Potwór z Tarnowa i smok z Północy. Jest umowa na system San, Polska wreszcie odrabia lekcję
System naszej obrony powietrznej, którego kluczowe elementy noszą imiona polskich rzek, zyskał właśnie kolejny dopływ. San wpada do Wisły, podobnie jak Narew i Pilica, i jest jedną z ważniejszych linii na mapie polskiej hydrografii. Dokładnie taki układ odzwierciedla system obrony powietrznej, w którym Wisła tworzy antyrakietowy trzon i cyfrową sieć spinającą całość. Gdyby ktoś pytał, gdzie tu Odra i Warta, to są, ale nieco z boku, jako kryptonimy potężnych systemów radarowych, niezbędnych do wykrywania i wczesnego ostrzegania. Soła czy Bystra to z kolei radary krótkiego zasięgu, służące też do kierowania ogniem.
San płynie bystrzej
San zaczął bystrzej płynąć jesienią ubiegłego roku, gdy po wtargnięciu rosyjskich dronów Polska stanęła przed dylematem, czy w ich zwalczaniu nadal polegać na kosztownym w użyciu lotnictwie bojowym, czy zbudować – tak szybko, jak się da – coś, co w przekazie politycznym nazwano dronową tarczą, a nawet murem. W praktyce chodziło o wielowarstwowy „system w systemie” obrony powietrznej, który mógłby wykrywać i neutralizować bezzałogowce skuteczniej i taniej niż poprzez strzelanie do nich rakietami powietrze-powietrze z wielozadaniowych myśliwców, które naprawdę mają wiele innych zadań do wykonania.
Jesienne przyspieszenie było oczywiście wynikiem wcześniejszego wieloletniego opóźnienia – w wyciąganiu właściwych i wdrażaniu na czas wniosków z wojny Rosji z Ukrainą. W tym starciu