Używane Strykery mają zapchać lukę. Tej decyzji można nie lubić, ale raczej przyjdzie z nią żyć
Sztab Generalny i MON potwierdziły krążące od tygodni nieoficjalne wiadomości branżowych mediów – Polska przymierza się do zakupu kolejnej partii używanego sprzętu z USA. Tym razem chodzi o kołowe transportery opancerzone Stryker, występujące w US Army w wielu wersjach. To pojazdy dobrze u nas znane i często widywane, bo znajdują się na wyposażeniu jednostek przysyłanych na rotacje sił NATO oraz samych wojsk USA.
Pierwszy batalion, który w 2017 r. objął dyżur na straży przesmyku suwalskiego w Bemowie Piskim, przyjechał właśnie na Strykerach z 2. Pułku Kawalerii w bawarskim Vilseck. Wtedy wozy te służyły do demonstrowania mobilności i szybkości reakcji – jeździły przez środkową Europę, pokonując tysiące kilometrów aż na wschodnią flankę. To było też ćwiczenie, bo amerykańscy dowódcy wcale nie byli pewni, że po tych drogach w ogóle da się jeździć. W Polsce byli wyłącznie pozytywnie zaskoczeni.
Całkiem zdumieni bywali, gdy na poligonie okazywało się, że polski odpowiednik Strykera – znany od ponad 20 lat Rosomak – jest nowocześniejszy, lepiej uzbrojony i opancerzony, dynamiczniejszy, wygodniejszy, cichszy. I lepiej wygląda. Nasz pojazd o europejskim rodowodzie powstał na bazie fińskiej Patrii AMV.
Stworzone w drugiej połowie lat 90. XX w. Strykery pierwszy test bojowy zaliczyły w Iraku, w inwazji zarządzonej przez G.W. Busha w 2003 r. Później były, tak jak Rosomaki, w Afganistanie. Przewinęły się przez Syrię, wspierając walkę międzynarodowej koalicji z ISIS. Dzisiaj, podobnie jak polskie wozy, służą żołnierzom sił zbrojnych Ukrainy. Otrzymali oni ok. 400 Strykerów, choć dopiero od marca 2023, a więc w drugim roku wojny. Mogło to zaważyć na tym, iż trwa ona rok czwarty.
Historia Strykerów, Rosomaków, USA, Ukrainy i Polski przecina się właśnie w czasie tej wojny i wywołuje skutki dzisiaj.
Czytaj też: Palec na spuście. Strzelać czy nie? Ochrona przestrzeni powietrznej NATO jest jak partia szachów
Ile wozów musimy mieć
Rosomaki nie znalazły się (najprawdopodobniej) wśród pierwszych pakietów uzbrojenia słanych na wschód w 2022 r. Ukraina wolała wtedy sprzęt poradziecki, który dobrze znała. A Polska wolała pozbywać się go w pierwszej kolejności – z powodu potrzeb Ukrainy i w nadziei, że przyspieszy to odparcie Rosjan, ale i przezbrojenie na zachodni sprzęt naszego wojska. Na horyzoncie były nowe Abramsy, Huta Stalowa Wola kończyła prace nad Borsukami, w Siemianowicach szykowano nową wersję Rosomaka.
Ukraina Rosjan odparła, ale wojny nie powstrzymała. Dlatego Zachód zaczął wysyłać coraz cięższy i coraz nowocześniejszy sprzęt, w tym czołgi i bojowe wozy piechoty (gąsienicowe i te na kołach). 1 kwietnia 2023 r. premier Mateusz Morawiecki w fabryce PGZ na Śląsku poinformował, że za amerykańskie i europejskie pieniądze Polska wyprodukuje dla Ukrainy 100 Rosomaków. Kilka dni później, już w obecności Wołodymyra Zełenskiego, mówił nawet o 150 sztukach, w tym nowoczesnych moździerzach automatycznych Rak na podwoziu KTO Rosomak. Gdy ukraiński prezydent wrócił do Kijowa, wspominał już o 200 wozach.
Mało kto się wtedy niepokoił, wszyscy cieszyli. Ukraina miała po swojej stronie cały Zachód i potencjalnie niewyczerpane fundusze, a jej siły zbrojne zdawały się umieć używać każdy podarowany czy kupiony sprzęt. Atmosfera była taka, że po donacjach poradzieckich czołgów, dział i bojowych wozów piechoty polski przemysł miał w końcu zacząć zarabiać na wspieraniu Ukrainy (o zarabianiu na wojnie nikt mówić nie chciał). Jednak gdy pół roku później sekretarz obrony USA Lloyd Austin ujawnił, że Polska przekazała Ukrainie 100 Rosomaków, stało się jasne, że nie wyprodukował ich zakład w Siemianowicach Śląskich, bo nie dałby rady.
Rosomaki, jak wszystko inne wcześniej, jeśli chodzi o ciężki sprzęt, poszły „z linii”, a nie z nowej produkcji. W sprawie wielkiego kontraktu dla Ukrainy zapadło tymczasem kłopotliwe milczenie i do dziś nie ma po nim śladu w komunikatach Polskiej Grupy Zbrojeniowej czy Rosomak SA (producenta). Pogarszające się relacje z Kijowem nie sprzyjały kontynuowaniu tematu. Zdjęcia i relacje żołnierzy i reporterów jasno dowodzą jednak, że w Ukrainie Rosomaki są, tak samo jak Strykery.
Tu warto przytoczyć kilka liczb. Ostatni duży kontrakt na bojowe Rosomaki (dla uproszczenia pominę wozy dowodzenia i ewakuacji medycznej) pochodzi z grudnia 2024 r. i dotyczy 80 wozów w wersji L z nową wieżą ZSSW-30. Dostawy mają być realizowane w latach 2027–28, a więc trzy–cztery lata po podpisaniu. Agencja Uzbrojenia podkreśliła „możliwość zwiększenia liczby dostarczanych pojazdów w przypadku zwiększenia możliwości produkcyjnych oraz potrzeb Sił Zbrojnych RP”.
Umowa z 2024 r. ma wartość 4,3 mld zł, co jakoś tłumaczy fakt, że to wersja z nową wieżą, a wszystko drożeje. Wcześniej wojsku dostarczonych zostało niemal 800 Rosomaków bojowych i podwozi do wersji specjalnych (moździerzy Rak, wozów rozpoznania i dowodzenia). W produkcji jest prawie 200, ale – jak widać z harmonogramu dostaw – trzeba sporo czekać, a tanio już było. Kombinacja tych czynników skłoniła wojskowych do decyzji, która stała się kontrowersyjna na długo, zanim została ogłoszona. A tak naprawdę wciąż nie ma pewności, czy do zakupu używanych Strykerów dojdzie. Ale uzasadnieniem, jak w kilku poprzednich podobnych przypadkach, mają być czas, koszty i wspomniane potrzeby sił zbrojnych. Plus względy natury politycznej.
Czytaj też: Sensacja czy zmyłka? Politycy PiS mówią o obowiązkowej służbie wojskowej. Błaszczak milczy
Czas liczy się podwójnie
Oczekiwanie na dostawę 100 czy 200 Rosomaków jest w sumie drugorzędne, bo nawet przy najlepszych wiatrach chodzi o kilka lat. Tymczasem na ścianie wschodniej na wyposażenie czeka kilka nowo tworzonych brygad zmotoryzowanych, będących wzmocnieniem już istniejących „frontowych” 16. i 18. dywizji zmechanizowanych oraz, w przyszłości, uzbrojeniem dodatkowej 1. dywizji piechoty Legionów. Te związki taktyczne to polska zapora przed rosyjską agresją, rozstawiona od granic z obwodem królewieckim po pogranicze z Białorusią.
Powiększanie armii odbywa się jednak dwutorowo – jednostki są tworzone zarówno wewnątrz istniejących dywizji, jak i w składzie nowych. Najważniejsze jest dodawanie batalionów wewnątrz brygad i brygad wewnątrz dywizji – przechodzenie z układu trójkowego na czwórkowy. Każdy batalion ma liczyć 58 wozów, a więc cztery bataliony w brygadzie daje 232 pojazdy (nieważne, czołgi, Rosomaki czy ich kombinację). A czterobrygadowa dywizja to moloch z 928 wozami bojowymi. Gdybyśmy w teorii chcieli mieć jedną zmotoryzowaną dywizję, musiałyby do niej trafić wszystkie zamówione od 2003 r. bojowe Rosomaki, nawet te oddane Ukrainie. Takiej dywizji nikt nie buduje, ale potrzeby w poszczególnych batalionach i brygadach idą w setki.
Do tej pory największe „stada” Rosomaków bazują w zachodniej Polsce, w 12. i 17. brygadzie zmechanizowanej. Ale tworzenie nowych brygad zmotoryzowanych, a więc operujących głównie na pojazdach kołowych, trwa w Załuskach przy Nidzicy (dla 16. dywizji) i w Poniatowej (dla 18. dywizji). Do tego na Rosomaki wciąż przechodzi dotychczas zmechanizowana, czyli na gąsienicach, 21. brygada strzelców podhalańskich. Potrzeba więc setek pojazdów, z czasem oczekiwania przekraczającym może dekadę. I na ten czas nakłada się inny – tykający zegar „czasu przedwojennego”. Nikt dziś nie wie, czy wojna przyjdzie, a jeśli tak, to kiedy. Ale jeśli nadejdzie, jak w Ukrainie, przyda się każdy pojazd w miarę spełniający potrzeby pola walki.
Wycofywane z US Army Strykery są właśnie „w miarę”, za to dostępne w znacznej liczbie, stosunkowo szybko, stosunkowo tanio. Sztab generalny przyznał, że myśli o 250, choć wcześniej nieoficjalnie padała liczba czterocyfrowa. Na początek ma być około setki, a więc z grubsza dla dwóch batalionów. To i tak niewiele jak na wskazane potrzeby i w sumie bez sensu, jeśli całe przedsięwzięcie jakiś sens ma mieć. Bo choć Amerykanie obiecują oddanie Strykerów za symbolicznego dolara, to nie będzie darmowy prezent.
Najpierw poniesiemy koszty szkolenia, potem zapewne niezbędnych remontów, wreszcie obsługi i utrzymania nowego w naszej służbie wozu. Kluczowe będzie pozyskanie kompetencji technicznych – i tu włącza się producent GDLS. To firma, która dostarcza Polsce 250 nowych czołgów Abrams i odnowiła 116 używanych. Nie wymagano od niej offsetu, a mimo to – z myślą o usługach na rzecz tej niemałej floty – zorganizowała w Poznaniu i okolicach centrum obsługowe, które zaczyna nawet dostarczać części do czołgów. Zapewne GDLS myślał o czymś więcej, niewykluczone, że wspierał pomysł Strykerów – każdy dostawca by tak zrobił.
Nie ma wątpliwości, że merkantylnie podchodząca do spraw bezpieczeństwa administracja Donalda Trumpa i jej nowy przedstawiciel w Warszawie, ambasador Thomas Rose, zachęcali MON do pogłębiania komercyjnych więzów z USA. Na tej samej zasadzie w ostatnich latach do Polski trafiły używane ciężkie opancerzone terenówki Cougar MRAP i wspomniane Abramsy, a wcześniej lżejsze terenowe pojazdy HMMWV. To też nie okazały się prezenty, choć z drugiej strony są bardzo przydatne wielu jednostkom.
Wojsko zastrzega, że nie zamierza niczego kupować w ciemno ani używanymi Strykerami zastępować dotychczasowych planów zakupowych. Ale perspektywa pozyskania sprzętu już zintegrowanego z europejskim teatrem walki (w pierwszej kolejności miałoby chodzić o pojazdy pozostawiane przez wycofywane z Europy siły USA) jest kusząca. Szef MON i szef Sztabu powtarzają, że przekazanie ma być nieodpłatne. Analizą rekomendacji „na tak” zająć się ma podległa MON Rada Modernizacji Technicznej. Resort ostatnio często zasłania się jednak Sztabem Generalnym i wszelkie wątpliwości kwituje odpowiedzią, że „decydują wojskowi”. Więc może już po decyzji.