Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Konfederacja marzy o Brukseli. Uczy się na błędach, mówi o kobietach, chowa Brauna

Konwencja Konfederacji, 15 kwietnia 2024 r. Konwencja Konfederacji, 15 kwietnia 2024 r. Konfederacja / Facebook
Trwające wybory samorządowe pokazały, że liderzy Konfederacji wyciągnęli lekcję z października 2023. Na pierwszy rzut oka widać, że rozpoczęli pracę nad zmianą wizerunku partii „męskiej”.

Światła gasną i rozpoczyna się odliczanie – do startu upływają kolejne sekundy. Na ekranie pojawia się Ursula von der Leyen, a następnie obrazki podpalonych ulic. Przewodnicząca Komisji Europejskiej mówi, że Europa stoi przed wyzwaniami, przed jakimi jeszcze nie stała. Płyną zarówno ze strony skrajnej lewicy, jak i prawicy. Następnie wymienia AfD i Konfederację.

Na ekranie wybucha ogień, migają kolejni politycy Konfederacji, ujęcia wielkich wieców, a wszystkiemu towarzyszy dynamiczna muzyka, jak w trailerze najnowszej gry „Call of Duty”. „Idziemy po panią” – powie ze sceny jedna z polityczek. Do Ursuli von der Leyen występujący będą odnosić się kilkakrotnie, a jeden z polityków zwróci się bezpośrednio po niemiecku.

Konfederacja odsłania nową twarz

W haśle przewodnim kampanii – „Chcemy żyć normalnie!” – zawierają się wszystkie znane od dawna postulaty. Od krytyki Zielonego Ładu, ETS i Fit for 55 po obronę polskiej waluty, gotówki oraz marzenie o przywróceniu „starej, dobrej Europy”, która się rozwija i jest potęgą. Te hasła powtarzali zgodnie wszyscy kandydaci. Sławomir Mentzen normalność definiował jako rozwój i wolność: „czasy, kiedy Niemiec nam mówił, jaki samochód ma jeździć po Warszawie, się skończyły”. Znamy to z kampanii parlamentarnej.

Jednak trwające wciąż wybory samorządowe pokazały, że liderzy Konfederacji wyciągnęli lekcję z ubiegłorocznego października. Na pierwszy rzut oka widać, że rozpoczęli pracę nad zmianą wizerunku partii „męskiej”. Choć na sali w praskim Koneserze wciąż to panowie stanowili większość, to na scenie i w rozmowach największym zainteresowaniem cieszyły się zaprezentowane kandydatki: Anna Bryłka, dyrektor ds. europejskich Konfederacji, Ewa Zajączkowska-Hernik, rzeczniczka prasowa Konfederacji, oraz Marta Czech, rzeczniczka Konfederacji Korony Polskiej.

Czytaj też: Karina i Krzysztof Bosakowie. Księżniczka i Konfederata

„Płonie Ukraina, a nie Ziemia”

Poza standardowym zestawem „Chcemy żyć normalnie!” Konfederacja stawia również na bezpieczeństwo. Składa się ono z trzech komponentów: kobiety, migranci i wojna. O bezpieczeństwie kobiet mówiła Ewa Zajączkowska-Hernik, przestrzegając przed „królami orientu”, którzy mogą na kobiety napadać i je gwałcić. To nie pierwszy raz, kiedy zwracała się bezpośrednio do wyborczyń – mówiła o tym również podczas konwencji samorządowej Konfederacji i Bezpartyjnych Samorządowców „Warszawski Sen”.

Drugi komponent to krytyka paktu migracyjnego i mechanizmu relokacji. Roman Fritz, wiceprezes partii Grzegorza Brauna, mówił o cywilizacji europejskiej, której elementem jest chrześcijaństwo. Bezpieczeństwo to również wojna za granicą polsko-ukraińską, o której mówił Mentzen, nawołując do przeniesienia „środków z wiatraków na czołgi”. Prezes Nowej Nadziei przekonywał, że nawet jeśli klimat się zmienia, to obecnie płonie Ukraina, a nie Ziemia, i trzeba budować fabrykę amunicji na fabryce.

Czytaj też: Wszystkie twarze Grzegorza Brauna. „To był kiedyś fajny chłopak”, ale stracił kontrolę i brnie

Eurosceptycy do Europy

Politycy Konfederacji odpierają zarzut, że są antyunijni, a mimo to chcą iść do Parlamentu Europejskiego. Słusznie, bo podobną wątpliwość wyrazili internauci pod informacjami o starcie kandydatów w social mediach. Dla konfederatów argumentów za startem jest kilka. Po pierwsze, że konieczna jest pełna reprezentacja wszystkich sił politycznych i głosów z polskiej polityki. Po drugie, że muszą patrzeć na ręce urzędnikom unijnym i ich decyzje blokować lub o nich informować, aby społeczeństwa mogły zaprotestować. Wreszcie: że prawo obowiązuje wszystkich, podatki płacą wszyscy, więc nie ma powodu, aby nie kandydować i nie brać pieniędzy. „Za unijne pieniądze zrobiłem film krytykujący Unię. I zrobię kolejny” – mówił Dobromir Sośnierz, były europarlamentarzysta.

Wicemarszałek Krzysztof Bosak zwrócił uwagę, że PE jest forum europejskim, na którym się dyskutuje, integruje ze środowiskami z innych krajów. Dodatkowo każdy kraj ma ograniczoną pulę mandatów, które dzielą między siebie partie polityczne, a Konfederacja chce zdobyć – i jednocześnie odebrać innym – odpowiednią pulę. Dla partii zdobycie mandatów eurodeputowanych, a później ich utrzymanie będzie ważnym dowodem ustabilizowania i potwierdzenia swojej pozycji na polskiej scenie politycznej. To raczej pewne, że się uda, więc celów przed partią stoi więcej.

Czytaj też: Cały świat poznał się na Braunie. Zagraniczne media oburzone, sieć się śmieje

„Walczymy o piąty mandat”

Nastroje po wyborach samorządowych, a przed europejskimi, są umiarkowanie dobre. Udało się ustabilizować wynik partii, zdobyć kilku radnych, języczek u wagi w jednym sejmiku oraz potencjalnego prezydenta. Członkowie Konfederacji przekonują, że są cierpliwi i gotowi jeść małą łyżeczką. Pytani o przewidywany wynik, tonują emocje i wspominają dwucyfrowe sondaże z zeszłego roku.

W wyborach samorządowych do sejmików uzyskali ponad milion głosów (7,23 proc.). To wynik wyższy od Lewicy, choć przełożył się na dwa mandaty mniej – sześć. W poprzednich wyborach do PE ugrupowanie otrzymało 4,55 proc. (620 tys.) i nie przekroczyło progu. Teraz uzyskanie mandatów wydaje się pewne. Istotna jest ich liczba i ogólnopolski wynik partii. – Z tym poparciem mamy cztery mandaty. Walczymy o piąty – mówi jeden z polityków Konfederacji. Wtóruje mu drugi: – 8 proc. będzie dobrym wynikiem.

Dla Konfederacji sukces – wprowadzenie ludzi do PE – nie będzie trudny. Obecnie nie mają reprezentanta, a samo przekroczenie progu daje im trzy mandaty. Rozmówcy „Polityki” wskazują, że gra toczy się o nastroje w partii i poczucie, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Dlatego przekonują, że dodatkowy mandat czy procent poparcia może pozytywnie wpłynąć na partyjne doły, wywołując wrażenie, że formacja jest stabilna i na wznoszącej fali.

Grzegorz Braun i wielcy nieobecni rolnicy

Podczas otwarcia kampanii zabrakło Grzegorza Brauna. Na scenie pojawił się wiceprezes jego partii, który wygłosił historyczny wykład o cywilizacji łacińskiej, rozpoczynając go i kończąc charakterystycznym „szczęść Boże”. Uczestnicy pytani o powody absencji jednego z liderów odpowiadali, że zatrzymały go obowiązki, ale i podkreślali, że chcieli postawić na spokojniejszy i bardziej umiarkowany przekaz.

Zabrakło – o dziwo – również rolników. Po burzliwych protestach i ofiarnym zaangażowaniu liderów Konfederacji we wsparcie protestu wydawało się oczywiste, że będzie to jeden z ważnych tematów kampanii. Ze sceny ledwie kilkakrotnie wspominano o rolnikach, o wiele częściej mówiono o Zielonym Ładzie. Konfederaci pytani, czy nie obrazili się, że rolnicy na nich nie zagłosowali, przekonywali, że uzyskali w tej grupie wynik wyższy niż w poprzednich wyborach i jeszcze nie powiedzieli w tej sprawie ostatniego słowa.

Czerwcowe wybory mogą przynieść wiele zmian. Mówi się o powiększeniu koalicji o partie Kukiz ’15 oraz Polska Jest Jedna. Nie tylko poszerzyć, ale zmienić się może również klub parlamentarny, do którego dołączą nowi posłowie, gdy starzy udadzą się do Parlamentu Europejskiego. Sama prezentacja kandydatów pokazała, że Konfederacja rośnie i za każdą „jedynką” czeka już „dwójka”. Pomimo zapewnień polityków, że współpraca się układa, to w tym roku wyjątkowo późno może nadejść wolny – niekampanijny – moment na wiosenne porządki.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną