choć trudnym politycznie decyzjom. Wyzwania, obowiązki i zadania przed nowym szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i resztą odpowiedzialnego za obronę rządu rysują się większe i poważniejsze niż przez ostatnie osiem lat.

W cyklu analiz „Wyzwania po PiS” dziennikarze i publicyści „Polityki” opisują, co czeka nową demokratyczną koalicję w poszczególnych sferach życia publicznego i ministerstwach. Spis wszystkich odcinków znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Nowy szef MON musiał od razu przyjąć do wiadomości, że perspektywa wojny Rosji z NATO, w tym ataku na Polskę i sojuszniczej obrony z udziałem Polski, jest realna, a może nawet nieodległa. Nadejść oczywiście nie musi, ale państwu i siłom zbrojnym nie wolno być nieprzygotowanym. Dystans czasowy ma mniejsze znaczenie, bo to, czy – jak dziś twierdzą pesymiści – kolejne uderzenie przeciwko Zachodowi Putin będzie w stanie wykonać za dwa–trzy, pięć czy sześć lat, czy też dopiero za dekadę (co ma być wariantem optymistycznym), i tak oznacza, że dla wzmocnienia obrony państwa i Sojuszu nie wolno zmarnować żadnego dnia. To uciekający horyzont, bo nigdy nie osiąga się stuprocentowych możliwości.

Sytuacja Polski jest taka, że na każdym odcinku spraw obronnych istnieją luki od całych dekad. I mimo nasilenia obronnej retoryki za czasów PiS jedne załatano, ale inne nawet się powiększyły. Przygotowania wojenne należy podjąć na serio we wszystkich sferach obronności i bezpieczeństwa, co jest zadaniem wykraczającym poza kompetencje, możliwości, wpływ i budżet MON. Jednak to szef tego resortu jest naturalnym kandydatem do stania się inicjatorem i liderem tego wysiłku po stronie rządowej, ma też dobrą pozycję do współpracy z prezydentem Andrzejem Dudą i zagwarantowaną kierowniczą sprawczość po stronie wojska.

Skuteczność w obronie Polski i Polaków przed Rosją, a także w sojuszniczym współdziałaniu, powinna być podstawowym wyznacznikiem wszelkich poczynań ministra, resortu, rządu i innych organów państwa.

Czytaj też: Błaszczak w MON, dramat w trzech aktach i epilog

1. Zbrojenia

Krótki „rachunek sumienia” tylko w sferze zakupów obronnych prowadzi do wniosku, że zapewnienia o tym, czego to Mariusz Błaszczak nie kupił, nie zamówił i nie dostarczył wojsku, były mocno na wyrost. Owszem, jego zapowiedzi miały gigantyczną skalę jak na dotychczasowe polskie zdolności i struktury wojskowe, prawda też, że podpisane umowy były nieraz bardzo duże i kosztowne, ale jeszcze nie zdążyły się przełożyć na zrealizowane dostawy sprzętu i uzbrojenia. Tym bardziej na zbudowanie faktycznych zdolności obronnych, których sprzęt jest jednym z elementów, ale nie ma szansy się wykazać bez ludzi, ich wyszkolenia, doktryny użycia, zaplecza logistycznego, wsparcia technicznego i zaopatrzenia w amunicję. Podawane hasłowo i powtarzane w propagandowym zacietrzewieniu liczby dawały złudne poczucie potęgi, ale gdy podsumować realne dostawy, w ciężkim sprzęcie nie zapełniliśmy jeszcze luk po donacjach dla Ukrainy, a w zakresie nowoczesnych systemów wykonaliśmy tylko krok ku ich budowie.

Konkretnie? Nowo zamówionych czołgów jest dziś w Polsce 68 z ogłaszanego tysiąca koreańskich i 366 amerykańskich. To mniej niż 5 proc. deklarowanego „poziomu ambicji” i ok. 20 proc. potencjału pancernego przekazanego Ukrainie. Lepiej idzie uzupełnianie luk w artylerii, bo nowo wyprodukowanych polskich Krabów i dostarczonych koreańskich dział K9 powinna być ponad setka (precyzyjnych danych brak z uwagi na niejawność donacji wojennych). Ale jeśli chodzi o wyrzutnie rakiet HIMARS, o których Błaszczak tyle opowiadał, to mamy w kraju ledwie dywizjon, czyli 18 sztuk. Jego silniejszy ekwiwalent (bo mający dwa razy więcej rakiet na wyrzutni) powinien dotrzeć z Korei do końca roku lub na początku przyszłego. Ale w zderzeniu z zapowiedzianymi niemal 800 sztukami jesteśmy również poniżej 5 proc. wykonania planu.

Analogiczna sytuacja jest z patriotami i całą zintegrowaną obroną powietrzną, której zbudowaniem Błaszczak chwalił się jesienią 2022 r., dopóki przez pół Polski nie przeleciał rosyjski pocisk. Mamy zaledwie 16 wyrzutni i cztery radary systemu Patriot z zapowiedzianych i na szczęście zamówionych 64 wyrzutni i 16 radarów obrony powietrznej najwyższego piętra (tzw. system Wisła), zdolnej do zestrzeliwania rosyjskich rakiet. Piętro niższe, najszersze (tzw. system Narew), jest w powijakach, nawet nie ma wszystkich umów do jego budowy w ciągu – uwaga – 12 najbliższych lat. Kupionych i wprowadzonych „na szybko” wyrzutni CAMM (tzw. system Mała Narew) mamy sześć, a więcej ma być w systemie najniższym Pilica... też za lat kilka. Czyli poziom realizacji, zależy jak go liczyć, od 0 do 25 proc.

Ukrainie oddaliśmy 14 samolotów myśliwskich MiG-29, a z Korei przyleciało 12 maszyn szkolno-bojowych FA-50. Poziom zastąpienia wydaje się w lotnictwie najwyższy, ale samoloty te są nieporównywalne pod kątem użyteczności bojowej. Po prostu FA-50 ma gorsze parametry i słabsze uzbrojenie, nie jest rasowym myśliwcem. Będzie lepszy w wersji PL i zajmie swoje miejsce w triadzie z F-35 i F-16, ale to horyzont końca dekady.

Te kilka przykładów, a można je mnożyć, pokazuje, że zapełniania luk w uzbrojeniu nowoczesnym sprzętem nie wolno spowalniać – przeciwnie, gdzie się da, trzeba przyspieszyć. Aby to się działo, wydatki obronne trzeba utrzymać powyżej ustawowych 3 proc. PKB, także dzięki zadłużeniu. Bo sporo wielkich i kosztownych zapowiedzi Błaszczaka w ogóle nie przybrało postaci umów: śmigłowce bojowe AH-64 Apacz, ciężkie śmigłowce dla wojsk aeromobilnych, rakietowe niszczyciele czołgów, okręty podwodne – tę listę też można ciągnąć.

Czytaj też: Czy Ukraina już przegrywa, a Rosja szykuje się na kolejne wojny?

2. Gwiezdne wojny

Podobnie jak ze zbrojeniami ma się rzecz z rozbudową potencjału ludzkiego i struktur sił zbrojnych. Hasło 300-tysięcznej armii, liczącej przynajmniej sześć dywizji w „najsilniejszej armii lądowej w Europie”, rzucono w eter politycznej propagandy i skonsumowano w kampanii przedwyborczej, ale do jego realizacji – wcale nie tak pewnej – została długa droga. Formalnie do 2035 r.

Wojsko podaje optymistyczne dane z procesu rekrutacji – mamy być obecnie na szczycie fali kandydatów do służby, których w upływającym roku było aż 60 tys. Nie wszyscy przejdą przez sito, nie wszyscy zostaną dłużej, ale odpowiedzialny za rekrutację gen. bryg. Mirosław Bryś zapewnia, że aż połowa ochotników z dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej kontynuuje ją jako żołnierze zawodowi.

Bryś wyliczył, że do realizacji celu 300 tys. trzeba, by rocznie liczebność armii rosła o 11 tys. żołnierzy. To dużo czy mało? Średnia statystyczna na województwo wychodzi 680 ludzi rocznie. Wydaje się do zrobienia, nawet jeśli uwzględni się odejścia liczone też w tysiącach. Ale ludzie wchodzący do wojska to dopiero początek – baza, bo muszą gdzieś mieszkać, szkolić się, edukować na różnych poziomach, by po 5–10 latach stanowić profesjonalną, wyszkoloną na nowym sprzęcie siłę zdolną do precyzyjnego, szybkiego i masowego likwidowania atakujących nas Rosjan na dużych odległościach od polskich granic i przy minimalnych stratach własnych.

Takie sformułowania niegdyś mogły szokować, a są językiem komunikowania celu i roli Wojska Polskiego na co dzień. Nikt jednak wśród wyższych dowódców nie ma złudzeń co do tego, że Polska i Rosja będą się mogły kiedykolwiek mierzyć „na liczebność”. Kluczem do udanej obrony, a najpierw do odstraszania, ma być przewaga technologiczna, prowadząca do wyższej skuteczności w zabijaniu – nie w walce okopowej, jaką widzimy w Ukrainie, ale w zmechanizowanym, zautomatyzowanym niemal procesie identyfikacji, wskazywania i rażenia celów z powietrza, lądu, wody, kosmosu i nieuchwytnej fizycznie cyberprzestrzeni. To jak „Gwiezdne wojny” wobec realiów bewupa, beryla i orzeszka na głowie żołnierzy wysyłanych na ćwiczenia rezerwy. Rzeczywistości te muszą się jednak spotkać, byśmy mogli mówić o wiarygodnym odstraszaniu i skutecznej obronie.

Czytaj też: Za co naprawiać abramsy? Propaganda PiS kontra rzeczywistość

3. Rezerwy

Właśnie odbudowie, zwiększeniu liczebności, szkoleniu i podciągnięciu zdolności bojowej rezerw musi być poświęcony kolejny obszar wysiłku MON, przy współdziałaniu samorządów, NGO-sów i po prostu patriotycznie nastawionych obywateli. Obowiązek obrony nadal jest w Polsce powszechny, choć sformułowanie to zniknęło z nazwy głównej ustawy obronnej. Konstytucja, tradycja i polskie narodowe DNA pozostają niezmienne. Warto jednak wreszcie zdać sobie sprawę z konsekwencji, skoro wojna jest realna.

Jeśli przygotowania obronne mają być na serio, to armia zawodowa – nawet ta przyszła i wielka – musi mieć przygotowane zaplecze rezerwowe trzy–pięciokrotnie większe, co oznacza, że w gotowości do powołania musi być 1 do 1,5 mln ludzi przeszkolonych w swoich specjalnościach. Gdy dziś od lat jesienią internetowe nagłówki straszą 200 tys. wzywanych w kolejnym roku na ćwiczenia, a rok ten kończy się zwykle ilościami wielokrotnie niższymi, wiadomo, że nic z tego nie będzie dla zaplecza armii o wspomnianej skali.

Co jeszcze ważniejsze, nawet ci powoływani na ćwiczenia mają znikomą szansę zapoznawania się z nowoczesnym sprzętem, który już za kilka lat ma stanowić podstawę uzbrojenia i którym w realnej perspektywie mają walczyć. Wiadomo, że masy rezerwistów nie da się skierować do wciąż nielicznych jednostek liniowych wyposażonych w najnowocześniejszą broń, bo to wstrzymałoby szkolenia armii zawodowej. Wielkim wyzwaniem jest więc stworzenie systemu szkoleń równoległych, które dzięki połączeniu kompetencji żołnierzy świeżo kończących służbę zawodową, narzędzi symulacyjnych i trenażerów, wyspecjalizowanych instytucji lub firm prywatnych (tzw. kontraktorów) umożliwiłyby wstępne nabywanie kompetencji przez masy kobiet i mężczyzn chętnych i zdolnych do służby, bez obciążania „wojska w wojsku”. Znaczenie kobiet jest coraz większe i armia przyszłości musi je umieć wykorzystać (obecnie ok. 15 proc. żołnierzy). Tak samo jak musi pogodzić się z faktem spadającej wydolności fizycznej kandydatów, rekompensowanej przez ich rosnące umiejętności „cyfrowe”. Przecież operator zdalnie sterowanego systemu uzbrojenia nie musi być „sprawny jak żołnierz”. Nie musi sam siedzieć na linii styczności wojsk, byle widział na ekranie cele.

Kwestią wykraczającą ponad – a jednocześnie łączącą przygotowanie armii profesjonalnej i zasobu rezerw – jest przywrócenie obowiązku służby wojskowej w Polsce. PiS jak ognia unikał dyskusji wokół tego tematu, podnoszonego po wielokroć w obszarze wojskowym i eksperckim. Polska polityka najwyraźniej nie chce powrotu Zetki, tak jak w badaniach opinii są przeciwko niej Polacy. Pytanie, czy wobec wyżej opisanych potrzeb i konieczności nowy rząd – korzystając z bezprecedensowego mandatu poparcia – nie powinien przynajmniej dążyć do oswojenia obywateli z tą perspektywą. Jest absolutnie jasne, że ryzyko polityczne jest bardzo wysokie.

Ale ryzyko strategiczne jest jeszcze wyższe. Przy jasnych i wrogich zamiarach Rosji, która utrzymuje pobór i ma z niego przynajmniej 130 tys. żołnierzy w dwóch falach rocznie, pytanie o politykę obronną Polski wydaje się zasadne. Służba obowiązkowa nie musi być przecież utrapieniem, zmorą czy karą, jak to bywało w PRL. Może być szansą, nabywaniem dodatkowych kompetencji, ważną pozycją w CV. Nie musi i na dobrą sprawę nie ma możliwości, by dotyczyła całych roczników, wystarczy chyba zagwarantowanie przeszkolenia jakiejś części młodego pokolenia (a i starszych, o ile będą chętni). To też ma wartość odstraszającą. Przy wszystkich przeciwnościach taka rozmowa musi się odbyć.

Czytaj też: Papierowe wojsko. Odchodzący minister nie mógł się powstrzymać

4. Sojusze

Powyższe kalkulacje prowadzą do oczywistego wniosku, że obrona Polski i jej udział w operacji obronnej NATO przed Rosją, szczególnie jeśli miałyby zdarzyć się wkrótce, muszą być skoordynowane i polegać na wsparciu – przy założeniu wspierania przez Polskę sojuszników, nie tylko tych słabszych. Sprawą gardłową jest odbudowa współpracy i porozumienia z najbliższymi geograficznie i najważniejszymi pod względem potencjałów i determinacji sojusznikami z NATO, nie tylko w oparciu o mechanizmy kolektywnej obrony, ale i więzy polityczne, ekonomiczne, kulturowe i wszystko to, co da się opisać hasłem „braterstwa broni”. W exposé Donalda Tuska silnie wybrzmiało przesłanie nieszukania przeciwników tam, gdzie ich nie ma – w Unii Europejskiej i NATO.

Ale nie tylko polityka ostatnich lat polskiego rządu, lecz również strategiczne wyzwania podejmowane – lub nie – przez rządy najważniejszych polskich partnerów sprawiły, iż gotowość NATO do przeciwstawienia się rosyjskiej agresji jest tematem dyskusji. Bez żadnych wątpliwości – i to też deklarował Tusk – Polska powinna i na dobrą sprawę musi być liderem zwrotu ku Wschodowi w postrzeganiu zagrożeń i przygotowaniu do ich odparcia. Na szczęście tak już jest w szerokim spektrum transatlantyckim czy europejskim, choć antyeuropejska retoryka PiS mogła to utrudniać.

Wpływu Tuska na Scholza, Macrona czy Sunaka nie należy przeceniać, ale nowej szansy na skoncentrowanie uwagi obronnego trzonu Europy na Rosji nie wolno nie wykorzystać. Wicepremier Kosiniak-Kamysz powinien jak najszybciej odbyć w tej sprawie rozmowy i spotkania z odpowiednikami, które nie mogą być kurtuazją, a postawieniem spraw jasno i wyraźnie: Europie grozi wojna z Rosją i co wy na to? Skupienie na relacjach europejskich jest ważne tym bardziej, że w Ameryce konstelacja polityczna nie sprzyja NATO ani obronie Europy. Donald Trump wydaje się murowanym kandydatem Republikanów na prezydenta, a jego zwycięstwo w wyborach powszechnych też wydaje się dziś wielce prawdopodobne. Jakie konsekwencje może to mieć dla amerykańskiego zaangażowania w obronę przed Rosją – szczerze mówiąc, nikt dziś nie wie. Jest ryzyko, że Trump odda Rosji nie tylko Ukrainę, zwłaszcza że deklaruje pozbycie się „deep-state”, czyli kadry urzędniczej odpowiedzialnej za powstrzymanie jego planów osłabienia NATO z poprzedniej prezydentury. Tu możliwości polskich władz się kończą, ale to jest właśnie moment, w którym Polska pod nową władzą może i powinna przejąć wiodącą rolę w misji „obrony Europy”, a również „Europy Obrony”.

5. Obrona powszechna

Jeszcze ważniejsze od układów sojuszniczych jest przygotowanie na obronę kraju, społeczeństwa, mieszkańców. Zadanie niemal kompletnie zaniedbane w ostatnich latach mimo przypadków Przewodowa i Bydgoszczy, gdy ukraińskie i rosyjskie pociski spadły nam na głowy.

Tu Sojuszem nie ma się co zasłaniać, błędy, zaniedbania i ich wyparcie jest nasze. Nie ma co tego unikać, trzeba to zmienić, zwłaszcza jeśli perspektywa wojny z Rosją nie maleje, a rośnie. Schrony, instrukcje, zabezpieczenie medyczne, zapasy żywności, wody, leków, generatorów, paliwa, kuchenek, materacy, śpiworów i wszystkiego, co pozwala przetrwać cywilom w realiach wojny – które oby nie nadeszły – są kwestią relatywnie niedrogą, a bardzo efektywną pod warunkiem stworzenia systemu ich magazynowania, dystrybucji, rozdawania, a przede wszystkim edukowania.

Polacy, mimo deklaratywnej woli oporu i obrony ojczyzny, mają niskie kompetencje z zakresu „obrony powszechnej”, choć ta koncepcja została wpisana w strategię bezpieczeństwa RP. Pora najwyższa na jej upowszechnienie, ugruntowanie, może jakiś test za kilka lat.

W wielkim skrócie: wyzwania, obowiązki i zadania przed nowym szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i resztą odpowiedzialnego za obronę narodową rządu rysują się większe i poważniejsze niż przez ostatnie osiem lat.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną