Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Impreza Bąkiewicza: dużo o złej Unii i polexicie. Co tu robili politycy PiS?

Robert Bąkiewicz w marcu ogłosił zarejestrowanie nowej partii o nazwie Niepodległość. Robert Bąkiewicz w marcu ogłosił zarejestrowanie nowej partii o nazwie Niepodległość. Maciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Środowiska związane z Robertem Bąkiewiczem i Mediami Narodowymi zorganizowały w Warszawie konferencję pt. „Dokąd zmierza Unia Europejska”. Nie obyło się bez straszenia Niemcami i negowania zmian klimatu.

Wydarzenie zorganizowane w Domu Dziennikarza, prowadzonym przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal w Warszawie, miało być konferencją „wszystkich środowisk konserwatywnych”. Sam Bąkiewicz, były przewodniczący Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, kandydujący do Sejmu z radomskiej listy PiS, z tematów europejskich uczynił motyw przewodni swojej obecnej działalności politycznej. W marcu zarejestrował partię o nazwie Niepodległość, którą promuje za pomocą Rot Marszu Niepodległości, organizacji pozarządowej powołanej jeszcze za rządów PiS. Roty były jednym z wielu prawicowych podmiotów otrzymujących hojne wsparcie z Narodowego Instytutu Wolności. Dziś Bąkiewicz korzysta m.in. z kont organizacji w social mediach i baz subskrybentów jej newsletterów, by promować inicjatywy związane z Niepodległością.

Polexit i PiS na imprezie Bąkiewicza

Jego nowa inicjatywa krąży w zasadzie wokół jednej kwestii – głównym założeniem nowej formacji jest wyprowadzenie Polski z Unii (Bąkiewicz wspominał co prawda ostatnio też o wzmocnieniu konstytucyjnej roli prezydenta czy lepszej polityce prorodzinnej). W poniedziałek wszystko krążyło wokół pytania o to, czy da się UE jeszcze zreformować, czy mimo wszystko trzeba ją rozwiązać. Zapowiadano gości z zagranicy, ale niemal wszyscy łączyli się z Warszawą zdalnie. Organizatorzy mieli też spore problemy techniczne z płynną transmisją i tłumaczeniem symultanicznym; do widzów Mediów Narodowych TV docierała tylko część wypowiedzi zagranicznych prelegentów.

Z polskiego punktu widzenia uwagę przykuwali politycy PiS. Na Foksal pojawili się m.in. Tobiasz Bocheński, były wojewoda mazowiecki i niedawny kandydat PiS na prezydenta Warszawy, obecnie nr 2 na stołecznej liście partii do europarlamentu, oraz były minister rolnictwa Robert Telus, też wybierający się do Brukseli (nr 4 w okręgu łódzkim). Licznie reprezentowane były środowiska konfederackie, a wśród nich Jacek Wilk, który w październiku nie zdobył mandatu poselskiego, a teraz jest „jedynką” w województwie łódzkim do PE.

W jednym panelu z Bocheńskim i Jarosławem Rzepą z PSL wystąpił z kolei poseł Roman Fritz z Konfederacji Korony Polskiej, bliski współpracownik Grzegorza Brauna, który wzywał do rozmów pokojowych między Rosją i Ukrainą, narzekając, że na braku możliwości handlowania z reżimami Putina i Łukaszenki tracą rodzimi eksporterzy.

Czytaj też: Czystki u narodowców? Dlaczego Bąkiewicz został odsunięty od władzy

„Przyszłość Europy jest bez Unii”

Pierwszy panel był poświęcony planom federalizacji Europy. Goście mówili przede wszystkim o widmie przekształcenia Unii w supermocarstwo, w którym państwa narodowe zostaną zredukowane do roli województw. Prym w katastrofalnych wizjach wiódł Czech Jiří Kobza związany z prawicowo-populistyczną partią SPD (Wolność i Demokracja Bezpośrednia). Polityk, który wsławił się m.in. publikacją w internecie instrukcji samoobrony dla obywateli Czech w razie inwazji muzułmanów, powiedział wręcz, że „przyszłość Europy jest bez Unii”. Jego zdaniem różnice między „Wschodem a Zachodem, Południem a Północą, dłużnikami a wierzycielami” są zbyt duże, by kraje mogły funkcjonować w ramach jednej struktury – wspólnota musi się po prostu rozpaść.

Po nim głos zabrał Estończyk Mike Calamus, który ubolewał, że w jego kraju jest mało konserwatystów, więc nie udaje się zniechęcić ludzi do Unii. Calamus jest mocno przywiązany do fake newsów i teorii spiskowych – twierdzi, że rządząca Estonią liberalna Partia Reform od lat wygrywa dzięki manipulacjom i fałszerstwom, bo kontroluje głosowanie internetowe. Jego zdaniem Kaja Kallas jest „agresywnie proukraińska”, „wielokrotnie zapowiadała atak na Rosję i chciała słać rakiety nad Petersburg”. Calamus, podobnie jak inni paneliści, uznał w poniedziałek Unię za sprzeczną z ideami jej ojców założycieli. Wszyscy dyskutanci właściwie się ze sobą zgadzali, wytykając Brukseli „legalizowanie nielegalnej imigracji”, „odejście od chrześcijańskich korzeni”, „ataki na rodzinę” czy brak reakcji na niski przyrost naturalny. Calamus konstatował nawet, że „nie widzi powodu, aby Estonia dalej była w Unii”.

Głównym punktem zapalnym, co zresztą przewijało się jak refren przez całą konferencję, był Zielony Ład i polityka klimatyczna – Calamus stwierdził, że narracja o katastrofie klimatycznej jest „tylko po to, żeby dzielić ludzi”. Zabłysnął też Kobza, twierdząc, że „aktywiści mówiący o ratowaniu planety z powodu katastrofy klimatycznej to czyste szaleństwo, skoro mieliśmy już udokumentowanych 56 epok lodowcowych”.

W dalszej części dyskusji wystąpił Hermann Tertsch, eurodeputowany skrajnie prawicowej hiszpańskiej partii Vox, swego czasu wicenaczelny i korespondent zagraniczny dziennika „El País”. Krytykował unijną politykę migracyjną i ideę „otwartych drzwi”. Podkreślał, jak duży jest w UE deficyt demokracji i uderzał w Brukselę jako miejsce zdominowane przez eurokratów bez mandatu od wyborców.

Czytaj też: Oszołomy precz! Jak się podzieliła radykalna niepisowska prawica

Kosy na sztorc!

Festiwal krytyki rozpoczął się jednak dopiero wtedy, kiedy na scenie pojawił się sam Bąkiewicz, dyskutujący o perspektywie polexitu z Dariuszem Stefaniukiem z PiS i Romanem Łazarskim, szefem mazowieckich struktur Nowej Nadziei, partii Sławomira Mentzena. Stefaniuk zrzucił na Donalda Tuska winę za brexit, wszak zdarzył się „za jego królowania”. Wzywał do powrotu Europy ojczyzn, bo Unia w obecnym kształcie „narzuca nam nowe podatki i tożsamości kulturowe”.

Bąkiewicz natomiast bez ogródek krytykował zarówno PiS, jak i Konfederację – jego zdaniem żadna z tych formacji nie ma dość odwagi, by publicznie zaproponować wyjście Polski z Unii, nawet jeśli bywają krytyczne wobec wspólnoty. „Niestety z punktu widzenia tego problemu żyjemy w demokracji” – mówił Bąkiewicz, rozczarowany, że polskie partie prawicowe „wbijają się w pewne odczucia społeczne”. Odniósł się w ten sposób do faktu, że większość Polaków pozytywnie ocenia 20 lat członkostwa w UE, a ponieważ w demokracji liczą się sondaże, to żadna partia jego zdaniem nie jest gotowa zaproponować konkretnego rozwiązania prowadzącego do polexitu.

Łazarski kontrował, zauważając, że nie można myśleć o wyjściu ze wspólnoty, nie mając realnej alternatywy. Jego zdaniem porównywanie Polski do Wielkiej Brytanii jest nieuzasadnione z powodu różnic gospodarczych i strategicznych. Bąkiewicz był niezrażony, ale i nie przedstawił alternatywnych sojuszy międzynarodowych dla Polski będącej już poza Unią. Brukselę obwiniał o promowanie „gender i innych dewiacji”, „niszczenie chrześcijaństwa”, „przejmowanie kontroli nad systemem bezpieczeństwa przez Niemców” (nie sprecyzował, w jaki sposób Berlin tego dokonał). I wzywał do „stawiania kos na sztorc i obrony niezależności”.

Militarno-konfrontacyjnych metafor był jeszcze wiele – od „nabitego polskiego rewolweru”, który powinien leżeć na stole negocjacyjnym, po wspomnienia z dzieciństwa, kiedy czytał książki opisujące łapanki i transporty do obozów koncentracyjnych, na pewną śmierć („zupełnie tak jak my z Unią Europejską”).

Czytaj też: Jak PiS rozgrywa narodowców

Ocieplenie klimatu? Jest taka hipoteza

Temperatura podniosła się ponownie, kiedy na scenie zasiedli Bocheński, Rzepa i Fritz. Ten ostatni, zgodnie z dominującą w jego środowisku retoryką, promował ideę rozmów pokojowych między Moskwą i Kijowem, dając do zrozumienia, że Polska na wojnie traci gospodarczo. Bocheński ostro się temu sprzeciwił, porównując stanowisko Fritza do Władysława Jagiełły myślącego o handlu zbożem z Krzyżakami. Rzepa też był krytyczny. Politycy PSL i PiS starli się natomiast co do wizji stosunków zachodu Europy z Rosją – zdaniem Rzepy nie dojdzie już do normalizacji, bo Stary Kontynent odrobił lekcję i uniezależnił się energetycznie od Kremla. Bocheński skwitował, że jest „bardziej pesymistycznie nastawiony”.

Wreszcie na scenie pojawili się paneliści zajmujący się rolnictwem i polityką klimatyczną. Robert Telus przyznał, że głosował przeciwko wstąpieniu Polski do UE. Krytykował Zielony Ład za nadmierne regulowanie produkcji żywności, podczas gdy bezpieczeństwo żywnościowe jest najważniejszym czynnikiem strategicznym dla przetrwania kraju. Najwięcej uwagi skupił jednak na sobie Jacek Wilk, który stwierdził, że nie ma twardego dowodu na związek między działalnością człowieka a ociepleniem klimatu. „To tylko jedna z wielu hipotez”, mówił polityk Konfederacji. I przytoczył... badania NASA, z których wynika, że topnieją pierścienie wokół Saturna. Pytał retorycznie, czy to też jest efekt działalności człowieka. Aktywność Unii w zakresie polityki klimatycznej i rolnictwa przyrównał natomiast do Kim Ir Sena pokazującego północnokoreańskim rolnikom, jak pracować w polu.

PiS na tle skrajnej prawicy

Na tle skrajnie prawicowych polityków z innych krajów europejskich, niszowych intelektualistów, aktywistów czy dziennikarzy obecni na konferencji politycy PiS (i jeden z PSL) wyszli na wzorowych eurorealistów, wręcz spadkobierców myśli de Gaulle’a. Nie była to jednak specjalnie trudna sztuka, biorąc pod uwagę, że za rywali mieli zwolenników teorii spiskowych, negacjonistów klimatycznych czy ludzi, którzy w zasadzie mogli powiedzieć wszystko, bo nikt nie prosił o argumenty i nie zadawał dodatkowych pytań.

Mimo to nasuwa się pytanie, po co Bocheńskiemu, Stefaniukowi czy Rzepie występowanie na jednej scenie z takimi ludźmi. Czy chodzi o wyróżnienie się na tle tzw. dalszej prawicy? Jeśli tak, to może nie przynieść efektu, bo przekaz Mediów Narodowych ma ograniczony zasięg, głosów może z tego nie być.

Druga hipoteza wskazuje na chęć zagospodarowania skrajnego elektoratu. Co wydaje się trudne, bo to najczęściej zdeklarowani eurosceptycy, którzy w Brukseli widzą komunistyczny eurokołchoz, a nie instytucję przynoszącą im korzyści. Ryzyka są natomiast ogromne, bo łatwo skojarzyć polityków mainstreamu z prorosyjskimi hasłami skrajnej prawicy, których w poniedziałek trochę padło. Co zresztą samo w sobie jest cenną informacją dla obserwatorów polskiej polityki, bo po raz kolejny pokazuje, że prokremlowskie sympatie są całkiem często werbalizowane publicznie nad Wisłą.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną