Żyjemy w epoce zmiany, za którą państwo ciągle nie nadąża. Najpierw pojawiły się elektryczne hulajnogi, a dopiero potem przepisy mówiące, gdzie wolno nimi jeździć i gdzie je zostawiać. Wcześniej trwała wojna z dopalaczami, w której chemicy wymyślali kolejne wzory na wyścigi, tak aby nowe substancje nie trafiały na listę zakazanych. Uber zmieniał rynek taksówek, Airbnb hotelarstwo, influencerzy reklamę, a kryptowaluty obrót pieniędzmi.
Państwo – i nie jest to tylko polski przypadek, ale globalna prawidłowość – zawsze potrzebuje czasu, żeby oswoić nową rzeczywistość, nazwać ją i uregulować. Dokładnie tak samo stało się z e-papierosami.
Najpierw były kolorowe jednorazówki: tanie, słodkie, łatwe do kupienia i wyglądające bardziej jak gadżet niż wyrób nikotynowy. Potem pojawiły się kolejne generacje urządzeń, wkładów, podów, zbiorników i grzałek. Granica między produktem, częścią produktu i akcesorium stała się płynna, a od tej płynności zaczęły zależeć miliony złotych podatku. Jeśli fiskus opodatkowuje gotowe urządzenie, rynek rozkłada je na części. Jeśli opodatkowuje wkład, pojawia się inny typ wkładu. Jeśli państwo zamyka jedną furtkę, producenci szybko otwierają drugą.
E-papierosy. Ustawodawca budzi się ze snu
Teoretycznie ten wyścig powinien być zakończony właśnie teraz, bowiem Ministerstwo Finansów przygotowało dwa projekty.
Pierwszy, oznaczony jako UD308, dotyczy tylko e-papierosów działających na zasadzie indukcji elektromagnetycznej. To technologia marginalna w skali całego rynku. Jak podaje „Rzeczpospolita”, raptem 1 proc..
Drugi projekt, UD363, jest znacznie szerszy. Ma objąć wszystkie rodzaje zbiorników, podów i wkładów do e-papierosów, niezależnie od tego, czy zawierają grzałkę, płyn, czy są sprzedawane jako osobne elementy. Innymi słowy UD363 idzie dalej. Nie łata jednego otworu w systemie, tylko próbuje domknąć całą konstrukcję. Według opisów projektu, chodzi o objęcie 40-złotową opłatą wszystkich nośników stosowanych w e-papierosach, a nie tylko jednej technologii.
I tu zaczyna się zasadniczy problem. Rząd przyspiesza z projektem wąskim, a projekt szeroki odkłada. UD308 ma być procedowany szybko, UD363 czeka. Ministerstwo Finansów zapowiada, że zajmie się nim dopiero w II kwartale tego roku. W praktyce oznacza to, że luka w akcyzie od e-papierosów może działać dalej, a rynek dostanie czas, żeby kolejny raz uciec przed regulacją.
Mechanizm jest prosty. Dziś część firm sprzedaje e-papierosy w częściach: osobno grzałkę, osobno zbiornik, osobno pod. Gdyby te elementy były połączone, produkt podlegałby 40-złotowej opłacie. Gdy są rozdzielone, można twierdzić, że nie mamy do czynienia z gotowym e-papierosem objętym daniną. Fiskus widzi problem, ale odpowiada na niego tak, jakby patrzył przez dziurkę od klucza. Zamiast objąć cały rynek, uderza w jeden typ urządzenia.
To tym bardziej zaskakujące, że skala problemu jest już opisana. Raport Fraunhofer IIS „The Irregular Market for E-Cigarettes in Europe” wskazuje, że Polska jest jednym z największych europejskich rynków e-papierosów, a zarazem jednym z państw najmocniej dotkniętych obrotem poza oficjalnym systemem. Według raportu, w Polsce aż około 58 proc. rynku funkcjonuje poza legalną sprzedażą i opodatkowaniem. Fraunhofer dzieli ten obszar na szarą strefę, czyli prywatny import konsumencki oraz czarny rynek, czyli zorganizowany komercyjny handel.
To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie. Nie mówimy o kilku nastolatkach zamawiających smakowe jednorazówki z internetu ani o turystach przywożących produkty z zagranicy. Według dostępnych omówień raportu, jedynie około 13 proc. nieoficjalnego rynku w Polsce to drobny import konsumencki. Reszta to czarny rynek: regularna, komercyjna dystrybucja, która konkuruje z legalnymi firmami, nie płaci podatków i pozostaje poza kontrolą jakości.
To właśnie tam państwo powinno patrzeć najuważniej. Tymczasem projekt UD308 koncentruje się na fragmencie rynku, który według krytyków odpowiada za ułamek sprzedaży. Z punktu widzenia fiskusa wygląda to jak gaszenie świeczki w pokoju, w którym pali się instalacja elektryczna.
Ministerstwo Finansów wie, że problem jest szerszy. W lutym 2026 r. rząd opisywał zmiany dotyczące definicji jednorazowych i wielorazowych e-papierosów oraz wkładów, wskazując, że część produktów wymaga doprecyzowania w systemie akcyzowym. Potem pojawił się projekt UD363, ale zamiast niego na szybką ścieżkę trafił UD308.
W efekcie państwo samo tworzy nierówność. Jeden producent, którego urządzenia działają w technologii indukcyjnej, ma zostać objęty dodatkowymi obciążeniami niemal natychmiast. Pozostali gracze, korzystający z innych konstrukcji, dostają więcej czasu. Co więcej, w przypadku UD308 vacatio legis ma wynieść zaledwie 14 dni. To wyjątkowo krótki termin jak na przepisy podatkowe, zwłaszcza gdy chodzi o towar znajdujący się już w obrocie i o zmianę, która może realnie przestawić warunki konkurencji.
Resort nie słucha i nie odpowiada
Na ten problem zwracało uwagę Rządowe Centrum Legislacji. RCL krytykowało tak krótkie vacatio legis jako niewystarczające, szczególnie przy przepisach zwiększających obowiązki przedsiębiorców. Rekomendowało dłuższy okres przejściowy. Ministerstwo Finansów tych uwag nie uwzględniło.
Krytyka przyszła także z innych stron. Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego PZH wskazywał, że projekt ma domykać lukę w akcyzie, ale robi to w sposób niespójny pojęciowo i sprawia wrażenie, jakby dotyczył tylko jednego z wielu produktów obecnych na rynku. To najważniejsze zdanie w całej tej sprawie. Instytucja publiczna nie kwestionuje potrzeby uszczelnienia systemu. Kwestionuje sposób, w jaki państwo próbuje to zrobić.
Polska Izba Handlu zwracała z kolei uwagę na szerszy problem: legalny rynek produktów nikotynowych już dziś kurczy się pod presją rosnących obciążeń, a kolejne podwyżki mogą nie zwiększyć wpływów budżetowych, tylko wypchnąć konsumentów do szarej strefy. To klasyczna granica polityki akcyzowej. Podatek ma sens, dopóki konsument zostaje w legalnym systemie. Gdy cena legalnego produktu zaczyna radykalnie odbiegać od ceny produktu nielegalnego, fiskus nie zarabia więcej.
Ministerstwo Finansów powinno więc odpowiedzieć na kilka prostych pytań. Dlaczego proceduje projekt obejmujący jeden wycinek rynku, skoro równolegle istnieje projekt szerszy? Czy resort analizował wpływ UD308 na konkurencję między firmami? Czy wie o nowych konstrukcjach urządzeń, które nie będą objęte wąską nowelizacją? I wreszcie: czy odkładanie UD363 nie oznacza świadomej zgody na dalsze działanie luki akcyzowej?
Wysłaliśmy w tej sprawie pytania do Ministerstwa Finansów. Zapytaliśmy między innymi, czy resort dostrzega ryzyko, że po wejściu w życie UD308 luka pozostanie otwarta dla produktów innych niż e-papierosy indukcyjne. Zapytaliśmy też, czy ministerstwo analizowało możliwość utrzymania się tanich e-papierosów na rynku, w tym produktów trafiających do dzieci i nastolatków. Do czasu publikacji tekstu resort nie odpowiedział.
Milczenie ministerstwa jest w tej sprawie szczególnie wymowne, bo problem nie dotyczy wyłącznie pieniędzy. Owszem, chodzi o akcyzę, wpływy budżetowe i równość konkurencji. Ale chodzi też o zdrowie publiczne. Produkty z czarnego rynku nie przechodzą normalnej kontroli jakości. Mogą mieć nieznany skład, niepewne pochodzenie i nielegalne stężenia substancji. Mogą też łatwiej trafiać do niepełnoletnich, bo nie funkcjonują w kanale sprzedaży, który państwo jest w stanie realnie nadzorować.
Jeżeli rząd chce przekonywać, że różni się od poprzedników, musi zacząć od rzeczy elementarnych, takich jak odpowiadanie na pytania. Zwłaszcza wtedy, gdy dotyczą miliardów złotych, rynku dostępnego dla nastolatków i przepisów, które mogą uprzywilejować jednych przedsiębiorców kosztem innych.