Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Lewica na fali rozczarowań. Wyrwała nędzne trzy mandaty. Co tu nie działa i jak to naprawić

Konwencja przedwyborcza Lewicy Konwencja przedwyborcza Lewicy Lewica / Facebook
W tej kampanii wyborczej szczególnie istotne były dwa czynniki: festiwal komisji śledczych oraz – nie całkiem z tym niepowiązany – szereg politycznych rozczarowań, które spotkały wyborczynie i wyborców, w szczególności tych o profilu lewicowym.

„I znowu sukces” – można powiedzieć ironicznie. W kolejnych wyborach Lewica odnotowała wynik znacznie niższy niż w zeszłorocznych wyborach do Sejmu – 6,3 proc. w stosunku do 8,61 proc. Oczekiwania podbijały też sondaże: badanie United Surveys dla RMF FM i „Dziennika Gazety Prawnej” opublikowane 14 maja dawało Lewicy 9,6 proc. głosów. To samo badanie wskazywało jednak na frekwencję w okolicach 45 proc., podczas gdy 9 czerwca do urn poszło ledwie 40,65 proc. uprawnionych. Wygląda na to, że frekwencja niższa od spodziewanej przełożyła się na słabszy wynik komitetu wyborczego, choć można odczytywać to jeszcze inaczej: te same czynniki, które przełożyły się na słabszą frekwencję, ścięły też wynik Lewicy względem spodziewanego.

W tej kampanii wyborczej szczególnie istotne były dwa czynniki: festiwal komisji śledczych oraz – nie całkiem z tym niepowiązany – szereg politycznych rozczarowań, które spotkały wyborczynie i wyborców, w szczególności tych o profilu lewicowym.

Lewica ciągnie Tuska za rękaw

Rozczarowania są dość oczywiste. Rekordowa frekwencja w wyborach parlamentarnych w 2023 r. uformowała się w dość jasny sposób na sprzeciwie wobec antykobiecej, antyhumanitarnej, niedemokratycznej i wymierzonej w mniejszości polityce rządu Zjednoczonej Prawicy. Dostępu do aborcji jak nie było, tak nie ma – lewicowa ministra, która miała się tym zająć, debatę podsumowała wpisem z instrukcją, jak zrobić aborcję farmakologiczną samej w domu. Wpis wywołał burzę, poszły zawiadomienia do prokuratury oskarżające polityczkę o „pomaganie w aborcji” (obecne orzecznictwo ogólnej informacji o przerywaniu ciąży nie włącza do zakresu karalnego „pomagania”). Ale sama publikacja instrukcji przez urzędującą członkinię rady ministrów nie jest niczym innym jak potężnym przyznaniem się do bezsilności.

Podobne wrażenie robią wyznania tej samej ministry w kwestii związków partnerskich dla par jednopłciowych: „Polska nie jest gotowa na adopcje zewnętrzne przez pary jednopłciowe”, „Szarpałam premiera za rękaw, byśmy o nich rozmawiali, bo nie znalazły się w umowie koalicyjnej”, „PSL mówi, że nie wie, jak przed własnym elektoratem obronić głosowanie za związkami partnerskimi z przysposobieniem. Dla nich to uderzenie w rodzinę” – mówiła w wywiadzie dla wp.pl.

Czytaj też: Dlaczego Morawiecki się cieszy? Czyli kto fetuje, a kto zostanie w Polsce

Hajtajcie się za granicą

Krzysztof Śmiszek, wiceminister sprawiedliwości, który miał pilotować tę sprawę, właśnie otrzymał mandat europosła i najprawdopodobniej przeniesie się do Brukseli, gdzie już zadomowił się jego partner Robert Biedroń (właśnie wybrany na kolejną kadencję). Kwestia rozszerzenia definicji małżeństwa na pary tej samej płci najpierw została ogryziona do postaci związków partnerskich (taki był zachodni standard 20 lat temu), a teraz i tak okazuje się zbyt problematyczna. Podobnie jak w przypadku aborcji na NFZ, magicznie zamienionej na samodzielną, farmakologiczną, w domu, „za którą nikt nie może cię ścigać”, tak i kolejny sztandarowy postulat Lewicy, uregulowanie sytuacji tęczowych rodzin, być może sprowadzi się do praktycznego podejścia „hajtajcie się za granicą, a my zobaczymy, czy da się zrobić transkrypcję w Polsce”. Lepsze to niż nic, wiadomo. Ale z jakiegoś powodu twardogłowie PSL i Trzeciej Drogi ciągle coś wygrywa, zaś Lewica nie bardzo umie ugrać coś z konserwatystami.

Zwłaszcza że w wielu obszarach lewicowa wrażliwość nijak nie pokrywa się z postawami tych lewicowych polityków, którzy zajęli istotne dla tych tematów stanowiska. Wicepremier Krzysztof Gawkowski pilotuje projekt cybertarczy i wulgarnie kwituje takie problemy jak awaria serwisu internetowego PAP, ale niestety w żaden sposób nie wydaje się odpowiadać na humanitarne dylematy związane z sytuacją na granicy Polski z Białorusią – przeciwnie, ostro wypowiedział się w sprawie zatrzymania żołnierzy, którzy oddali strzały ostrzegawcze w kierunku grupy osób nielegalnie przekraczających granicę, wprost kwestionując działania Żandarmerii Wojskowej i prokuratury: „Szacunek dla ludzi wykonujących swoją pracę na granicy musi być” – mówił podczas kampanii wyborczej w Olsztynie.

Słowa wywodzącego się z SLD Gawkowskiego trafiły być może do części osób noszących mundur, czyli tradycyjnie lewicowego elektoratu w czasach, kiedy SLD rywalizowało z PO-PiS. Niestety rozwiało resztki złudzeń u młodych osób, które w zeszłym roku poszły do urn po zmianę, także zmianę w sposobie traktowania ludzi na granicy z Białorusią.

Czytaj też: Brawo my? Radość mąci sukces Konfederacji. W Brukseli będą gwiazdami ultrasów

Skrajna prawica zaciera ręce

A na to wszystko nakłada się karnawał komisji śledczych i rozmaitych skandali, takich jak nagrania rozmów wokół Funduszu Sprawiedliwości, które zaanektowały czas antenowy, z jednej strony obnażając nędzę życia politycznego (za poprzednich rządów, ale skoro wtedy to było możliwe, to jak się upewnić, że się nie powtórzy?), z drugiej – w zasadzie uniemożliwiając prowadzenie jakiejkolwiek pozytywnej kampanii. Choć można też uznać, że był to niezły pretekst, by takiej kampanii, opartej na projekcie zmiany Polski i zmiany Europy, a może przede wszystkim zmiany samych siebie – nie poprowadzić.

Tymczasem jesteśmy w momencie, w którym pilnie potrzebna jest nowa umowa społeczna, redefiniująca rolę, obowiązki i przywileje klasy politycznej wobec społeczeństwa. Taką zmianę powinna zainicjować lewica – w znaczeniu części społeczeństwa nastawionej na zmiany, postęp i prawa człowieka – i w jakimś sensie tak się stało dzięki masowej frekwencji w 2023 r., kiedy do urn poszli młodzi ludzie z nadzieją, że Polska stanie się dzięki temu lepsza. Niestety w tym roku w dwóch kampaniach wyborczych potencjał ten kompletnie zgasł.

Czy więc rozczarowanie wyborczyń i wyborców Lewicy przyczyniło się do niższej frekwencji? Czy niska frekwencja to ogólny wyraz niechęci osób głosujących w Polsce do polityki, a Lewicy dostało się tylko „przy okazji”? Wygląda na to, że nie ma to znaczenia: dziś ważne jest pytanie, czy uda się odbudować zerwane zaufanie elektoratu nastawionego na zmianę. Paradoksalnie jest to szansa do wykorzystania niemal wyłącznie przez lewicę – chyba że dzisiejszą frustrację pozostawi do zagospodarowania skrajnym prawicowcom, którzy w Polsce, jak w całej Europie, już zacierają ręce.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną