„Jest głosem obywateli i tarczą narodu”, „jego sprawna, odważna i konsekwentna prezydentura pokazuje, że Polacy dokonali właściwego wyboru”, „Polska ma dziś prawdziwego prezydenta: silnego, podmiotowego i niezależnego”, „nie odkłada obietnic na później i nie szuka wymówek”, „pokazuje, że słowo dane wyborcom jest zobowiązaniem”. To wybór zdań z liczącego 2,7 tys. znaków panegiryku, jaki na cześć Karola Nawrockiego wysmażył z samego rana Mateusz Morawiecki. Jest to utwór literacki wypełniony tak wielką miłością i oddaniem, że jego lektura jest doświadczeniem wręcz krępującym. A to tylko uwertura do tego, co działo się później.
Telewizja Republika pierwszą rocznicę zaprzysiężenia prezydenta Nawrockiego potraktowała niczym święto narodowe. Przez kilkanaście godzin racząc nas wspomnieniami, rozmowami i sondami ulicznymi o tym, dlaczego Karol Nawrocki wielkim przywódcą jest. Na zaproszenie Nawrockiego przed Pałacem Prezydenckim debatowali też dziennikarze – Dorota Gawryluk z Polsatu, Krzysztof Stanowski z Kanału Zero, Rafał Ziemkiewicz z „Do Rzeczy” oraz profesor Andrzej Nowak, autor wywiadu rzeki z prezydentem. Dowiedzieliśmy się z tej poważnej i dogłębnej rozmowy, dlaczego Karol Nawrocki jest świetny, sprawny, skuteczny, szczery i prawdziwy niczym chłopak z blokowiska, natomiast jego przeciwnicy polityczni są zupełnie do niczego i w najlepszym razie potykają się o własne nogi.
Tylko PiS trochę zepsuł nastrój, próbując się wprosić na imprezę głowy państwa w roli co najmniej równorzędnego gościa. Na jego konwencji programowej usłyszeliśmy, że Nawrocki to prezydent przez PiS wybrany, wskazany, wspierany, że jego zwycięstwo było PiS-u sukcesem i tej wiktorii nikomu PiS nie odda, nawet samemu Nawrockiemu. „Ten triumf przeżywamy szczególnie. Bo to jest nasz triumf. Naszej partii”, mówił Jarosław Kaczyński. Co ciekawe, Nawrocki podziękował później Kaczyńskiemu za poparcie, przemawiając z wielkiej sceny, jaką sam sobie postawił przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu.
Mąż stanu oślepia blaskiem
Z całą pewnością był to najhuczniej świętowany rok prezydentury w historii III RP. Wylewająca się z politycznych oświadczeń oraz medialnych komentarzy klaka bezprecedensowo ociekała słodkością. Polska flaga, na której tle przemawiał Nawrocki, była największa. Scena – najokazalsza. Trybuny dla publiczności – najobszerniejsze. No i samozadowolenie głowy państwa biło na głowę poprzedników. Ktoś szczególnie roztargniony mógłby pomyśleć, że był to rok niebywałych wprost sukcesów, a prezydenta poza małą grupką skrajnych lewaków popiera jednogłośnie cały naród, oślepiony blaskiem bijącym od męża stanu.
Szkoda psuć ten nastrój, ale tak naprawdę był to dość zwykły rok zwykłego prezydenta toczącego ostry polityczny spór z rządową większością. Zresztą widać to było w przemówieniu samego Nawrockiego, który przedstawiając siebie jako twardego, skutecznego polityka, rzecznika obywateli i strażnika konstytucji, używał bez liku wielkich słów, ale na ich poparcie miał mało faktów. Usłyszeliśmy więc, że jest Nawrocki głosem narodu, „bo narodu słuchać trzeba”, oraz że złożył 22 inicjatywy ustawodawcze, bo „chce zmienić model prezydentury”. „Z drogi, na którą wszedłem w czasie kampanii wyborczej, nie zejdę nigdy. Będę i pozostanę tylko waszym głosem” – przemawiał.
Dowiedzieliśmy się też, że seryjne wetowanie ustaw (41 wet w rok, czyli o sześć więcej niż dotychczasowy rekordzista Aleksander Kwaśniewski podczas ośmiu lat sprawowania urzędu) to „korepetycje dla rządu z tego, jak pisać dobre prawo”, i „dopiero początek, a nie koniec dyskusji”. Poznaliśmy litanię żali, że większość rządowa mrozi jego ustawy, odrzuca jego wnioski referendalne, że rząd jest antyamerykański, a przecież Nawrocki załatwił już z Donaldem Trumpem, że będzie stała obecność wojsk USA, wystarczy tylko, że Tusk z kolegami wreszcie wezmą się do pracy.
Poza tym dostaliśmy od prezydenta w rocznicę cały zestaw publicystycznych prawicowych klisz: że trzeba być asertywnym wobec Ukrainy, przeciwstawiać się „wariactwom Unii Europejskiej” oraz porzucić kompleksy wobec „europejskich salonów”, które chciałyby, aby Polacy wyrzekli się fundamentów polskości.
Zadowolona baza prezydenta
Na pewno trzeba jednak oddać Nawrockiemu, że z punktu widzenia jego interesów politycznych był to rok co najmniej dobry. Jak było dziś widać, owinął sobie wokół palca dużą część centroprawicowych dziennikarzy głównego nurtu, którzy zdają się zahipnotyzowani magnetyzmem prezydenta. Wyrósł też na niekwestionowanego hegemona po prawej stronie sceny politycznej, choć należy dodać, że głównie z powodu kryzysu PiS i wciąż zbyt małego, by odgrywać dominującą rolę, ciężaru Konfederacji. Ale z tego też powodu prawdziwy kłopot z Nawrockim będzie miał szef ewentualnego prawicowego rządu po wyborach w 2027 r. – bo prezydent jako samiec alfa będzie wtedy chciał być nadpremierem, zagarniając metodą faktów dokonanych coraz większe połacie władzy przynależnej rządowi i większości sejmowej.
Karol Nawrocki ma też dobre notowania wśród opinii publicznej, choć nie są to liczby, które zmieniają dynamikę polityczną. 55 proc. zaufania w badaniu CBOS to świetny wynik, ale też zaledwie o 2 pkt proc. wyższy od ostatnich notowań Andrzeja Dudy jako prezydenta. Nawrocki korzysta też z ogólnej siły prawicowych formacji oraz bonusowego kredytu zaufania, który zazwyczaj głowa państwa dostaje od społeczeństwa.
Tak czy inaczej, oczekiwania swojej wyborczej bazy prezydent bez wątpienia spełnia, a czy będzie potrafił istotnie ją poszerzyć, to się dopiero okaże, w końcu minęło dziś zaledwie 20 proc. jego kadencji. Jednak liczby sondażowe (CBOS) pokazują, że póki co raczej wizerunek Nawrockiego nie przebija społecznych baniek: jako najmniej pasujące do prezydenta określenia badani wskazują „otwarcie na dialog”, rolę „niezależnego arbitra”, „prezydenta wszystkich Polaków”, „człowieka toleracyjnego, otwartego na różne poglądy”.
Innymi słowy, Karol Nawrocki po pierwszym roku prezydentury jest głównie bohaterem prawicy. Żeby został bohaterem znaczącej większości Polek i Polaków, na razie się nie zanosi.