Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kaczyński zaskoczył komisję ds. Pegasusa. Wersalu nie było i raczej znów przed nią stanie

Prezes PiS Jarosław Kaczyński przed komisją śledczą ds. Pegasusa. 15 marca 2024 r. Prezes PiS Jarosław Kaczyński przed komisją śledczą ds. Pegasusa. 15 marca 2024 r. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Czy komisja śledcza zbierze materiał pozwalający pociągnąć Jarosława Kaczyńskiego do odpowiedzialności prawnej za nadużywanie systemu Pegasus? Zobaczymy. Ale raczej nie było to ostatnie przesłuchanie prezesa PiS.

Prezes Jarosław Kaczyński zaskoczył wszystkich. Spodziewano się, że powie, iż nic nie wie, i wyjdzie. Albo zanim wyjdzie, wygłosi jakieś starannie przygotowane wystąpienie w ramach tzw. spontanicznej wypowiedzi. Scenariusz okazał się inny.

Spodziewano się też, że posłowie rządzącej koalicji wyprowadzą Kaczyńskiego z równowagi i sprowokują do incydentu w stylu głośnych „mord zdradzieckich” albo „chlapnięcia” mimochodem jakiejś ciekawej informacji. Tymczasem to Kaczyńskiemu i posłom PiS udało się wytrącić z równowagi i sprowokować koalicyjnych członków komisji.

Kaczyński, najwyraźniej starannie przetrenowany przez doradców, praktycznie cały czas zachowywał zimną krew i postawę zdetronizowanego wprawdzie, ale nieupadłego władcy, który z pogardliwym pobłażaniem odnosi się do nowej władzy. Dawał do zrozumienia, że przyszedł z uprzejmości, ale wiele go to wszystko nie obchodzi.

Czytaj też: ABW ustrzeliło Daniela. Spółka Orlenu z negatywną opinią służb

Panie świadku, panie członku i naleśnikarnia

Prezes zaczął od tego, że nie może zeznawać, bo nie został zwolniony z tajemnicy przez premiera Tuska. Było to dość zaskakujące, zważywszy że wcześniej wielokrotnie ogłaszał, że nic nie wie. Ciężko zwolnić kogoś z tajemnic, których nie zna. Ale prezesowi i pisowskim członkom komisji (którzy de facto pełnili funkcję jego adwokatów) udało się wywołać ponadgodzinną, jałową i nudną przepychankę z oświadczeniem Kaczyńskiego, że nie może złożyć przyrzeczenia o mówieniu całej prawdy, skoro całej powiedzieć nie może. Wiceprzewodniczący komisji Marcin Bosacki (KO) zgłosił wniosek o zwrócenie się do sądu o ukaranie świadka za odmowę złożenia przyrzeczenia (wniosek przeszedł). W końcu Kaczyński zgodził się je złożyć, ale zrobił to po swojemu: ominął „całą” i pozostał przy „prawdzie”.

Przesłuchanie nie okazało się sensacją: ani politycznie, ani jeśli chodzi o poszerzenie wiedzy o systemie Pegasus.

Wersalu nie było. Przez dziewięć godzin (z dwiema przerwami) mieliśmy głównie „nawalankę” w sejmowym stylu. Prym wiódł poseł Witold Zembaczyński (KO), zagrzewany do boju przez pisowskich członków komisji docinkami o „naleśnikarzu” (miał kiedyś naleśnikarnię). Zaczął zresztą sam Kaczyński rzuconym mimochodem komentarzem: „no, jeśli pan jest nawet w stanie zrujnować naleśnikarnię...”. I udało mu się skutecznie pobudzić Zembaczyńskiego.

Posłowie koalicji zwracali się do prezesa per „świadek”, co ten najwyraźniej poczytał sobie za obrazę i zrewanżował tytułowaniem ich „członkami”. I dalej w tej poetyce „niech świadek – niech członek” odbywało się przesłuchanie. Wszystko razem było raczej niesmaczne. Ale przede wszystkim mało merytoryczne.

Przepychanki, złośliwości, pokrzykiwania – to problem komisji śledczych, nie tylko pegasusowej. Złośliwości mogą być zabawne przez pół godziny, potem zaczynają być nużące. Natomiast niezbyt grzeczne zachowania, nadmiernie emocjonalny ton, napastliwość, wygłaszanie ocen pod pretekstem zadawania pytań sprawiają, że komisje śledcze, przynajmniej dla części opinii publicznej, stają się areną walki politycznej, a nie ciałem zajmującym się ustalaniem prawdy i odpowiedzialności. I nie zmienia tego fakt, że rolą pisowskich członków tych komisji jest właśnie prowokowanie takich sytuacji. Ważne, że członkowie koalicyjni dają się w to wciągać.

Z drugiej strony jest zapewne jakaś część widzów, którzy właśnie na nawalankę czekają.

Czy z przesłuchania przed komisją pegasusową prezesa PiS dowiedzieliśmy się czegoś nowego?

Raczej nie. Poza tym, że odmawiając przyrzeczenia o mówieniu „całej prawdy”, przyznał, że jednak coś wie, i to coś ważnego, skoro objęte jest tajemnicą państwową. Dlaczego wcześniej premier, a na wszelki wypadek także szef MSWiA i prokurator generalny nie zwolnili byłego wicepremiera ds. bezpieczeństwa z obowiązku zachowania tajemnicy? Być może nie przewidzieli taktyki, jaką przyjmie. A może dlatego, że takie ogólne zwolnienie dałoby szefowi PiS i pisowskim członkom komisji możliwość skierowania toku przesłuchania na inwigilację za rządów PO-PSL. Już na tym przesłuchaniu Kaczyński wrzucał temat „podsłuchiwania” (chodziło raczej o billingowanie, co zresztą też nie byłoby chwalebne) dziennikarzy za rządów Tuska i Kopacz. Wprawdzie przez osiem lat rządów PiS nie zdołał wykazać, że było jakieś złamanie prawa (billingować można – niestety – bez zgody sądu, a nawet bez prawnego powodu, wystarczy pretekst), ale wrzucenie tego wątku mogłoby częściowo rozbroić polityczne oddziaływanie komisji śledczej.

Czytaj też: Szpieg w smartfonie. Jak działa ten program?

Czy Kaczyński odpowie?

Czego dowiedzieliśmy się od Jarosława Kaczyńskiego podczas przesłuchania? Że „to jest oczywisty mit, że mi wszyscy wszystko raportowali”, a „komisja jest po to, żeby zaszkodzić Polsce i Polakom”. Że wszystko to przez brak dekomunizacji, wskutek czego rządy lewicy i liberałów odtworzyły PRL i uruchomiły system pośredniej kolonizacji Polski przez Rosję. Że zakupu Pegasusa za pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, bez uprzedniej dyskusji na Radzie Ministrów, wymagało bezpieczeństwo Polski, choć takie dysponowanie funduszem może wywoływać spór prawny („Ale ja nie mam wątpliwości, że bezpieczeństwo tego wymagało” – zastrzegł Kaczyński).

Na sugestię Marcina Bosackiego, by – twierdząc, że nie było nadużywania Pegasusa – odniósł się do trzech przegranych procesów cywilnych o ochronę dóbr osobistych przez bezprawną inwigilację Pegasusem osób pokrzywdzonych, Kaczyński odparł: „To problem upolitycznienia polskiego sądownictwa. Pan teraz przywraca system komunistyczny, który myśmy demontowali. Pan jest pod wpływem lobby rosyjskiego, które zmierza do tego, żeby Polskę osłabić”.

Prezes zapewniał, że wszystkie inwigilacje były legalne, bo za pozwoleniem prokuratora generalnego i sądów. I że wszystkie materiały zgodnie z prawem zostały niszczone. Poseł Konfederacji Przemysław Wipler zauważył, że chyba nie wszystkie, jeśli weźmie się pod uwagę przecieki do mediów, jak to miało miejsce z materiałami z podsłuchiwania byłego prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka.

Potwierdził zapewnienia, że licencja Pegasusa kupiona przez polskie służby miała zablokowaną możliwość ingerowania w treść wysyłanych przekazów z zainfekowanego telefonu, komputera czy tabletu (sprawa Krzysztofa Brejzy). Jak na razie komisja nie dostała jeszcze kopii umowy licencyjnej, żeby to zweryfikować.

Raczej nie było to ostatnie przesłuchanie Kaczyńskiego przez pegasusową komisję śledczą. Kolejne będzie zapewne, gdy jej członkowie dostaną więcej dokumentów inspirujących do pytań i wiedzę, jaką gromadzi powołana przez ministra sprawiedliwości w Prokuraturze Krajowej komisja ds. Pegasusa. Wtedy też możemy liczyć na poznanie nowych faktów. Bo do tej pory posłowie koalicji powołują się niemal wyłącznie na doniesienia mediów.

Czy komisja zbierze materiał pozwalający pociągnąć Jarosława Kaczyńskiego do odpowiedzialności prawnej za nadużywanie systemu Pegasus? Zobaczymy. Trzeba jednak pamiętać, że gdy Pegasus był kupowany – w latach 2017–18 – Kaczyński był jedynie „szeregowym posłem” i o tej sprawie formalnie nie decydował. Odpowiedzialność za nadużycia władzy czy niedopełnienie obowiązku mogliby jedynie ponieść ci, którzy decydowali, a te decyzje oparli na poleceniu czy zgodzie „szeregowego posła” – czyli osoby nieuprawnionej. Można próbować konstruować oskarżenie o podżeganie do przestępstwa, np. do bezprawnej inwigilacji sztabu wyborczego PO w 2019 r., ale trzeba by udowodnić, że wskazywał konkretne osoby i wywierał nacisk.

Odpowiedzialność Kaczyńskiego mieści się w czasie, gdy był wicepremierem ds. bezpieczeństwa (czyli w latach 2020–22), a potem wicepremierem „bez teki” (2023). To wtedy służby straciły licencję na Pegasusa. Ale wiele wskazuje na to, że zebrane z jego pomocą i łamiące prywatność materiały nie zostały – jak nakazuje prawo – zniszczone, jeśli nie zawierały informacji istotnych dla postępowania karnego. A kto jak kto, ale wicepremier ds. bezpieczeństwa powinien był tego dopilnować.

No chyba, że uwierzymy, że nic nie wiedział. Ale nicniewiedzenie może być traktowane jako niedopełnienie obowiązków.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną