Konwencja PiS. Kaczyński jak zwykle: prężył muskuły i straszył Zachodem. Ale ma kłopoty
W najnowszych sondażach partia Donalda Tuska zauważalnie wyprzedza partię Jarosława Kaczyńskiego. Doliczając poparcie dla obecnych koalicjantów, widać, że demokraci nie muszą stracić władzy, mogliby rządzić drugą kadencję. Lęk przed takim scenariuszem radykalizuje jeszcze bardziej najbliższe otoczenie prezesa PiS. W tej niepewnej – zarówno dla Kaczyńskiego, jak i Tuska – sytuacji oba największe obozy zwołały konwencje.
Reklamowany jako programowy zlot PiS odbył się w Katowicach. Wybór stolicy Górnego Śląska pokazuje, że prezes zakłada, iż nikt już nie pamięta o jego antyśląskich insynuacjach („ukryta opcja niemiecka”) i wecie prezydenta Andrzeja Dudy przeciwko uznaniu języka śląskiego. Wcześniej media pełne były spekulacji o kondycji partii: kłótnie „maślarzy” oraz „mateuszowców”; premierowskie aspiracje i szanse Czarnka, Bocheńskiego czy Ziobry. Pytano też: po co tam „Kura” (Jacek Kurski), czemu tak ostro; wyrażano obawy, że umiarkowani się przestraszą, a „konfederaci” i tak podbiorą część wyborców. I zastanawiano się: razem czy osobno z Konfą? To ostatnie akurat interesuje całą klasę polityczną i wyborców.
Na razie dylemat jest rozstrzygnięty. Kaczyński atakuje Mentzena, ten odpłaca pięknym za nadobne. Punktował, że PiS nie zostawia suchej nitki na polityce finansowej rządu, a sam obiecuje nowe daniny socjalne na niespotykaną skalę.
Drugim założeniem imprezy było to, że wybory wygrywa się panelami dyskusyjnymi. To miłe, że pisowcy w to wierzą (inne partie chyba też), bo przecież chciałoby się, aby programy partii politycznych trafiały pod strzechy, a wyborcy poświęcali weekendy na ich lekturę i analizę. Niemniej sto z plusem paneli programowych na pewno wzbudzi zainteresowanie, ale komentariatu, partyjnych biur prasowych i sztabów wyborczych.
Trzeba przypomnieć, że podobny zlot najtęższych umysłów pisowskiej prawicy (pod tym samym mottem: „Myśląc Polska”) odbył się w tych samych Katowicach w 2019 r. Kaczyński był wtedy u władzy, nomenklatura obrastała w piórka, większych obaw o przegraną nie było. Cztery lata później, po powrocie Tuska do polskiej polityki, musieli władzę oddać.
Czytaj też: Notatnik polityczny. Morawiecki idzie na swoje? Szuka nowej Trzeciej Drogi w sojuszu z PiS
Zgrane twarze PiS
Pierwszego dnia głównym newsem był atak lidera PiS na Brukselę, Niemcy i Francję. Nic nowego, lecz w nowym opakowaniu: w traktatach o UE zaszyta ma być chęć pozbawienia Polaków ich państwa. Oczywiście Kaczyński nie podał żadnego dowodu. Wie, że to insynuacja, chciał kolejny raz postraszyć i zniesławić Unię, aby zmobilizować pogubiony elektorat.
W rzeczywistości ewentualna nowelizacja traktatów o UE to projekt racjonalny, nastawiony na zwiększenie jej sterowności, m.in. przez zniesienie zasady jednomyślności głosowania w niektórych ważnych dziedzinach. O żadnym pozbawianiu Polaków, czy jakiegokolwiek innego narodu, własnego państwa nie ma mowy. Dyskusja nad proponowanymi zmianami trwa, więc nie są one częścią prawa unijnego. Mimo to rzecznik PiS Rafał Bochenek w rozmowie z TVP Info usiłował bronić insynuacji swego szefa.
W kuluarach panele programowe podzieliły uczestników konwencji (według relacji mediów niepropisowskich). Nie podobała się przewaga polityków nad ekspertami, a także przepychanki dotyczące obsady – np. doproszenie Jacka Kurskiego do panelu o mediach publicznych czy Antoniego Macierewicza do dyskusji o tym, jak budować system bezpieczeństwa Polski. Nie bez kozery, bo Kurski czy Macierewicz są starymi i zużytymi politycznie figurami w talii też niemłodego Kaczyńskiego. Tak samo jak inni uczestnicy konwencji: Beata Szydło (w panelu „sztuka zwyciężania”), Daniel Obajtek (energetyka i atom) czy Zbigniew Ziobro (w panelu o „chrystianofobii”).
Oni nie pozyskają nowych wyborców, raczej ich odstraszą. Liderzy Konfy są dla nich bardziej atrakcyjni. I Kaczyński chyba to wyczuł. Wytknął publicznie byłemu wicepremierowi i ministrowi kultury Piotrowi Glińskiemu, że jako szef rady programowej powinien się był bardziej postarać o poszerzenie składu paneli.
Ale Gliński nie zasłużył na takie besztanie. Panele były spójne z zasadniczym przesłaniem Kaczyńskiego, bo to on oczywiście był jednoosobową orkiestrą konwencji. Twarzą, przewodnikiem i nadzorcą.
Kaczyński zawsze to samo
Podejmowano jednak nie tylko tematy ideologiczne po linii prawicowej, antyunijnej, antyliberalnej i antytuskowej, lecz także autentyczne problemy, np. kwestię wojny w Ukrainie (choć w ujęciu prawicy kopiującej linię Trumpa). Było bezpieczeństwo, służba zdrowia, koszty życia, mieszkania. To priorytety każdej partii, każda też ma swoje odpowiedzi, na czele z Koalicją Obywatelską. Problem jest w braku rzeczowej dyskusji i współpracy w tym, co dla kraju dziś najważniejsze.
Z tą kolosalną różnicą, że strona demokratyczna nie kłamie i nie lży. W relacjach niepisowskich obserwatorów zwracano np. uwagę na wystąpienie prof. Andrzeja Nowaka, historyka i promotora kandydatury Karola Nawrockiego na prezydenta RP. Oświadczył, że „jest 14 proc. Polaków, którzy nienawidzą Polski” i „naszym” obowiązkiem jest odebrać możliwość psucia kultury publicznej. Jak Nowak chciałby tę czystkę przeprowadzić?
A co do owych „14 proc.”, oczywiście nie ma na to żadnych dowodów w postaci badań socjologicznych. Prof. Adam Leszczyński zasugerował, że Nowak prawdopodobnie miał na myśli badanie PAN, w którym 14 proc. ankietowanych na pytanie o stosunek do Polski odpowiedziało, że czują się „zawstydzeni” – a nie, że „nienawidzą”. Powody tego zawstydzenia są zbieżne z odczuciami znacznej części społeczeństwa: wartości demokratyczno-liberalne nie zakorzeniają się u nas dostatecznie szybko i trwale, choć konstytucyjnie wciąż jesteśmy demokratycznym państwem prawa.
Tu jest sedno sprawy. Obóz Kaczyńskiego nad tym deficytem rąk nie załamuje. Przeciwnie, dąży do tego, by te wartości i działania obywatelskie zepchnąć na margines, a promować i umacniać prawicowy autorytaryzm w wydaniu trumpistowskim. Model państwa i społeczeństwa, który lansuje prawica Kaczyńskiego, to „update” przedwojennego ideału skrajnej prawicy, czyli „katolickiego państwa narodu polskiego”. Niestety, nacjonalizmu nie da się połączyć z chrześcijaństwem, chyba że w USA Trumpa. Skutki takiej hybrydy są opłakane.
Kaczyński je ignoruje. W końcowym przemówieniu, mętnym, ogólnikowym, mało porywającym chyba nawet dla pisowskiej widowni, powtarzał wyświechtane klisze. Wrócił do straszenia „opcją brukselsko-niemiecką” i pobożnego marzenia o „zbrojnej koalicji państw demokratycznych”, której globalnym zadaniem ma być obrona cywilizacji chrześcijańskiej. Wezwał do „napięcia muskułów”, czyli wielkiej pracy dla wygrania nadchodzących wyborów. Zawsze to samo.
Nie wiem, w jakiej kondycji są muskuły prezesa, ale warto przypomnieć, że w języku polskim „prężenie muskułów” oznacza udawanie siły, której się naprawdę nie ma.