Sześć frontów na prawicy
Sześć wojen na prawicy. Marzy im się władza, ale patrzą na siebie wilkiem i nie mają zaufania
Na półtora roku przed wyborami trzy partie prawicowe mogą liczyć na blisko 50 proc. głosów. PiS (średnia sondażowa w marcu według Polityki Insight – 26,4 proc.), Konfederacja (13,8 proc.) i Korona (8,5 proc.) według badań zdobyłyby dziś większość mandatów (i taką perspektywą mobilizuje swoich wyborców Donald Tusk).
PiS próbuje sprowadzić do parteru Koronę i ignoruje ataki Konfederacji. W Konfederacji coraz mniej łączy Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena; ze wspólnej partii został tylko szyld. W samym PiS pada zaś coraz więcej pytań o przyszłość Mateusza Morawieckiego. A skoro nie ma jednego obozu prawicowego, to i Karol Nawrocki nie jest tego obozu patronem; Konfederacja traktuje prezydenta jak polityka konkurencyjnego PiS. Przyjrzyjmy się z bliska najważniejszym frontom na prawicy.
PiS – Konfederacja: czekając na koalicjanta
Mało kto w PiS wierzy w zaklęcia o samodzielnej większości. Optymistyczny scenariusz z punktu widzenia Nowogrodzkiej to odzyskanie poparcia z 2023 r. (35 proc.) i Konfederacja z 12–14 proc. Takie wyniki powinny już wystarczyć do zdobycia większości. Partia Jarosława Kaczyńskiego cierpliwie znosi więc ataki Mentzena, w utarczki wdaje się z rzadka i bez zapału. Na zaczepki konfederatów niespecjalnie reaguje także Przemysław Czarnek, który był negatywnym bohaterem godzinnego filmu nagranego przez Mentzena.
Taka strategia PiS wynika także z przekonania, że retoryczne popisy nic by realnie nie zmieniły; podział elektoratu między PiS a Konfederację ma charakter pokoleniowy i wydaje się trwały. Kaczyńskiego popierają starsi, konfederatów – młodsi. Starszych jest znacznie więcej, więc PiS pozostanie dużo potężniejszy. Możliwości przepływu elektoratu są ograniczone i nawet nie w narzędziach komunikacji tkwi główna przeszkoda, lecz w tym, że młodzi prawicowcy mają inne potrzeby niż starsi.